< Powrót
20
marca 2018
Tekst:
Mariusz Koper
Zdjęcie:
Wyprawa Antarctic Circle 60 S.pl
Katharsis
Antarktyczna żegluga w śnieżycy i sztormie...

Katharsis II – sztorm przed zamknięciem pętli

Żeglarska wyprawa Katharsis II dookoła kontynentu Antarktydy już na finiszu. Polscy żeglarze pokonali 99 proc. pętli wokół najzimniejszego kontynentu ziemi. Zamkniecie antarktycznej pętli (po przybrzeżnych wodach kontynentu Antarktydy) to kwestia dni i godzin.

W poniedziałek, 19 marca minęła 86 doba od startu z RPA. Po ciężkim sztormie na antarktycznym Morzu Kosmonautów, jednym z najbardziej wymagających w dotychczasowej żegludze, Katharsis II dotarła do Morza Wspólnoty. To właśnie na tym akwenie, 5 stycznia 2018 roku, 13 dni po starcie z Kapsztadu, rozpoczęli wokółanatarktyczną podróż na południe od 60 stopnia szerokości południowej. Oto najnowsza relacja kpt. Mariusza Kopera.

Antarktyczne Morze Kosmonautów, leżące między 30. a 50. południkiem wschodnim, należy do najmniejszych mórz okalających Antarktydę. Dla Katharsis II było dwunastym z odwiedzanych mórz i ostatnim przed ponownym wpłynięciem na Morze Wspólnoty. Cały czas mieliśmy nadzieję, że długo zapowiadany sztorm, którego nie byliśmy w stanie uniknąć, nie okaże się aż tak groźny, jak pokazywały mapy meteorologiczne.

Spotkanie ze sztormem nastąpiło 14 marca. Był efektem niżu, który zamiast przesuwać się z zachodu na wschód (tak jak większość układów meteorologicznych krążących wokół Antarktydy), skierował się w stronę kontynentu, a dokładnie pomiędzy Półwysep Riiser-Larsena, a Przylądek Kołosowa na Morzu Kosmonautów. W miarę zbliżania się do brzegów Antarktydy przybierał na sile. Ląd stał się naturalną przeszkodą. Nastąpiła kumulacja energii całego układu. W miarę zbliżania się, w ciągu jednej doby ciśnienie w centrum niżu spadło, z początkowego 960 hPa do 928 hPa. To rekord naszego rejsu, z tak głębokim niżem przyszło nam się zmierzyć po raz pierwszy. Na pewno zasługiwał na respekt i pełną koncentrację.

Przez kilka dni przed nadejściem sztormu, mozolnie wspinaliśmy się na północ, by uniknąć wejścia w warkocz silnego przeciwnego wiatru, który miał wytworzyć się wzdłuż lądu. Postanowiłem najkrótszą drogą przedostać się do środka niżu, gdzie niczym w oku cyklonu wiatr zanika. By tam dotrzeć, musieliśmy żeglować ostro pod sztormowy wicher, przebijając się przez zachodnią obręcz niżu. Nie byłem pewien, czy Katharsis II sprosta temu wyzwaniu.

W podobnych warunkach podczas styczniowego sztormu na Morzu Davisa nie byliśmy w stanie przebić się przez wiatr, mając do dyspozycji tylko przedni sztaksel. Tym razem postanowiłem użyć do podwiatrowej walki nasz główny żagiel, ale zredukowany do rozmiaru koca, czyli pracujący tylko na głębokim czwartym refie. Kombinacja żagli: grot na 4 refie i przedni sztaksel sprawdza się w wiatrach wiejących z prędkością do 40 węzłów. Przy silniejszych wiatrach nasza prędkość staje się zbyt duża i jacht zaczyna niebezpiecznie spadać z fali. Użycie samego sztaksla pozwala nam na sztormowanie w dryfie, bez znaczącego posuwania się do przodu. Używanie grota w podwiatrowych zmaganiach daje nam więcej możliwości.

Wybrana taktyka ciężkiej walki z żywiołem sprawdziła się w stu procentach. Nasz jacht parł niczym taran do przodu, mimo coraz większych fal. Około godziny 18 wiatromierz coraz częściej zatrzymywał się powyżej 40 węzłów, a prędkość zaczęła przekraczać 8 węzłów. W sztormie to zdecydowanie za dużo na jacht ważący prawie 60 ton. Tak rozpędzona Katharsis II potrafi spaść z fali w otchłań, uderzając w wodę niczym o beton.

Zrzucenie sztaksla zmniejszyło prędkość do bezpiecznych 4-5 węzłów. Z nastaniem ciemności wiatr wzmógł się do ponad 55 węzłów. Towarzyszył mu zacinający śnieg, który zredukował widoczność do zera. W takich warunkach spada skuteczność pomocniczej kamery termowizyjnej. Przedłużeniem naszych oczu pozostaje tylko radar, który pokazał na naszym kursie górę lodową.

Natychmiast zredukowaliśmy prędkość jachtu, idąc jeszcze ostrzej do linii wiatru. Po raz kolejny udało się ominąć lodowe niebezpieczeństwo. W tym miejscu i w tych warunkach takie spotkanie było naprawdę niebezpieczne. To były bardzo ciężkie godziny dla wszystkich, zarówno dla wachty zmagającej się z zawieją i wichurą na pokładzie, jak i dla reszty załogi czuwającej pod pokładem.

Wreszcie wiatr zaczął cichnąć. Byliśmy w centrum niżu. Na rozkołysanym przez sztorm morzu żeglowny zazwyczaj, 20 węzłowy wiatr nie był w stanie wypełnić teraz żagli, które wpadały w łopot. Rzucało nami na wszystkie strony. Po kolejnych wyczerpujących dwunastu godzinach zmagań z falami i niedostatkiem wiatru, dopłynęliśmy do północnej połówki niżu, gdzie warunki zmieniły się na bardziej korzystne. Silny, zachodni wiatr pozwolił nam w końcu na płynięcie w upragnionym przez nas kierunku – czyli na wschód. Dwa kolejne dni wypełniła szybka, baksztagowa żegluga.

Prognozowane łagodne i przychylne żegludze przejście między dwoma kolejnymi układami pogodowymi zamieniło się niestety w przestrzeń bez wiatru. Prognoza pogody po raz kolejny nie sprawdziła się.  Zaczął padać gęsty śnieg, który pokrył cały pokład jachtu białą, puszystą warstwą. Sobotni wieczór 17 marca – w dniu św. Patryka bardziej przypominał atmosferą noc Wigilijną niż święto zwiastujące wiosnę. Po silnym sztormie przyszła cisza jakiej jeszcze w tym rejsie nie mieliśmy. Groźne morze zamieniło się w spokojne i bezwietrzne wody. Czyżby Antarktyka chciała nas jak najdłużej zatrzymać?

Do zamknięcia pętli wokoło Antarktydy pozostało nam jeszcze około 300 – 400 mil morskich. Dystans zależy od tego, na którym równoleżniku przetniemy swój ślad z początku stycznia.  Wydaje się, że to tak niewiele, a jednocześnie tak dużo…

Tracking z 18 marca – ponad 10000 mil po wodach Antarktyki.

Strona rejsu i tracking

Rejs na Facebooku

PODZIEL SIĘ OPINIĄ

Błękitna szkoła