< Powrót
14
lutego 2019
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Tadeusz Lademann
Joanna Pajkowska
Joanna Pajkowska w Gdyni, tuż przed wypłynięciem do Plyomuth.

Joanna Pajkowska minęła Przylądek Horn

Horn to już trzeci i ostatni przylądek, jaki musiała minąć Joanna Pajkowska płynąca na jachcie „Fanfan” w samotnym rejsie non stop dookoła świata. Polska żeglarka minęła Horn i dotarła na Ocean Atlantycki w czwartek 14 lutego. Teraz czeka ją rejs w górę mapy, do Plymouth, skąd wystartowała 23 września ubiegłego roku.

Joanna Pajkowska płynie już 145 dni. Tuż przed wyruszeniem w trasę deklarowała, że chciałaby zamknąć wokółziemską pętlę w 220 dni. Dziś utrzymanie tego terminu nie jest takie istotnie.

– W pewnym momencie, już w czasie rejsu Joanna stwierdziła, że przecież nigdzie nie musi się spieszyć, nie gonią jej żadne terminy – mówi Aleksander Nebelski z zespołu brzegowego wyprawy, z którym rozmawialiśmy w środę. – Można oczywiście pokusić się o jakieś przewidywania na podstawie dotychczasowej średniej prędkości, przebytej odległości i mil, które zostały do portu, ale nie widzę takiej potrzeby. Najważniejsza jest sytuacja na wodzie i to żeby ukończyć rejs.

Dwa tygodnie temu, płynąc w stronę Przylądka Horn, Joanna Pajkowska uległa wypadkowi. Stało się to podczas silnego sztormu. Żeglarka tak opisała całe zdarzenie: „Rzuciło mną w kokpicie, wylądowałam na uchwycie do baterii słonecznej i bardzo boleśnie poobijałam sobie żebra. No niestety. Bolało przy każdym ruchu, a trzeba było żagle stawiać, rzucać, wybierać, refować. Scudexa, tabletka przeciwbólowa, została moją najlepszą przyjaciółką. Już jest dużo lepiej, może jutro odstawię przyjaciółkę. Bardzo staram się uważać, nie uszkodzić, czasem nie wyjdzie”. 

Rejon Przylądka Horn jest wymagający głównie ze względu na aurę. Polka musiała zmagać się z trudnymi warunkami, a poprawa pogody dopiero ma nadejść. Jednak Aleksander Nebelski przestrzega, że po minięciu Hornu jeszcze nie pora, by mówić o spokojnym powrocie do domu.

– Było trudno, ale po opłynięciu Hornu wcale nie będzie łatwiej – informuje nasz rozmówca. – Dopiero po minięciu Falklandów sytuacja się na jakiś czas unormuje. Później zaczną się tak zwane końskie szerokości geograficzne, czyli rejon, w którym albo nie wieje, albo wieje słabo. Z tym też Asia będzie musiała dać sobie radę i jakoś się przez ten rejon „przepchać”. Z kolei dalej są Biskaje, o których pisała w jednym z raportów, że nie chciałaby się tam znaleźć o tej porze roku. Przywoływała przykład Jeana-Luca Van Den Heede, który w bardzo trudnych warunkach żeglował tamtędy w styczniu podczas Golden Globe Race. A przecież będzie musiała w tym rejonie płynąć na przełomie zimy i wiosny. Będzie musiała przejść zimowe sztormy.

Na razie Joanna Pajkowska dochodzi do zdrowia po wypadku, ale nie może pozwolić sobie na odpoczynek. Odstawiła lek przeciwbólowy, z obandażowanymi żebrami pracuje przy żaglach. Zostawiła za sobą dwie trzecie trasy i ponownie w tym rejsie płynie  przez Atlantyk.

Najnowsze informacje od kpt. Pajkowskiej z czwartkowego poranka są takie: „Wczoraj o godzinie 18 poszedł autopilot, na wściekłej fali. Steruję ręcznie, jest zimno i mokro, fale zalewają”.

Strona rejsu

PODZIEL SIĘ OPINIĄ