Rejsy

Sputnikiem dookoła Ziemi – z Panamy na Markizy

Po ponad trzech latach od oddania cum w Marinie Kamień Pomorski i po pokonaniu ponad piętnastu tysięcy mil, dotarliśmy w końcu do krainy, która przez wiele lat stymulowała …

Chrzest rownikowy na Sputniku IIIChrzest rownikowy na Sputniku III
Galeria zdjęć (17) - zobacz wszystkie

Po ponad trzech latach od oddania cum w Marinie Kamień Pomorski i po pokonaniu ponad piętnastu tysięcy mil, dotarliśmy w końcu do krainy, która przez wiele lat stymulowała moją wyobraźnię. Chociaż na Fatu Hiva, będącej dopiero przedsionkiem Polinezji jesteśmy zaledwie kilka dni, mogę z czystym sumieniem zawołać: warto było! Oto najnowsza opowieść Mateusza Stodulskiego.

W myśl zasady „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”, każdy z nas marzy czasem, by znaleźć się w jakimś wyjątkowym miejscu, zazwyczaj zupełnie odmiennym od tego, w którym toczy się nasze codzienne życie. Dla niektórych są to zielone górskie doliny, dla innych ośnieżone szczyty, a kto inny zadowoli się kwitnącą wiosenną łąką. Niektórzy szukają szczęścia na jeziorach, w lodach Arktyki, w podwodnych jaskiniach, na spalonych słońcem plażach, na mistycznych pustyniach czy w sercu światowych metropolii. Jakiekolwiek są wasze cele, próba sięgnięcia po nie może przynieść wam szczęście lub gorzkie rozczarowanie…

Jeszcze w czasach przedszkolnych bardzo lubiłem przeglądać niewielki, ale pięknie wydany atlas świata, znajdujący się w moim rodzinnym domu. Jak na standardy lat osiemdziesiątych była to naprawdę ładna książka, odróżniająca się od szarych, tanich wydawnictw kryzysowego PRL-u. Najpierw fascynowały mnie kolorowe flagi wszystkich państw świata znajdujące się na osobnej wkładce. Potem zaintrygowały mnie mapy, odnoszące się do jakichś tajemniczych krain zamkniętych między dwoma okładkami.

Kiedy nauczyłem się czytać, nasza planeta zaczęła stopniowo przedstawiać mi się jako nieskończoność miejsc o egzotycznych nazwach. Do wielu z nich prowadziły linie dróg i torów kolejowych, ale niektóre odizolowane były od reszty świata przeogromnym szmatem mórz i oceanów. To właśnie te małe kropki, będące tylko pyłkiem w stosunku do niewielkiej Polski czy tym bardziej ogromnego ZSRR lub wielkiej Kanady zaintrygowały mnie najbardziej. Jak mogą wyglądać takie miniaturowe krainy i jakie życie toczą ich mieszkańcy?

Stopniowo zdobywałem wiedzę na temat tych odległych lądów i przekonywałem się, że to właśnie te miejsca, znajdujące się tak daleko od domu jak to tylko możliwe, mają wszystkie cechy godne tego, by marzyć o dotarciu do nich. Nigdy jednak nie przyszłoby mi do głowy, żeby po prostu polecieć tam samolotem. Podróż taka byłaby oczywiście strasznie kosztowna i chociażby z tego względu mało realna, ale przede wszystkim nie mieściła się w mojej koncepcji wyprawy do świata będącego bardziej częścią oceanu niż częścią lądu, z jego drogami, torami i lotniskami.

Polinezja, kraina wielu wysp, zawsze była dla mnie odległym światem zarezerwowanym dla żeglarzy, którzy na swoich niewielkich łodziach odkryli i skolonizowali te wyrastające z Pacyfiku skrawki ziemi.

Nasz pierwszy w Fatu Hiva poranek po nocnym lądowaniu, odkrył przed nami scenerię nadającą się na plan do filmu o mitycznych stworach i zaginionych światach. Wschód słońca nad zatoką Hanavave przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Nieczęsto zdarza się, że dziecięce wyobrażenia przeżywają konfrontację z dorosłą rzeczywistością, jednak tym razem nasze zmysły znalazły się w otoczeniu tak bajkowym, że odebrane wrażenia znokautowały niedoskonałą wyobraźnię wysyłając ją na przymusowy urlop.

Zanim jednak dotarliśmy to tej rajskiej wyspy, na której w ciągu zaledwie kilku dni zrywaliśmy w dżungli dziko rosnące owoce, kąpaliśmy się w wodospadzie, wspinaliśmy na odludne, wysokie przełęcze, pływaliśmy w morzu z trzymetrowymi mantami i doświadczaliśmy legendarnej polinezyjskiej gościnności, musieliśmy pokonać dwie wielkie bariery oddzielające nas od krainy tysięcy wysp.

Pierwszą przeszkodą na naszej drodze był Kanał Panamski, stworzony dla wielkich statków i łączący dwa wielkie oceany. Doskonale służący profesjonalnej żegludze handlowej całego świata, ale dla żeglarzy podróżujących na małych jachtach będący kosztowną, czasochłonną i niezbyt komfortową koniecznością.

Drugą barierą była przestrzeń. By dotrzeć z Panamy na Markizy musieliśmy pokonać 4100 mil morskich pacyficznej pustyni, będącej jednym z najbardziej odludnych miejsc na naszej planecie. Od czasu zakończenia ery wielkich żaglowców, szlakiem tym kursują prawie wyłącznie tacy jak my żeglarze na małych łodziach. Czasem zapuszczają się tam dalekomorscy rybacy. Statki handlowe stanowią tu prawdziwą rzadkość. Żeglarz na małej łodzi jest tutaj dalej od reszty ludzkości niż załoga międzynarodowej stacji kosmicznej!

Względne jest to, która z dwóch barier jest trudniejsza do pokonania. Nasze zmagania z mierzącym niespełna 40 mil Kanałem Panamskim zajęły nam prawie dwa miesiące i kosztowały około dwóch tysięcy dolarów oraz sporo nerwów, natomiast 4100 mil Pacyfiku przepłynęliśmy bezstresowo w 33 dni, zużywając w ciągu kilku bezwietrznych dni około 150 litrów ropy.

Miesięczne oczekiwanie na przeprawę przez Kanał jest dla żeglarzy normą i tym, czego się spodziewaliśmy, natomiast każdy kolejny tydzień ponad ten termin, skracał nasz przyszły pobyt na wyspach Pacyfiku, ograniczony kalendarzem sezonu huraganów. Błędem z mojej strony było angażowanie agenta, który miał usprawnić całą procedurę tranzytu. Nasz człowiek znany jako Tito, pomimo początkowych zapewnień nie tylko nie miał żadnego wpływu na przyspieszenie toku spraw, ale co gorsza zdawał się go spowalniać.

Czy było to spowodowane niedbalstwem, czy też nadmiarem zadań, których się podjął nie posiadając odpowiednich mocy przerobowych, tego nie będziemy już dochodzić. Moja rada dla podążających tą samą drogą jest jednak taka, aby przy przeprawie przez Kanał nie korzystać z usług żadnych agentów. Procedury, z którymi trzeba się zmierzyć są na tyle proste, że każdy kto posługuje się podstawowym angielskim jest w stanie przez nie przebrnąć, a osobista kontrola nad przebiegiem załatwiania kolejnych spraw przyspieszy ich tok lepiej niż jakikolwiek płatny pośrednik.

Po szóstym tygodniu oczekiwania na datę tranzytu przejąłem inicjatywę i rozpocząłem telefoniczne nękanie urzędnika odpowiedzialnego za ustalanie harmonogramu pracy Kanału. Pewnego sobotniego popołudnia po raz kolejny wybrałem ten sam numer i bez przekonania czekałem na tę samą co zawsze negatywną odpowiedź. Tym razem jednak rozmowa przebiegła inaczej.

– Dzień dobry, z tej strony jacht „Sputnik III”, chciałbym się dowiedzieć czy jest jakiś postęp w sprawie naszej daty tranzytu?

– Witam, dobrze że dzwonisz, tak się składa, że ktoś nam wypadł i mamy jedno wolne miejsce na jutro, 23 kwietnia. Ustal tylko ze swoim agentem, czy da radę dostarczyć ludzi i sprzęt i potwierdź to jak najszybciej. Pasuje wam ten termin?

– Oczywiście! Potwierdzam natychmiast. Nie mam zamiaru czekać ani dnia dłużej.

Podekscytowany, ale też pełen obaw o współpracę z naszym agentem zatelefonowałem do Tito.

– Cześć Tito! Co prawda to chyba ty powinieneś do mnie dzwonić z tą informacją, ale mamy termin na jutro! Ja jeszcze dzisiaj płynę z Portobello do Colon, a ty załatwiaj ludzi, liny i opony.

– Ok, muszę tylko zadzwonić do moich chłopaków od lin…

– Nie wyobrażam sobie, żeby coś miało się nie udać! W przeciwnym razie mogę tu oszaleć, popełnić jakąś zbrodnię i opowiadać wszystkim, że to ty jesteś za nią odpowiedzialny! – dodałem półżartem. – Aha! Jeszcze jedna rzecz. Przywieź jutro ze dwie rolki papieru toaletowego, bo właśnie mi się skończył, a nie zdążę już skoczyć do sklepu. Najbliższe zakupy w Panama City!

W przeciwieństwie do formalnej strony współpracy z Tito, jej część techniczna przebiegła prawidłowo. Następnego dnia po południu do burty „Sputnika III” dobiło wodne taxi z naszym agentem i czterema latynoskimi chłopakami do obsługi lin w śluzach.

ReklamaTwoja reklama tutajReklama i współpraca →

– Przywiozłem ci moich ludzi. Pedro jest szefem ekipy. To mój syn z Kolumbii z jedną z poprzednich żon. Prawdziwy profesjonalista! Macie tu też cztery liny i osiem opon na odbijacze. Chłopaki zajmą się ich zamocowaniem. Wieczorem przypłynie pilot i przepłyniecie przez śluzy na jezioro Gatun. Tam przenocujecie przy boi. Jutro wysadzisz chłopaków do wodnego taxi zaraz za mostem w Panamie. Aha, daj mi jeszcze 20 dolców na taxi.

– Tito, tu mam rachunek, na którym sam napisałeś, że za taxi zapłaciłem ci z góry! Moim zdaniem jesteśmy rozliczeni. Dorzuć jeszcze te dwie rolki srajtaśmy i jesteśmy kwita!

Nasi operatorzy lin okazali się sympatycznymi i sprawnymi pomocnikami. Dzięki ich doświadczeniu udało się pokonać cały Kanał bez zbędnych komplikacji. Jedyną niebezpieczną sytuacją był incydent z tabletem, który w pierwszej śluzie Gatun spadł z supernowoczesnego jachtu motorowego wprost na głowę naszego pilota… Praktycznie wszyscy żeglarze podchodzą do przeprawy przez śluzy z najwyższą uwagą i ostrożnością, ale nowobogaccy Panamenios postanowili przy tej okazji zorganizować wielkie party dla trzech pokoleń swojej wielkiej rodziny. Potłuczony tablet i lakier zdarty o ścianę śluzy z burty nowego jachtu nie zakłóciły kolejnych toastów i wydawania przekąsek. Z ulgą przyjąłem informację, że w kolejnych śluzach będziemy dokować w towarzystwie kontenerowca.

Po nocy spędzonej na jeziorze Gatun przyjęliśmy na pokład nowego pilota, który miał nam towarzyszyć przez resztę drogi. W przeciwieństwie do jego poprzednika, ten okazał się niezbyt kompetentnym śpiochem, spędzającym czas między drzemkami na Facebooku. Brak prawidłowych instrukcji z jego strony o mało nie skończył się kolizją z wrotami ostatniej śluzy Miraflores. Tylko cała wstecz i prawidłowa reakcja operatorów lin uchroniły nas przed uszkodzeniem jachtu.

Po odstawieniu pilota i pomocników od lin, z ulgą zakotwiczyliśmy u stóp największej metropolii Ameryki Środkowej. „Sputnik III” po raz pierwszy kołysał się na łagodnych falach Pacyfiku, a droga na Markizy stała przed nami otworem.

Przedłużone oczekiwanie na przekroczenie Kanału nie pozwoliło nam niestety na dłuższy postój w Panama City. To miasto drapaczy chmur i jaskrawych kontrastów między światami milionerów i biedaków zasługuje na bliższe poznanie. Tym razem jednak musieliśmy się zadowolić ekspresowym zwiedzaniem, przeplatanym ostatnimi zakupami i uzupełnianiem zapasów przed długą drogą.

Zatankowani wodą i paliwem pod same korki, zaopatrzeni w świeże warzywa i owoce oraz załadowani trwałymi produktami, które będą stanowiły podstawę półrocznego wyżywienia załogi, 28 kwietnia podnieśliśmy kotwicę, by z wieczornym odpływem i korzystnym wiatrem pognać na południe, najkrótszą drogą do równika i pasatowych wiatrów, które miały nas porwać wprost na Polinezję.

Mimo znacznego obciążenia, jacht rwał się do drogi i rozwijał zaskakująco dobrą prędkość. W końcu zerwał się z łańcucha i nie zamierzał dłużej obrastać w mętnych wodach panamskich kotwicowisk. Szczęśliwi, prawie nie oglądaliśmy się za siebie i nie zamierzaliśmy zatrzymywać się ani na położonych nieopodal Wyspach Perłowych, ani na legendarnym archipelagu Galapagos. Byliśmy głodni wolności i przestrzeni.

Marynarz z jednego z mijanych na kotwicowisku statków machając nam na pożegnanie wykonał gest, jakby chciał serdecznie i z czułością objąć całą naszą trójkę. Są momenty między ludźmi morza, kiedy zrozumienie i wyczucie sytuacji zastępują setki słów zbędnych do tego, by wyrazić oczywiste dla obu stron emocje.

W trakcie pierwszej doby udało nam się sprawnie opuścić zatłoczoną Zatoką Panamską. Z każdym kolejnym dniem mijaliśmy mniej statków, ale też żeglowaliśmy coraz wolniej. Przed nami leżał najtrudniejszy kawałek trasy. Kilkaset mil strefy słabych i zmiennych wiatrów oraz kapryśnych prądów oddzielało nas od niezawodnych pasatów. Wykorzystując każdy korzystny podmuch wiatru, i w ostateczności wspierając się silnikiem, doczłapaliśmy się w końcu w okolice równika, gdzie zgodnie z przewidywaniami, podczepiliśmy się pod darmowy pociąg gnający na zachód. Od tej pory nasze przebiegi dobowe wzrosły do 140 a nawet 160 mil morskich, przy minimalnej pracy przy żaglach.

Przekraczając równik musieliśmy jednak dopełnić pewnej starej formalności. Żaden rozsądny żeglarz nie zapuści się za równik bez przyjęcia chrztu równikowego i tym samym uzyskania zgody Posejdona na bezkarne baraszkowanie po jego terytorium na drugiej półkuli. Nie zamierzaliśmy ryzykować gniewu króla oceanów i przygotowaliśmy się na małą ceremonię. Problem polegał jednak na tym, że całą załogę „Sputnika III” stanowili równikowi neofici i nie bardzo wiedzieliśmy kto powinien pełnić rolę Posejdona, golącego brody śmiałków zdążających na południe.

– Może w takim razie Bruno zostanie Posejdonem? – zaproponowała Karolina. – Będzie chyba najmłodszym mistrzem ceremonii w historii żeglarstwa.

– No ale wtedy nie będzie mógł ogolić sam siebie. Poza tym golarka w jego rączkach to niebezpieczne narzędzie… Najlepiej zrobimy jak będziemy zamieniać się rolami. Każdy ogoli kawałek brody reszty załogi i wszystko będzie w porządku. Przygotuj dla Bruna koronę Posejdona. Koniecznie z trójzębem na czole!

– Wydaje mi się że przy tej okazji powinniśmy jeszcze wypić jakieś paskudztwo. Co zaserwujemy?

– Bruno wczoraj znowu zapchał się suchym muesli czekoladowym i orzeszkami, więc zasłużył na sok z kanadyjskim syropkiem na przeczyszczenie. Dla nas otworzę butelkę białego rumu z Martyniki.

– No ale to nie miała być nagroda, tylko coś obrzydliwego.

– Zgadza się i dlatego wypijemy go bez cytryny i syropu trzcinowego!

Posejdon najwyraźniej zaakceptował nasze rytuały, bo niedługo po przekroczeniu równika zaczęliśmy w końcu łowić ryby. Pierwszą sporą koryfenę pożarliśmy jak łapczywe kormorany w ciągu dwóch dni. Kolejne branie naprężyło obie wędki jednocześnie i tym razem musieliśmy się zmierzyć z dwoma wielkimi rybami w tym samym czasie. Po wyciągnięciu na pokład pierwszej z nich, życzyłem sobie, aby druga bezpiecznie zerwała się z haka, nie zabierając przy okazji całej przynęty… Tak się na szczęście stało, bo złowiona sztuka gwarantowała nam cztery syte obiady dla całej naszej trójki.

Kolejne pasatowe doby mijały nam spokojnie w rytmie wyznaczanym przez regularne posiłki, zabawy Bruna, wieczorne kąpiele i nocne pobudki w celu sprawdzenia żagli i horyzontu. Czas urozmaicała nam literatura, kontakt ze znajomymi i rodziną za pomocą lokalizatora satelitarnego i odbywające się raz na kilka dni pieczenie chleba lub ciasta czekoladowego.

Łączność satelitarna ograniczona co prawda do smsów pozwalała nam śledzić pogodę i postępy innych żeglarzy, podążających tą samą trasą. Czterysta mila za nami żeglował „Cetus” z Kazikiem i jego rodziną na pokładzie, a kolejne trzysta mil za nim trzymał się „Butterfly” z zaprzyjaźnioną niemiecką załogą. Dzięki szybkiej wymianie informacji, mogliśmy lepiej przewidywać pogodę na podstawie prognoz przesyłanych nam przez Henia i rodzinę. Okazało się bowiem, że na tym odległym akwenie prognozy pogody mają się często nijak do rzeczywistości i wymagają samodzielnej interpretacji w oparciu o maksymalną ilość danych, zarówno z Internetu, jak i bieżących obserwacji na morzu.

Trzydziestego trzeciego dnia żeglugi na horyzoncie pokazała się masywna sylwetka Fatu Hivy ginąca częściowo w ciężkich, deszczowych chmurach zaczepionych o ostre zęby jej szczytów. Do Zatoki Dziewic dotarliśmy już po zachodzie słońca i smagani sztormowymi szkwałami spadającymi na nas ze stromych zboczy cudem odnaleźliśmy ostatnie wolne miejsce na niewielkim i pełnym już kotwicowisku. Kotwica i sześćdziesiąt metrów łańcucha poszły w dół, by na kilka dni uczepić się dna i unieruchomić zmęczonego długą drogą Sputnika III. Wśród przeraźliwych gwizdów wiatru otworzyliśmy schowaną na tą okazję butelkę wina i przy świetle księżyca wypiliśmy pierwszy toast za szczęśliwą podróż, oraz kolejny z okazji 37 urodzin kapitana. Wdychając kwiatowy zapach niesiony od lądu, z niecierpliwością czekaliśmy świtu i tego co przyniesie nam pierwszy dzień na Markizach.

Hanavave, Fatu Hiva, Markizy 06.06.2017 r.

Partnerem rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi” jest Marina Kamień Pomorski. Rejs wspierają: Rodzina, Heniu, Sail Service, Crewsaver, Eljacht, Henri Lloyd, Elena – Kolagenum, Lyofood, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Jacht Klub Kamień Pomorski i Miesięcznik Żagle.

← Wróć do portalu

Czytaj również

Więcej artykułów
Wodowanie statku wycieczkowego Viking Astrea w stoczni Fincantieri w Ankonie15 września 202610:50Viking Astrea zwodowana. Statek z technologią wodorowąBiznesRedakcja · 3 min czytaniaTF35 Versoix Grand Prix on Lake Geneva - Day 315 września 202610:46Ylliam 17 wygrywa TF35 Versoix Grand PrixSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaAspire on Day 3 of the 5.5 Metre Multi Nations 202615 września 202610:44Aspire druga na Gardzie w klasie 5.5 MetreSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaZawodnicy klasy Formula Kite podczas mistrzostw Europy w Akyace15 września 202610:35UFD w Formula Kite: co oznacza i jak wpływa na finałSport i regatyRedakcja · 4 min czytaniaMistrzostwa świata kobiet w match racingu San Francisco15 września 202610:31MŚ kobiet w match racingu: 12 załóg w San FranciscoSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaWojskowy bezzałogowiec na plaży w Rusinowie14 września 202621:18Dron w Bałtyku koło Rusinowa. Co potwierdzonoNa świecieRedakcja · 2 min czytaniaMistrzostwa Europy formuła Kite14 września 202620:58Karolina Jankowska 29. na ME Formula KiteSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaStudio Borlenghi14 września 202620:33Luna Rossa: skład przed Pucharem Ameryki 2027Sport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaKapitan Krzysztof Baranowski wraz z Rafałem Leja - współorganizatorem wydarzenia14 września 202616:08Kapitan Baranowski i Polonia na MauritiusieRejsyRedakcja · 4 min czytaniaMSIG Europe po zakończeniu The Ocean Race Atlantic14 września 202610:52The Ocean Race Atlantic: MSIG Europe w LorientSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaRegaty klasy 49er podczas mistrzostw Polski w Gdyni14 września 202610:33Mistrzostwa Polski 49er: finał w GdyniSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaFinał Maxi Yacht Rolex Cup w Porto Cervo14 września 202608:44Maxi Yacht Rolex Cup 2026: wyniki i tytułySport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaCape 31 class in Scarlino13 września 202620:32Cape 31 Gold Cup w Saint-Tropez: rekordowa flotaSport i regatyMateusz Praszczak · 1 min czytaniaTürk Telekom Formula Kite13 września 202620:10Mistrzostwa Europy Formula Kite: Nolot i StragiottiSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaDown Under Sail13 września 202619:48Mistrzostwa świata ILCA 6: złoto Charlotte RoseSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaZałoga maxi jachtu na burcie podczas wyścigu w silnym wietrze13 września 202613:00Mistral przestawił tabele Maxi Yacht Rolex CupSport i regatyOskar Wojciechowski · 3 min czytaniaJeden wyścig i dwa tytuły13 września 202613:00Mistrzostwa świata iQFOiL: Steinberg i van OpzeelandSport i regatyRedakcja · 3 min czytaniaŁodzie klasy 5.5 Metre na kursie z wiatrem ze spinakerami, w tle góry nad jeziorem Garda13 września 202610:085.5 Metre: Norwegia prowadzi po 3 wyścigachSport i regatyOskar Wojciechowski · 1 min czytaniaFlota J/70 na kursie z wiatrem z postawionymi spinakerami, w tle wybrzeże Cascais13 września 202610:05J/70 Worlds: Golison wygrywa oba wyścigiSport i regatyMichał Łaszkiewicz · 1 min czytaniaDwie łódki Musto Skiff ścigające się pod skałą Bass Rock przy North Berwick13 września 202609:52Musto Skiff: Boatman i Trotter wygrywająSport i regatyMateusz Praszczak · 1 min czytaniaAuckland przyjmie dwa mistrzostwa świata13 września 202605:25Auckland: dwa mistrzostwa świata match racingu 2027Sport i regatyMichał Łaszkiewicz · 1 min czytaniaFrancuska zawodniczka klasy ILCA na trasie regat w Taranto, w tle łódka trenerska13 września 202605:20Medale żeglarzy na igrzyskach śródziemnomorskichSport i regatyRedakcja · 2 min czytaniaLatawce zawodników Formula Kite nad wodą w zatoce Akyaka13 września 202605:11Formula Kite: Maeder wygrywa przed finałemSport i regatyOskar Wojciechowski · 1 min czytaniaZawodnicy klasy Formula Kite na trasie wyścigu w Akyace13 września 202604:56Maeder liderem mistrzostw Europy Formula KiteSport i regatyMateusz Praszczak · 3 min czytania