< Powrót
14
czerwca 2017
Tekst:
Jędrzej Szerle
Uczestnicy spotkania na 50-lecie rozpoczęcia rejsu. Od lewej: Tadeusz Stawski, III oficer, Dobrosław Daraszkiewicz - I oficer, Wacław Liskiewicz - kapitan i Andrzej Janik, II oficer.

Spotkanie na półwiecze

We wtorek 13 czerwca upłynęło 50 lat od rozpoczęcia jednej z najważniejszych polskich wypraw polarnych – „Swarożyca III” na Spitsbergen. W rocznicę rejsu w siedzibie Akademickiego Klubu Morskiego w Gdańsku spotkali się jego uczestnicy.

Pomysł na organizację rejsu pojawił się w 1966 roku, kiedy Wacław Liskiewicz, młody kapitan z Akademickiego Klubu Morskiego, po powrocie z rejsu po Morzu Północnym postanowił popłynąć dalej.

– W tamtych czasach Polacy wyruszali co najwyżej do Norwegii i na Islandię – wspomina Wacław Liskiewicz. – A my chcieliśmy dalej. Musieliśmy jednak brać pod uwagę ograniczony czas urlopu, w którym trzeba się było zmieścić. I padło na Spitsbergen.

Załogę stanowili członkowie Akademickiego Klubu Morskiego w Gdańsku – Dobrosław Daraszkiewicz jako I oficer, Andrzej Janik jako II oficer, Tadeusz Stawski jako III oficer, Andrzej Trzaska i Kazimierz Przecławski. Kapitanem był Wacław Liskiewicz. Rejs rozpoczął się w Ustce 13 czerwca 1967 roku, a przebycie drogi na Spitsbergen zajęło im miesiąc.

13 lipca 1967 roku „Swarożyc”, jako pierwszy polski jacht, wpłynął do Longyearbyen. Żeglarze zakończyli wyprawę 21 sierpnia w Helu. Wacław Liskiewicz otrzymał za nią nagrodę im. Conrada, przyznawaną od 1964 r. przez Gdański Okręgowy Związek Żeglarski za najlepszy rejs sezonu.

Po zakończeniu rejsu jego uczestnicy nie stracili ze sobą kontaktu, co więcej, rokrocznie, w rocznicę wypłynięcia odbywali spotkania.

– To nie tylko przyjaźń żeglarska, ale prawdziwa – mówi Dobrosław Daraszkiewicz. – Wspieramy się i pomagamy sobie.

13 czerwca 2017 roku, w pięćdziesiątą rocznicę rozpoczęcia wyprawy, załoga spotkała się ponownie, jak zawsze w Akademickim  Klubie Morskim w Gdańsku. Niestety nie w komplecie – zabrakło chorego Andrzeja Trzaski oraz Kazimierza Przecławskiego, który w latach 70. odszedł na wieczną wachtę.

– Wspominaliśmy szczególnie trudy żeglugi – mówi Daraszkiewicz. – W tamtych czasach nie było GPS, a przez słabą widoczność na wodach polarnych nie mogliśmy wykorzystać astronawigacji. Została nam nawigacja zliczeniowa, za którą odpowiadałem. Przyjąłem, że Golfsztrom płynie z pewną szybkością, co nanosiliśmy na mapę. A wpłynąć do Isfjordenu udało nam się dzięki radzieckiemu radiu „Selga”, na którym złapaliśmy sygnał latarni morskiej.

Spotkanie trwało do później nocy…

PODZIEL SIĘ OPINIĄ