< Powrót
26
października 2017
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Tadeusz Lademann

Czy warto było toczyć spór o kładkę na Motławie?

Niektórzy żeglarze wieszczyli klęskę Gdańska, mówili o zamknięciu Motławy, odwróceniu się miasta plecami od żeglarstwa, a nawet… o zamachu władz na komunikację miejską. Tymczasem zwodzona kładka na Ołowiankę przetrwała pierwszy sezon, a żegluga w rejonie Mariny Gdańsk nie zamarła z jej powodu.

Internetowi komentatorzy pisali, że to przedsięwzięcie realizowane „na pohybel Marinie”, albo że „lobby żeglarsko-historyczne przegrało nie z piechurami, a raczej kasą inwestorów na wschodnim brzegu Motławy”.

Byli i tacy, którzy uznali budowę kładki za „sepuku po gdańsku”. Czy rzeczywiście zwodzona przeprawa uniemożliwiła żeglugę na trasie do gdańskiej mariny i w kierunku przeciwnym?

Kładkę otwarto oficjalnie 17 czerwca. Dla pieszych i turystów okazała się strzałem w dziesiątkę, szybko awansując do jednej z atrakcji Gdańska. Jeśli zaś chodzi o żeglarzy nie spełniła się żadna z czarnych przepowiedni.

Tylko dwukrotnie w ciągu całego sezonu kładka została zamknięta czasowo dla żeglugi. Po raz pierwszy niespełna dwa tygodnie po otwarciu – na jeden dzień. Po raz drugi 17 września na półtorej godziny.

Tegoroczny sezon właśnie się skończył, wiadomo już więc, że jachty w rejonie mariny kursowały w obie strony jak zawsze i nawet duże imprezy żeglarskie – mistrzostwa Polski i Europy w klasie ORC odbyły się bez przeszkód.

W lipcu i sierpniu tego roku, czyli wtedy, kiedy kładka już funkcjonowała, zacumowało w gdańskiej marinie łącznie 616 jednostek. Z informacji uzyskanych przez nas w Gdańskim Ośrodku Sportu wynika, że w analogicznym okresie ubiegłego roku, statystyki były podobne.

O co więc był cały ten krzyk?

PODZIEL SIĘ OPINIĄ