< Powrót
22
kwietnia 2016
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
Pożegnanie „Iwony Pieńkawy” w Ustce. Relacja w weekendowym wydaniu „Głosu Pomorza” z 18 września 1976 r.

Słyszeliście o… wokółziemskim samotnym rejsie „Iwony Pieńkawy”?

Kapitan nie potrafił żeglować, wyprawa nie był przygotowana, na pokładzie nie było map. Tak wyglądała pierwsza polska próba zorganizowania wokółziemskiego rejsu solo non-stop. Był rok 1976.

Do dzisiaj nie wiadomo, skąd wziął się pomysł na ten rejs i dlaczego nieznany w środowisku żeglarskim ustecki stoczniowiec i oficer Marynarki Wojennej w stanie spoczynku, Dominik Dzimitrowicz, otrzymał olbrzymie wsparcie w jego organizacji. Bo choć od strony żeglarskiej wyprawa była komedią omyłek, to od strony finansowej i biurokratycznej wszystko szło nadspodziewanie dobrze.

Zgodnie z relacjami ówczesnej prasy, wiosną 1975 roku Dominik Dzimitrowicz, starszy mistrz działu głównego mechanika w Stoczni Ustka, inspirowany wyprawą Leonida Teligi, postanowił udowodnić dzielność polskiego żeglarza wokółziemskim samotnym rejsem bez zawijania do portu. Wyprawę planował odbyć na własnoręcznie budowanym jachcie „Wileńka” – lekko zmodyfikowanej wersji Koników Morskich Leona Tumiłowicza, do których zaliczał się m.in. „Opty” Teligi.

Jednostka zwodowana została we wrześniu 1975 roku i tydzień później ochrzczona jako… „Iwona Pieńkawa”. Był to efekt znajomości usteckiego żeglarza ze Zdzisławem Pieńkawą, kapitanem „Otago” w pierwszych wokółziemskich załogowych regatach „Whitbread Round the World Race” w latach 1973-1974. Umiejętność zjednywania sobie ludzi przydały się Dzimitrowiczowi najbardziej w kontaktach z wojewodą słupskim, Janem Stępniem, który uznał pomysł za świetną reklamę świeżo utworzonego województwa.

Konfrontacja marzeń z rzeczywistością nastąpiła przy pierwszym próbnym rejsie „Iwony Pieńkawy” po Bałtyku, we wrześniu 1976 roku.

– W ten rejs wypłynęła naprawdę dziwna ekipa – wspomina Bogdan Matowski, kpt. jachtowy, wieloletni pracownik Urzędu Morskiego w Słupsku, uczestnik rejsu. – Dominik Dzimitrowicz był kapitanem, a załogantami Marek Berger, wicedyrektor Stoczni Ustka, Krzysztof Wierciński, szef ekipy stoczniowej i Zbigniew Jakubczyk, pracownik stoczni. Ponieważ wojewoda życzył sobie, żeby cała załoga była z województwa, dołączyłem do niej jako jeden z niewielu jachtowych kapitanów żeglugi bałtyckiej. Na morzu okazało się, że żeglować potrafimy tylko Jakubczyk i ja, na dodatek przez trzy dni musieliśmy radzić sobie sami, bo reszta załogi chorowała pod pokładem. Po powrocie zrezygnowałem z dalszego udziału w przygotowaniach, ale wojewoda słupski namówił mnie, żebym pomógł przeprowadzić jacht do Casablanki, skąd miał się rozpocząć samotny rejs Dzimitrowicza. Zgodziłem się w końcu, z zastrzeżeniem jednak, że mogę wysiąść po drodze.

15 września jacht wyruszył z Ustki do Casablanki z tą samą załogą, z którą odbywał rejs próbny. Pierwszy etap wyprawy nie był długi – „Iwona Pieńkawa” zawinęła do portu w Darłowie, a Dzimitrowicz wrócił do Ustki, żeby uzupełnić dokumenty. Dalsza trasa przypominała komedię omyłek – przez złe ustawienie samosteru jacht zmienił kurs, a z powodu braku map załoga miała trudności ze zlokalizowaniem Rotterdamu. Na dodatek podczas wpływania do portu zabrakło paliwa i zapowietrzył się silnik, przez co, żeby uniknąć kolizji na tym bardzo uczęszczanym szlaku, zmuszeni byli prosić o pomoc.

– W Rotterdamie stwierdziłem, że nie ma co ryzykować życiem i wysiadłem na ląd – opowiada Bogdan Matowski. – Próbowałem namówić do tego również Zbigniewa Jakubczyka, ale dyrektor Berger mu powiedział: Zbyszek, możesz jechać, ale roboty to ty nie dostaniesz ani w Ustce, ani w Słupsku. No i on został. Po wyruszeniu z Rotterdamu, już beze mnie, „Iwona Pieńkawa” dwa razy wchodziła na mieliznę, ale najgorsze przyszło później.

15 października na Zatoce Biskajskiej rozszalał się sztorm – 8-9 stopni w skali Beauforta. Wystarczyło na niedoświadczoną załogę. Jak się okazało podczas późniejszego postępowania w Izbie Morskiej, Dzimitrowicz przywiązał ster i z całą załogą schował się pod pokładem. Nie mogąc poradzić sobie z jachtem, kapitan podjął decyzję o wystrzeleniu czerwonych rac, a jednostce z pomocą pospieszyły pobliskie statki. Trudne warunki pogodowe spowodowały, że podczas ratowania załogi Krzysztof Wierciński został ciężko ranny, a „Iwona Pieńkawa” straciła maszt. Załoga została jednak uratowana.

Postępowanie w Izbie Morskiej pokazało, że rejs naruszył praktycznie wszystkie ówczesne procedury i w ogóle nie powinien się odbyć. Dominik Dzimitrowicz prawie nie miał doświadczenia żeglarskiego, a patent uzyskał dzięki kruczkom prawnym – jako oficer Marynarki Wojennej otrzymał dyplom porucznika żeglugi wielkiej floty handlowej, a na jego podstawie – po zdaniu uzupełniających egzaminów tuż przed wyprawą – patent jachtowego kapitana żeglugi bałtyckiej. Wszystko zgodnie z przepisami, ale bez praktyki pod żaglami.

Na dodatek Dzimitrowicz mógł pływać wyłącznie po Bałtyku, więc na rejs do Casablanki – nie mówiąc o planowanej wyprawie wokółziemskiej – nie powinien otrzymać zgody od Urzędu Morskiego. Zagadkowy jest również podpis Wiesława Rogali pod listą załogi wydaną przez Polski Związek Żeglarski – sekretarz generalny PZŻ w tym czasie przebywał za granicą. Śledztwo wykazało, że wyprawa od początku była źle zaplanowana, a żeglarz musiałby pokonywać przylądek Horn w wyjątkowo niesprzyjających warunkach.

Izba Morska uznała pełną winę Dominika Dzimitrowicza za tragiczne wydarzenia na Zatoce Biskajskiej i zakazała mu prowadzenia jachtów sportowych na okres pięciu lat. Rok po wypadku otworzył on w Ustce warsztat szkutniczy, na morze już nie wrócił. „Iwona Pieńkawa” została później odnaleziona, jednak ze względu na uszkodzenia i niską wartość, Towarzystwo Ubezpieczeń Warta zrzekło się praw do niego.

W kwietniu 1975 roku na łamach „Głosu Koszalińskiego” Dzimitrowicz mówił: „Uważam zresztą, że jeśli ktoś z nas dwóch zawiedzie, to prędzej ja niż mój jacht.” Nie mylił się.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ