Marek Gałkiewicz: W Rio byliśmy samowystarczalni
Kim jest trener techniczny Kadry Narodowej polskich żeglarzy? Specjalistą od wszystkiego – menadżerem, logistykiem, administratorem, magazynierem, inżynierem, negocjatorem, panem złotą rączką, a bardzo często ostatnią deską ratunku. Z Markiem Gałkiewiczem rozmawiamy o kulisach jego pracy i o tym, co działo się na olimpijskim zapleczu w Rio de Janeiro…
– Podczas igrzysk polska ekipa miała swój kontener, bazę roboczą w marinie – jak długo przygotowuje się takie zaplecze i jakie wyposażenie jest absolutnie niezbędne do jego funkcjonowania?
– Nasza baza w Rio została „wymyślona” w grudniu 2014. Początkowo zakładaliśmy wprowadzenie dwóch kontenerów (Hotel i Warsztat) do Marina da Gloria (portu olimpijskiego – red.). Niestety, w związku z zakwalifikowaniem się naszych zawodników tylko w pięciu klasach, zostaliśmy zgodnie z przepisami olimpijskimi pozbawieni możliwości wykorzystania obu. Dopiero od sześciu klas moglibyśmy wprowadzić drugi. Tak wiec na same igrzyska mieliśmy jedynie Hotel, który w szybkim tempie, podczas ostatniego zgrupowania, musiałem zaadaptować na Hotel/Warsztat. Przeniosłem część półek z kontenera Warsztat, całe oprzyrządowanie, narzędzia i materiały, części zapasowe do silników pontonów (bo silniki padały jak muchy na bardzo złej jakości paliwie) i wydzieliłem w Hotelu część warsztatową. Do tego doszło zamontowanie nowej instalacji elektrycznej i oświetlenia. W sumie trwało to trzy dni. Sam Hotel to kontener czterdziestostopowy typu High Cube, z drzwiami na obydwu końcach. Został zaprojektowany przez Pawła Kowalskiego (trener kadry – red.) i przeze mnie, a wykonany w firmie Irka Stawianego – żeglarza klasy Star. Postaraliśmy się, by spełniał wszelkie nasze wymogi co do komfortu i użyteczności i żeby zawodnicy mogli się w nim czuć jak „w domu”. Hotel jest w całości izolowany termicznie, posiada wbudowaną dobrej klasy klimatyzację i generator prądu zapewniający niezależne zasilanie dla naszej bazy.
– Byliście chyba w pełni samowystarczalni…
– I całe szczęście, ponieważ przez długi czas nie mogliśmy się w żaden sposób podpiąć do brazylijskiego systemu zasilania. Oprócz tego podczas igrzysk mieliśmy dwa kontenery w Niteroi, naszej bazie po drugiej stronie Zatoki Guanabara. Kontener Warsztat oraz „puszkę” – czyli pusty kontener służący za magazyn. Do obu mieliśmy dostęp w czasie igrzysk, ale nie było potrzeby korzystać z tego zaplecza, ponieważ zadbałem, by wszystko co potrzebne znalazło się przed igrzyskami w Hotelu.
Jeśli chodzi o przygotowania do operacji olimpijskiej, rozpoczęły się one podczas pierwszego spotkania z Pawłem Kowalskim w październiku 2014. Wtedy ustaliliśmy i zaplanowaliśmy, jak ma wyglądać ta kampania, na co musimy być przygotowani – czyli na kompletny brazylijski chaos i na to, że na miejscu nie będzie można nic kupić. W momencie zatrudnienia mnie jako trenera technicznego kadry, w grudniu 2014, dosłownie od pierwszego dnia zacząłem ten plan realizować.
– Chciałeś być przygotowany nawet na najgorsze – czego potrzebowałeś, żeby móc powiedzieć, że zaplecze techniczne jest wyposażone we wszystko co niezbędne, a nawet jeszcze więcej?
– Pytasz, co było potrzebne… Wszystko. Ze strony organizatorów nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc i to niestety podczas igrzysk potwierdziło się idealnie. Tak więc mieliśmy wszystko – od śrubokrętów wszelkiego rodzaju, przez elektronarzędzia, materiały laminiarskie, łącznie z kompletnym systemem do Vacuum Bagingu, po pojemniki na wodę do płukania ubiorów, tabletki do odkażania wody, wózki transportowe, środki czystości, maty antybakteryjne, wtyczki elektryczne wszelkiej maści (bo elektryka w Brazylii to temat na książkę) i…dwa ekspresy do kawy. Dla bezpieczeństwa jeden na 115 wolt, a drugi na 230. Bo bez kawy obejść się nie dało, a ta w kantynie olimpijskiej nie nadawała się do picia. W państwie, które jest największym producentem kawy na świecie! Na szczęście dostałem od Tomka Chamery (wiceprezes PZŻ ds. sportu – red.) i Pawła Kowalskiego wolną rękę co do „merytoryki”. Nie dotyczyło to jednak finansów. A ponieważ nie była to moja pierwsza kampania olimpijska, ani pierwszy projekt żeglarski, w dużej mierze wiedziałem na co wydać rozsądnie przyznany budżet, i jacy dostawcy są w stanie zapewnić jakość, terminowość i najniższe ceny.
Muszę dodać, że lista rzeczy, które przetransportowaliśmy do Brazylii w ciągu tych dwóch lat, czy to w kontenerach, czy też drogą lotniczą, miała kilkaset pozycji i mógłbym wymienić tylko kilka, które się nie przydały.
– Twoja rola nie kończy się na przygotowaniu łódek przed regatami, miałeś sporo pracy także między wyścigami na igrzyskach. Naprawa uszkodzonych jednostek, wymiana oprzyrządowania – co uważasz za najtrudniejszą pracę w Rio?
– Największa praca przy sprzęcie została wykonana w Polsce, zanim ekwipunek popłynął kontenerami do Brazylii. Zależało nam na tym bardzo, ponieważ wiedzieliśmy, jak trudne będzie zorganizowanie na miejscu czegokolwiek. Planowaliśmy, że w Rio odbędzie się tylko końcowy szlif. I nomen omen był. Nawet kilka – także te nieplanowane. Zawodnicy to zawodowcy i wiedzą, kiedy ich sprzęt, na przykład kadłuby, wymagają ingerencji technicznej i renowacji. A naprawy muszą być zrobione, by dysponowali zawsze sprzętem najwyższej klasy. Takich działań, z papierem ściernym, polerką i godzinami spędzonymi nad kadłubem na przestrzeni ostatniego roku było w Rio kilka. Także podczas zgrupowań przed igrzyskami.
– Taka impreza to „wymarzona” okazja dla wszelkiego rodzaju niespodziewanych zdarzeń i nagłych awarii…
– Oczywiście! Co do awarii… tych w gruncie rzeczy nie da się przewidzieć i są zwykle pokłosiem bardzo specyficznych i niespotykanych splotów zdarzeń. Jak na przykład pomysł Komisji Regatowej, by mimo prognozy przewidującej 40 węzłów wiatru, trzymać zawodników klasy 470 na wodzie. Skutek – wygięty maszt i fok do wyrzucenia. Na to jednak byliśmy przygotowani i sprzętowo, i materiałowo.
– W czasie regat miałeś ręce pełne roboty?
– W sumie, oprócz pomocy przy pomiarach, zawodnicy mnie nie potrzebowali. Oni wiedzą najlepiej, w jakim stanie jest ich sprzęt, sami o niego dbają i sami też wykonują ręcznie wiele „patentów” specyficznych dla danej klasy, łódki czy deski. Moja pomoc ogranicza się do bycia w ciągłym pogotowiu, na wypadek awarii. Trzymałem się jednak z boku, by nie dekoncentrować ich przed startem i nie narzucać się po wyścigach. Owszem, były sytuacje wymagające ode mnie natychmiastowej reakcji, lecz nie było ich zbyt wiele, ponieważ sprzęt był naprawdę bardzo dobrze przygotowany przed regatami.
– Ale parę razy musiałeś interweniować…
– Kłopotów dostarczyły tylko awarie wynikające z błędów konstrukcyjnych elementów fabrycznych. Tak było na przykład z bloczkiem regulacji outhaul na noku bomu u Agnieszki i Irminy w klasie 470, lub po kolizjach w klasie RS:X. Kolizje mieli też Piotr Myszka i Gosia Białecka – już pierwszego dnia regat! W przypadku Gosi – jej deska po zderzeniu i uszkodzeniu została na szczęście wymieniona na nową przez organizatorów. W przypadku Piotra już nie było tak różowo… Deska miała pęknięty dziób i wyszczerbiony fin. Normalnie wziąłbym to do warsztatu, zatrudnił pompę Vacuum i w jedną nockę zrobił porządną, tak jak należy, naprawę. Niestety przepisy olimpijskie zabraniały wynoszenia czegokolwiek z namiotu, w którym trzymane były deski, a naprawy mogłem dokonać wyłącznie w wydzielonym pomieszczeniu przedstawiciela filmy Neil Pryde, pod jego czujnym okiem. W dodatku mieliśmy na to około godziny – do zamknięcia Marina da Gloria o dwudziestej, kiedy wszyscy muszą ją opuścić. A następnego dnia rano o dziesiątej miała przyjść pani miernicza, by zaakceptować lub odrzucić naprawę.
– Nie najlepsze warunki do naprawy czegokolwiek…
– O warunkach do naprawy trudno mówić, bo ich nie było. Laminowania węglem, na kartonach i bez oświetlenia, nie będę miło wspominał… O ile jednak polaminowanie deski było dość prostą czynnością, o tyle naprawa fina to robota, z którą miałbym problemy nawet w moim warsztacie, dobrze oświetlonym i przygotowanym do tego rodzaju prac. Ale jak zwykle uruchomiliśmy z Pawłem Kowalskim tryb „Polak potrafi” i następnego dnia na dziesięć minut przed pojawieniem się mierniczej, sprzęt stał gotowy do przeglądu. I wytrzymał całe regaty. Tyle, że kosztowało nas to sporo nerwów…
– Czy organizatorzy zadbali o dobre warunki pracy dla techników – miejsce, sprzęt – czy musiałeś wszystko sam organizować?
– Na to pytanie odpowiedziałem chyba przytaczając powyższą opowiastkę. Proste sprawy, na przykład wózki do transportu sprzętu po terenie mariny, to już było za duże wyzwanie dla organizatorów! Były dwa, których oczywiście nigdy nie było można znaleźć. Odpowiedzialny był za nie menadżer wózków, którego pomimo poszukiwań i wywoływania przez radio nie udało się namierzyć. Po czym, na koniec dnia dowiedziałem się, że akurat dziś… ma wolne. Bo jest jakieś tam ichnie brazylijskie święto. Trzeciego dnia igrzysk! I tak wyglądała przeważająca część naszego pobytu. Walka z totalną prowizorką i kompletnym nieprzygotowaniem. Każdy dzień przynosił ciekawe rzeczy, a żeby ukończyć regaty należało najpierw je przetrwać.
Największym problemem były sprawy socjalne, a konkretnie toalety. Oprócz dwóch małych w Athletes Lounge, w całej marinie były tylko cztery kabiny dla kobiet i cztery dla mężczyzn koło kantyny. Dla wszystkich zawodników, trenerów i całego zaplecza. Ich stan? Tak właśnie wyobrażam sobie szczyt braku dbałości o ochronę sanitarną. Służby porządkowe zajmowały się wszystkim, przeważnie łażeniem lub siedzeniem i dłubaniem w telefonach, tylko nie sprzątaniem. I mimo tego, że wielokrotnie zwracaliśmy uwagę na ten problem – totalnie olewały wszystko. Tym bardziej, że nie szło się z nimi dogadać, bo oczywiście nikt nie mówił po angielsku. Tak samo jak przeważająca liczba ochroniarzy na bramkach i wolontariuszy, co to mieli niby pomagać, a wszystko czego się nauczyli to odbierać wózki od zawodników w czasie slipowania i frazy „I’m sorry. I don’t know”. Oczywiście z uśmiechem – bo kazano im się uśmiechać.
Tak więc odpowiadając krótko na twoje pytanie – organizatorzy nie zadbali o warunki. W ogóle o mało co zadbali. Jedną z niewielu rzeczy, których mocno pilnowali, było ścisłe przestrzeganie godzin otwarcia kantyny. Od jedenastej do trzynastej i od szesnastej do osiemnastej. Tak, żeby w międzyczasie nie można było nic zjeść. No i zadbali o kłódki na lodówki z napojami, żeby przypadkiem sportowcy nie wypili za dużo napojów. Totalna prowizorka.
– Pracowałeś w Rio sam, czy masz kogoś do pomocy, a może załogi pomagają w naprawach?
– Zawodnicy przeważnie sami radzą sobie z drobnymi problemami, ale jeśli coś wymaga szczegółowej wiedzy technicznej, kierują się do mnie. Jestem odpowiedzialny za sprzęt i staram się, by wszystko było doprowadzone do porządku przed regatami. Jeśli jest jakiś większy problem, wymagający mojej ingerencji – pracuję sam. Mam zdecydowanie większe niż zawodnicy doświadczenie w naprawach i zdolności manualne, które pozwalają na szybsze dokonanie naprawy. Wolę pracować sam, bo wtedy wszystko zależy ode mnie, mój park maszynowy nie jest dla mnie tajemnicą, nie muszę niczego tłumaczyć i działam po swojemu. Czasami naprawy – na przykład przy desce Piotra –wymagają działań niekonwencjonalnych. To akurat jest mój „konik” – robienie czegoś z niczego. Ale oczywiście słucham, jeśli zawodnik lub trener mają inny punkt widzenia. Tylko że na końcu i tak zwykle wychodzi na moje.
– Zdarzył się jakiś problem techniczny, z którym sobie w Rio nie poradziłeś?
– Nie było takiego przypadku. Nawet jak w połowie regat szlifierka kątowa, moje ulubione narzędzie, odmówiła posłuszeństwa i mimo rozebrania na czynniki pierwsze upierała się, by nie działać, została zastąpiona polerką z regulacją obrotów. Bo taki był plan, kiedy kupowałem w Polsce narzędzia do wyposażenia warsztatu w Rio.
– Niebawem rozpoczynają się igrzyska paraolimpijskie, pewnie już znasz sprzęt „Parywodnej”, czyli łódkę Moniki i Piotra startujących w klasie Skud 18. Kiedy zaczniesz przygotowanie do ich startów i na czym będzie ono polegało?
– Sprzęt Moniki i Piotrka stoi na razie w naszej bazie w Niteroi. I będzie tam do ich przyjazdu pierwszego września. Sprzęt jest w zasadzie przygotowany do pływania, bo ekipa była już w Rio na treningach. Najważniejszą pracą dla mnie będzie doprowadzenie kadłuba do perfekcji, ponieważ nie było na to czasu przed wysłaniem łódki do Rio. Czeka mnie co najmniej pięć dni ciężkiej roboty na odwróconym do góry dnem kadłubie. To samo będzie z kilem i bulbem, i z płetwami sterowymi. Musimy uzyskać maksymalną lustrzaną gładź, by nic nie przeszkodziło załodze w walce o medal. Kiedy zakończę te prace, zawodnicy przyjadą z wioski olimpijskiej po okresie aklimatyzacji i zaczną treningi. Wtedy, mając pewność, że marina olimpijska została doprowadzona do porządku – przeniesiemy się na drugą stronę. Na szczęście kontener Hotel nie ruszał się nigdzie z portu olimpijskiego, więc nie musimy z nim nic robić. Stoi i czeka na nas.
– Czy obowiązują cię jakieś procedury – ogólne lub przynależne do imprezy, klasy czy organizatora – podczas przygotowywania sprzętu na imprezę albo poszczególne wyścigi, na przykład w Rio?
– Oj, procedur jest cała masa! Od protokołu wyjścia sprzętu – a każdy element ma swój unikalny numer inwentarzowy – z magazynu Bazy Technicznej PZŻ w Górkach Zachodnich, aż po uzyskanie podpisów i zgody na zamówieniach na śrubki… Przy okazji dodam, że oprócz sprawowania funkcji trenera technicznego, czyli serwismena kadry, zarządzam Bazą w Górkach. Do tego dochodzą preliminarze wydatków, rozliczenia faktur, kalendarze dyspozycji środków transportu i zabezpieczenia na wodzie. To tylko część tego, z czym trzeba się zmagać. Papierologia to jest to, czego nienawidzę i przed czym bronię się rękami i nogami. Wolę cały dzień szlifować szkło lub machać młotkiem na przemian ze szlifierka kątową, niż spędzić dwie godziny w papierach. Ale niestety muszę to robić, bo porządek musi być.
– Praca podczas igrzysk różni się w jakiś szczególny sposób od tej przy dużych imprezach międzynarodowych?
– Moja praca na ogół wygląda bardzo podobnie. Staram się, by niezależnie od hierarchii imprezy sprzęt był zawsze tak samo dobrze przygotowany. Ale to zawodnicy wspólnie z trenerem decydują, co powinno być zrobione najpierw, a co można zrobić nieco później. Czasami, w związku z napiętym terminarzem startów, niektóre prace zostają przesunięte w „dziury” pomiędzy imprezami – tak by nie wpływało to w decydującym stopniu na wynik. Jedyny wyjątek to igrzyska. Wszystko musi być sprawdzone kilka razy i dużo czasu poświęcamy na upewnienie się na sto procent, że jest „klasowe”, czyli zgodne z przepisami klasy. Na żadnej innej imprezie sprzęt nie jest tak dokładnie sprawdzany pod tym kątem i czasami w ostatniej chwili wychodzą „kwiatki”, których byśmy się nie spodziewali.
– Często spierasz się z opiniami sędziów na temat sprzętu?
– Bardzo często nie ma żadnych przesłanek, że coś jest nie tak, a jednak na pomiarach sędziowie odrzucają sprzęt. Trzeba być naprawdę bardzo dobrze przygotowanym merytorycznie, mieć przepisy klasowe w małym palcu, by móc się z nimi konstruktywnie kłócić i umieć udowodnić, że nie mają racji. Sędziowie mierniczy są też ludźmi, czasami po prostu nie dość dobrze przeszkolonymi i popełniającymi błędy. Nawet na takiej imprezie jaką są igrzyska olimpijskie.
Zdarzyło się to nam w przeszłości i gdyby nie wiedza jednego z naszych trenerów, jedna z załóg na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie miałaby kłopot z wystartowaniem na własnym sprzęcie. Na szczęście udało się udowodnić niewiedzę sędziego, a główny sędzia mierniczy musiał zaakceptować nasze stanowisko.
Tak więc pomiary podczas igrzysk to jest rzecz szalenie ważna, ważniejsza niż na innych imprezach i przykładamy do niej dużą wagę. Dlatego na przykład w Rio przy pomiarach łódki klasy 470, oprócz zawodniczek i trenera, asystował i przyglądał się wszystkiemu wprawnym okiem Tomek Chamera, no i ja. Jak mówił Lenin: Wierzyć (sędziom) – ale kontrolować.


