< Powrót
23
czerwca 2016
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Joanny Pajkowskiej

Joanna Pajkowska: Lubię się ścigać

Choć mieszka pod Warszawą, kiedy tylko może odwiedza polskie Wybrzeże. Częściej zagląda na jego zachodnią część, ale bywa też w Trójmieście. Ostatnio przyjechała tu, żeby z kobiecą załogą pościgać się w Regatach o Puchar Mariny Gdańsk. Przy tej okazji, z Joanną Pajkowską rozmawialiśmy nie tylko o żeglarstwie.

– Ma pani w planach jakiś duży rejs?

– Na razie trudno mówić o konkretach. To bardziej marzenie… Chodzi mi o samotny rejs dookoła świata. Tym razem zaliczając Horn. Oczywiście non stop. Planowałam to poprzednim razem. Ze względu na to, że łódka, którą dysponowałam, Mantra, została uznana przez jej projektanta – Andrzeja Armińskiego – za zbyt wolną, żeby pokonać Horn przy najbardziej sprzyjającej pogodzie, wyszła trasa od Panamy do Panamy. To był rejs prawie non-stop, tyle że ze względu na sztorm musiałam zatrzymać się w Afryce Południowej.

– W którą stronę teraz chce pani płynąć?

– Klasycznie, czyli w przeciwną niż ta, w którą popłynęłam poprzednio, pod wszystkimi południowymi przylądkami. To jedyna prawdziwa trasa non-stop, bo Kanału Panamskiego nie da się przepłynąć bez pilota. Nie twierdzę, że trasa przez Kanał jest niewłaściwa, chciałam ją zrobić, ale to już przeszłość. W ciągu dwóch lat zamierzam przeprowadzić to przedsięwzięcie.

– Zdąży pani?

– Lubię takie pomysły realizować szybko.

– Gdzie na tej nowej trasie spodziewa się pani największych problemów?

– No cóż, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, muszę pamiętać, że wykończyła mnie Afryka Południowa. Płynęłam ze trzy razy w tym rejonie i zawsze dostawałam w kość. Tam ciągle wieje. Na Hornie natomiast byłam „Zjawą” wiele lat temu i trafiłam na bardzo łaskawe warunki. Na zdjęciu widać gładkie lustro wody, świeci słońce – zdarza się i tak.

– Ma pani doświadczenie z pływania na jednostkach ratowniczych, uczestniczyła pani w akcjach ratunkowych – czy polscy żeglarze podejmujący duże, oceaniczne lub wokółziemskie wyzwania, należycie dbają o swoje bezpieczeństwo podczas tych rejsów? Są dobrze przygotowani?

– Wyprawy prywatne to prywatne ryzyko. Najczęściej za własne pieniądze. Trzeba znaleźć jakiś kompromis między kosztami a bezpieczeństwem. Większość ludzi marzy, żeby popłynąć dookoła świata. Jeśli ktoś ma pieniądze, nie ma czasu pływać. Ci, którzy to robią, rezygnują z pracy, wydają całe swoje oszczędności, zapożyczają się. To naprawdę spore wyrzeczenie. Oczywiście, bezpieczeństwo to sprawa fundamentalna, ale organizujemy się sami, polegamy na swoim doświadczeniu, środkach komunikacji. Co innego zorganizowane imprezy, regaty. Tu są wymagania stawiane przez organizatorów i trzeba im sprostać.

– Są różne szkoły. Kapitan Węgrzyn popłynął dookoła świata z minimalnymi środkami łączności i elektroniką. Z kolei Bartek Czarciński jest dobrze zabezpieczony pod tym względem…

– Bartek ma małą, niezbyt szybką łódkę. Rozmawiałam z nim o tym i zarzucił mi żartobliwie, że dla mnie wszystko jest za wolne, bo ja się lubię ścigać. To nie do końca tak, nie mam nic przeciwko wolnym jachtom. Ale przyjdzie zima, on nie ma silnika, będzie stał i czekał na wiatr. A są rejony bezwietrzne, z których trzeba jak najszybciej uciekać. On jednak wydaje się być rozsądny, racjonalny, no i zdeterminowany. Może trochę szalony, ale takich ludzi trzeba popierać. Uda mu się, bo on nie podda się łatwo. To nie ludzie zawodzą, tylko sprzęt. Podobnie było w przypadku kapitana Cichockiego. On też się nie poddaje. Wszyscy się staramy, ale na morzu nie da się wszystkiego samemu naprawić.

Pajkowska 2 arch JP

– Na jakiej łódce chce pani tym razem popłynąć?

– Już wybrałam. Class 40. To takie miniaturki klasy IMOCA 60. Szybkie, a dla mnie czterdzieści stóp jest w sam raz. Fizycznie jestem w stanie zapanować nad taką łodzią i nie zamęczyć się przy okazji. Starsze jednostki tego typu, które już nie mają szans na zwycięstwa w regatach klasowych, osiągają cenę około stu tysięcy euro. Stan i wyposażenie jest różne, trzeba to samemu uzupełniać. To wciąż spore pieniądze, ale już nie takie nieosiągalne. Niestety mnie słabo wychodzi szukanie sponsorów i funduszy… Mam jednak obmyślony plan, jak sprostać temu wyzwaniu i uważam, że w ciągu dwóch lat uda mi się całe to przedsięwzięcie, łącznie z rejsem, przeprowadzić.

– Znowu będzie pani szybko płynąć. Większość polskich żeglarzy ma chyba spore ciśnienie na to, że trzeba się mierzyć z innymi. Mało kto pływa dla samego żeglowania…

– Rzeczywiście, jest coś takiego. Staram się mieć do tego dystans, ale niektórzy faktycznie wszelkie regaty traktują niezwykle poważnie. Już na starcie zaczyna się walka, wzajemne rozjeżdżanie, wrzaski, awantury. Z drugiej strony, kiedy płynę dla przyjemności a nie w regatach, też nie mogę usiedzieć spokojnie, kiedy żagle źle pracują, jak wiatr się zmienia. Chcę, żeby łódka płynęła optymalnie również wtedy, kiedy siedzimy i pijemy herbatkę, albo czytamy. Nieważne, czy jest duża, czy mała. Ma płynąć jak najlepiej na swoje możliwości. To nie jest ściganie się, to maksymalne wykorzystanie panujących warunków. Ale chyba rzeczywiście lubię się pościgać. Nawet jak płynę bez celu i widzę w oddali jakąś łódkę, chcę sprawdzić czy uda mi się ją dogonić. To nic złego, daje satysfakcję i dodatkową przyjemność, poza wsłuchiwaniem się w szum wiatru i fal.

– A czym się pani zajmuje na co dzień, poza planowaniem, czy może raczej marzeniem – jak sama pani mówi – o kolejnym rejsie dookoła świata?

– Mam to szczęście, że nie chodzę do pracy od ósmej do szesnastej. Przeprowadzam jachty, to dość korzystne finansowo. Ogólnie, wszystko czym się zajmuję wiąże się z żeglarstwem. 

– Ale mieszka pani w Warszawie…

– No tak. Chociaż w samym mieście już od dawna nie mieszkamy. Zbudowaliśmy dom pod Puszczą Kampinoską. Wznosiliśmy go, kiedy płynęłam w samotny rejs dookoła świata, w 2008 roku. Przed rejsem malowałam fundamenty, a kiedy wróciłam, dokończyłam budowę.

– W pani życiu wszystko kręci się wokół żeglarstwa?

– Prawie. Kiedyś sporo jeździłam na nartach. Należałam nawet do Warszawskiego Klubu Narciarskiego. Nadal pasjonuje mnie ten sport, choć kiedy sporo pływałam, przez cztery lata nie miałam okazji pojeździć. Wierzę, że obie te dyscypliny można pogodzić. Góry też są piękne. W zeszłym roku spełniłam jedno ze swoich marzeń i weszłam na Kilimandżaro. Nie jestem wielkim wspinaczem, ale ta góra nie jest strasznie wymagająca, poza tym, że dość wysoka. W tym roku może uda się wejść na Mont Blanc.

– Czy ten dom to już dzieło skończone?

– Tak. Nie mam ciśnienia na ciągłe poprawki, udoskonalanie. Dodam, że wszystkie kafelki w łazienkach, a jest ich kilka, bo myśleliśmy o prowadzeniu gospodarstwa agroturystycznego dla turystów, położyłam sama. Nie jestem kafelkarzem i nie przeszkadza mi, że coś może być troszkę nierówno. Poza tym okolica wokół domu jest przepiękna, odwiedzają nas łosie, sarny, jaszczurki mieszkają pod tarasem. Niestety nie ma tam morza, ale widać wszystkiego mieć nie można.

– A kiedy już uzbiera pani potrzebne fundusze, kupi łódkę i ogłosi datę startu, zrobi pani dużą pożegnalną imprezę na nabrzeżu przed samotnym rejsem dookoła świata, czy raczej popłynie bez większego rozgłosu i hucznej fety?

– Chyba nie jestem taka nowoczesna, żeby zrobić z tego duży „event”. Najchętniej do minimum ograniczyłabym kontakt ze światem zewnętrznym. Poprzednio utrzymywałam ten kontakt jako tako, bo wiedziałam, że najbliżsi na lądzie się denerwują. Obiecałam, że będę pisać i byłoby dużym egoizmem z mojej strony, gdybym nie dotrzymywała tej obietnicy. Kontakt z rodziną i przyjaciółmi jest konieczny, ale widowisko już niekoniecznie. Fajnie mi się płynęło, samotność nie przeszkadzała. Stworzyłam swój prywatny świat na łódce.

– W którym nie było się do kogo odezwać…

– Gdyby ktoś widział, co ja wyrabiałam na tej łódce! Miałam ze trzy książki, czytałam kiedy nie wiało. Miałam ograniczoną ilość ropy, a były rejony bez wiatru – ze trzy razy czyściłam wtedy dno. Rekinów się nie bałam, skrobałam dno, a zielska i tak narastały ograniczając prędkość łódki. Nie słuchałam muzyki. Na wodzie jestem cały czas „włączona” na słuchanie wiatru. Jak się wiatr wzmaga, nawet kiedy śpię, słyszę. Wiem, że muszę wstać, zarefować. Starego typu jestem… Zresztą poprzednio założyłam sobie cel – dwieście dni, bo chciałam na jakieś regaty zdążyć. Z tych regat nic nie wyszło, ale cel był ambitny. Musiałam nad łódką pracować nieustannie, nie było czasu, żeby usiąść i nic nie robić. Nawet jak coś naprawiałam, patrzyłam, czy jacht dobrze płynie. To jest trasa pasatowa, więc tam jest ciepło. Teraz już tak ciepło nie będzie, przydałoby się może jakieś ogrzewanie.

– Potrzebne będą baterie słoneczne…

– Tak, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Miałam takie baterie. Tyle że były one naklejone na nadbudówkę. Na tym stoi grot. W rejonie między równikiem a zwrotnikiem słońce jest w pionie i baterie są w cieniu, czyli ich efektywność wcale nie jest taka duża. Miałam też generator wiatrowy, ale jak się płynie z wiatrem, jest mało wydajny. Dlatego cały czas musi być wielka oszczędność wszystkiego. A elektronika energii wymaga, autopilot musi działać. Komunikacja bierze dużo prądu. Teraz baterie są pewnie lepsze niż kilka lat temu, ale na jachcie jest z tym problem, bo one są pod żaglem. Niemniej, wszystko da się pogodzić. Komfortu nie ma za dużo, ale nie dla komfortu się płynie. Dla wygody to w domu siedzimy.

– Mam wrażenie, że podchodzi pani do swojego planu bardzo spokojnie…

– Podchodzę spokojnie, bo wiem, że życie płata różne figle, stawia przed nami różne priorytety. Ale z drugiej strony wszystko, co sobie w życiu zakładałam, jakoś w miarę się udawało zrealizować. O starcie w OSTAR myślałam piętnaście lat. Wiedziałam, że chcę, a życie robiło swoje. W końcu jednak wystartowałam.

– Najpewniej woli pani pływać samotnie, ale jak się pani pływa z kobietami i z mężczyznami? Różnica jest odczuwalna?

– Ostatnio pływałam z dziewczynami z „Dobosza” w Regatach o Puchar Mariny Gdańsk, więc w damskich „imprezach” chętnie uczestniczę. Z drugiej strony, z Andrzejem Kopytko startowałam w poprzedniej edycji „Poloneza”. Nie widzę jakiejś większej różnicy. Dziewczyny mnie słuchały i przyjmowały to, co mówiłam. W kobiecej załodze płynęłam w przeszłości przez Atlantyk przez dwa miesiące i po europejskich akwenach także. Z mężczyznami rzeczywiście mogłoby być gorzej, ale nigdy nie było tak, że pływam po to, żeby panom herbatkę parzyć. W męskiej załodze nie potrafiłabym chyba jednak dowodzić. Zresztą dla obu stron najpewniej byłby to kłopot. Zwłaszcza dla żeglarzy starszego pokolenia. Czasem trzeba odpuścić, ale nie mam w związku z tym kompleksów. Nie wywyższam się, bo nie widzę takiej potrzeby, ale chcę być traktowana na równi z innymi.

Pajkowska 3 arch JPJoanna Pajkowska:
ur. 1958 r., kapitan jachtowy, ratownik morski

wybrane rejsy i osiągnięcia:
2000 – 4 miejsce w transatlantyckich regatach OSTAR
2006-2007 – dwuosobowy rejs z Darwin w Australii do Salwador da Bahia w Brazylii (za ten rejs otrzymała Honorową Nagrodę Polskiego Związku Żeglarskiego „Rejs Roku 2007”)
2008-2009 – w ciągu 198 dni opłynęła świat bijając polski rekord prędkości w rejsie wokółziemskim (wyczyn uhonorowany tytułem Żeglarza Roku 2009, nagrodą „Srebrny Sekstant” oraz I Nagroda Honorową „Rejs Roku 2009”)
2013 – start w regatach OSTAR (II Nagroda Honorowa „Rejs Roku 2013”)

PODZIEL SIĘ OPINIĄ