< Powrót
24
grudnia 2015
Tekst:
Tomasz Falba
Zdjęcie:
Wikipedia
Zatonięcie „Dorchestera”.

Słyszeliście o… kapelanach z „Dorchestera”?

To było jedno z najbardziej niezwykłych zdarzeń drugiej wojny światowej. Czterech amerykańskich kapelanów – ksiądz, rabin i dwóch pastorów – oddało wspólnie życie, ratując żołnierzy z zaatakowanego przez U-Boota transportowca.

3 lutego 1943 r., północny Atlantyk, kilkadziesiąt mil morskich od południowych wybrzeży Grenlandii. Noc. Temperatura – około 0 stopni Celsjusza. Morze pokryte krą.

Akwen przecina niewielki konwój SG-19 złożony z trzech statków idących w osłonie trzech okrętów amerykańskiej Straży Przybrzeżnej: „Tampa”, „Comanche” i „Escanaba”. Zespół wypłynął z Nowego Jorku i poprzez Nową Funlandię zmierza w kierunku Grenlandii.

Wśród statków jest transportowiec „Dorchester”. Wybudowana w 1926 r., długa na 112 m jednostka, przed wybuchem drugiej wojny światowej woziła ludzi, kursując pomiędzy portami wschodniego wybrzeża USA. Statek zabierał wtedy na pokład ponad 300 pasażerów, do których obsługi zatrudnionych było 90 członków załogi.

Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny, „Dorchester” został przemianowany na transportowiec wojska i dostosowany do nowego zadania. Kiedy 23 stycznia 1943 roku statek opuszczał Nowy Jork, na jego pokładzie było 904 ludzi – młodych żołnierzy i marynarzy stanowiących przekrój całego niemal amerykańskiego społeczeństwa.

Wśród nich znalazło się także czterech kapelanów wojskowych: katolicki ksiądz John P. Washington, dwóch protestanckich pastorów – Clark V. Poling (kalwinista) i George L. Fox (metodysta) oraz żydowski rabin Alexander D. Goode.  

Około godziny 1 w nocy 3 lutego 1943 r. „Dorchesterem”, który płynął nieco z tyłu konwoju, nagle targnął wybuch. Statek trafiony został w prawą burtę dwiema torpedami wystrzelonymi z niemieckiego okrętu podwodnego U-223 dowodzonego przez Karla-Jürga Wächtera.

Na jednostce natychmiast zgasły wszystkie światła. Wśród żołnierzy wybuchła panika. Rozpoczęła się tragedia, w której zginęło prawie 700 ludzi.

Wśród czterech kapelanów, którzy znaleźli się na „Dorchesterze” najstarszy był pastor Fox. Miał 43 lata. Brał udział w pierwszej wojnie światowej. Służył w korpusie medycznym na froncie francuskim, gdzie odznaczył się odwagą.

Ks. Washington był od niego młodszy o osiem lat. Był niesfornym dzieckiem. Kiedy jednak ciężko zachorował, obiecał Bogu, że jeśli wyzdrowieje zostanie księdzem i dotrzymał słowa.

Pastor Poling miał 33 lata. Bycie kapelanem wojskowym było dla niego rodzinną tradycją. Jego ojciec sprawował tę funkcję podczas pierwszej wojny światowej. Syn nie chciał być od niego gorszy.

Rabin Good był o rok młodszy od pastora Polinga. Pochodził z rabinackiej rodziny. Miał doktorat, działał w ruchu skautowskim.

Wszyscy czterej zostali kapelanami wojskowymi na ochotnika. Ukończyli szkołę dla kapelanów i zostali mianowani na pierwszy stopień oficerski.

Na pokładzie „Dorchestera” byli żołnierze różnych wyznań chrześcijańskich i Żydzi. Lata czterdzieste ubiegłego wieku nie były tak ekumeniczne jak czasy współczesne. Podziały religijne były znacznie silniejsze niż dzisiaj. Łatwo więc było o napięcia i konflikty na tym tle.

Chrześcijanie kłócili się pomiędzy sobą, wspólnie zaś nie tolerowali Żydów. Pomimo tego duchowni czterech wyznań potrafili współpracować ze sobą. Byli bowiem przekonani, że tylko w ten sposób mogą pokonać wspólnego wroga. 

Znamienne było zachowanie ks. Washingtona, który interweniował, kiedy chrześcijańscy żołnierze grali w karty w pomieszczeniu, w którym nabożeństwo prowadził rabin Good. Nie chciał, aby mu przeszkadzano. Aby podnieść żołnierzy na duchu kapelani wspólnie urządzili przedstawienie, podczas którego zabawili ich śpiewem i dowcipami. Takie zachowanie dla wielu żołnierzy było szokiem.

Kiedy „Dorchestera” dosięgły torpedy U-Boota kapelani także zachowali się niezwykle. Statek tonął bardzo szybko. Pod wodą znalazł się w ciągu zaledwie dwudziestu minut. Nie zdążył nawet nadać sygnału SOS. Większość żołnierzy nie zdołała wydostać się na pokład. Nie wszyscy zaś spośród tych, którym to się udało, zdążyli zabrać ze sobą kamizelki ratunkowe.

Ci, którzy przeżyli zatonięcie statku opowiadali później, że czterej kapelani zachowywali się w tej tragicznej sytuacji wyjątkowo spokojnie. Wspólnie kierowali ruchem żołnierzy i marynarzy na pokładzie. Pomagali im wsiadać do szalup, wspierali rannych i umierających.

Tuż przed zatonięciem „Dorchestera”wszyscy duchowni oddali swoje kamizelki ratunkowe tym, którzy ich nie mieli. Kiedy zaś stało się jasne, że zrobili co było w ich mocy, aby uratować jak największą liczbę żołnierzy i zdali sobie sprawę, że nie ma już szans na przeżycie, objęli się, zaczęli wspólnie modlić i śpiewać psalmy. Tę scenę, wielu rozbitków, zapamiętało jako ostatni obraz ze znikającego pod wodą „Dorchestera”.

– Byli tak blisko Boga jak tylko się da – powiedział potem jeden z ocalałych żołnierzy. – Oddając życie za innych dali świadectwo prawdziwej miłości.

Niezwykła odwaga i poświęcenie czterech kapelanów niemal natychmiast stało się głośne w Stanach Zjednoczonych i nie tylko. Duchowni zostali pośmiertnie uhonorowani najwyższymi odznaczeniami. Na ich cześć ustanowiono specjalny medal, wydano znaczek pocztowy, powstały dzieła sztuki, książki, pomniki, a dzień 3 lutego został przez Kongres USA ustanowiony dniem poświęconym ich pamięci.

Czterej kapelani zostali także upamiętnieni w witrażach. I to chyba najpiękniejszy sposób wyrażenia tego co zrobili. Kiedy patrzymy na witraże z ich podobiznami widzimy jak przenika przez nie światło – symbol Światła, któremu służyli.

– Skoro ludzie umierają bohatersko jak bracia, mogą też żyć razem dzieląc się wiarą i dobrem jak ludzie – powiedział o czterech kapelanach prezydent Harry S. Truman otwierając w 1951 r. poświęconą im kaplicę w Filadelfii.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ