< Powrót
4
stycznia 2017
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Lecha Stocha

Lech Stoch: Na Setce jak w betoniarce

Jeszcze dziś, 4 stycznia, na mecie regat Setką przez Atlantyk 2016 zameldują się kolejne jachty, a my rozmawiamy ze skipperem jachtu „Giga” Lechem Stochem, zwycięzcą tego ekstremalnego wyścigu.

– Jak pan czuje się na mecie regat, mając świadomość nie tylko zwycięstwa, ale ustanowienia nowego rekordu transatlantyckiej przeprawy na tak małej łódce?

– Czuję się cudownie! No i pozytywnie zaskoczyła mnie informacja, że dopłynąłem na metę pierwszy. Cieszę się, że wszystko odbyło się bez problemów i przykrych niespodzianek. Udało mi się przez cały czas utrzymać dobre tempo i uzyskałem dobry wynik. To na pewno budujące, ale warto zauważyć, że niemal cała flota regatowa płynie w równym, szybkim tempie. Wpływ na to ma dobra pogoda, która nam sprzyja na trasie. Nie tylko ja zrobiłem jakiś wyczyn, wszyscy doskonale się spisują.

– Jak pan ocenia swój rejs, zwłaszcza jego drugi etap? Były momenty kryzysowe?

– W moim przypadku jest tak, że zawsze muszę mieć czas na to, żeby przyzwyczaić się do życia na morzu, przejść aklimatyzację, pokonać chorobę morską. W pierwszym etapie nie miałem problemów, bo przed startem mieliśmy przelot z Cascais do Sagres i zdążyłem się wdrożyć. A przed startem do drugiego etapu z Wysp Kanaryjskich na dziesięć dni przyleciałem do Polski i przyzwyczaiłem się znowu do życia na lądzie. W efekcie, po powrocie na łódkę, przez pierwsze dwa dni drugiego etapu nic nie jadłem, a wręcz przeciwnie. Musiałem odchorować brak aklimatyzacji. No a potem przystosowałem się już do tego cyklu spania co dwadzieścia minut, nieustannego czuwania. Początek był najtrudniejszy, później sytuacja się ustabilizowała.

– Pogoda i wiatr sprzyjały cały czas?

– Były ze dwa dni, kiedy mniej wiało. Udało się wtedy postawić genakera, bo poza tym cały czas płynąłem na foku i grocie. Głównie to był taki surfing po falach, przy dość mocnym wietrze. Po drodze miałem statki, które wzbudzały moją czujność. Na szczęście schodziłem z kursów kolizyjnych bez problemów i uniknąłem groźnych sytuacji. I to były właściwie jedyne zmartwienia. Nic się nie popsuło, niczego nie musiałem na bieżąco naprawiać. Łódka była solidnie przygotowana i dała radę.

– Po dotarciu na metę, mógł pan wreszcie zadzwonić do Polski, do rodziny…

– Zdążyłem już skontaktować się z rodziną i znajomymi ze środowiska żeglarskiego. Przez cały czas wszyscy śledzili sytuację na trackingu, kibicowali mi. Zresztą nie tylko żeglarze, także ci znajomi, którzy na co dzień się są związani z żeglarstwem. Cieszę się, że udało mi się dostarczyć im pozytywnych emocji.

– Jaki plan na kolejny rejs Setką?

– Na razie chcę odpocząć od Setki, ale wiem, że będę za nią tęsknił. Mam w planach udział w regatach bałtyckich, przy zupełnie innych warunkach. Nie wiem jednak, czy to będzie na Setce, czy na większym jachcie. Na razie cieszę się miejscem, w którym jestem.

– Ale będzie pan na niej jeszcze pływał?

– Tak. Łódka w kontenerze wróci do Polski. Robiłem ją z myślą o tym, żeby jej używać, popływać nie tylko w tych regatach przez Atlantyk. Planuję powrót do kraju najprawdopodobniej w połowie stycznia.

– Czy pływanie pięciometrowym jachtem po Atlantyku to ekstremalne wyzwanie?

– Na tak małej łódce trzeba rzeczywiście wykazać się odpornością fizyczną i psychiczną. Fale robią z Setką różne rzeczy, przestawiają ją raz w lewo, raz w prawo o kilka metrów. A ważący dziewięćdziesiąt kilo człowiek jest w środku i czuje się jak w betoniarce. Nie obejdzie się bez skaleczeń i siniaków. To zdecydowanie inna żegluga niż na dużym jachcie. Kiedy większy jacht jest w przechyle, płynie w przechyle i nic się nie dzieje, a Setka w baksztagu, nie mówiąc o fordewindzie, zachowuje się niczym korek. Tak się przyzwyczaiłem do tego bujania, że wprawdzie pięć razy wywróciłem się chodząc po jachcie, ale z tego dwa razy na równej, spokojnej wodzie. Teraz muszę się czegoś trzymać chodząc po pokładzie, bo błędnik jeszcze nie przestawił się z trybu morskiego na lądowy. To są jednak problemy, które każdy jest w stanie przezwyciężyć.

– Pańskie podejście do sprawy wynika chyba z dużego doświadczenia morskiego…

– Na pewno przymierzając się do takich regat na małej łódce trzeba mieć pojęcie o żeglowaniu na morzu. Żegluga na Setce jest wymagająca. Trzeba cały czas uważać na fale. Może być tysiąc dobrych, ale zawsze może zdarzyć się ta nieszczęśliwa jedna fala i po niej ze dwie kolejne, które mogą doprowadzić do katastrofy. Dlatego zabezpieczałem się, rzucając długą cumę z rufy, żeby kosztem prędkości opanować sytuację i zabezpieczyć łódkę. Jak się ma pojęcie na czym się żegluje i człowiek potrafi ochronić się przed zagrożeniami, żegluga staje się bezpieczniejsza. Z każdą kolejną milą nabierałem zaufania do łódki. Nawet gdyby żagiel kleił się do wody, wiedziałem, że jacht się podniesie, bo jest dobrze zbalansowany. Łódka jest bezpieczna i nadaje się do pokonania takiej trasy.

Lech Stoch pochodzi z Krakowa. Jak sam o sobie mówi, jest góralem z krwi i kości. A przy tym doświadczonym żeglarzem, prowadzi rejsy po Bałtyku, Adriatyku i Morzu Śródziemnym. Uczestnik wielu regat. Na co dzień zajmuje się usługami w branży HVAC i AGD.

Setką przez Atlantyk 2016 – regaty łodzi o długości 5 metrów. Trasa obejmowała dwa etapy. Pierwszy wiódł z portugalskiego Sagres na Teneryfę, drugi, finałowy na Martynikę. Wystartowało osiem łódek. Lech Stoch na jachcie „Giga”, Piotr Czarniecki na „Atomie”, Robert Puchacz na „Atinnie”, Michał Sacharuk na „Aussie”, Arkadiusz Pawełek na „Quarku” i Marcin Klimczak na jachcie „Lilu 2012”. A w  kategorii doublehanded załogi: Kacper Kania, Zbigniew Kania na „Nerwusie” i Adam Hamerlik, Aleksander Hanusz na „Still Crazy 2”. Przebieg zmagań od początku można śledzić za pomocą trackingu, którego fundatorem jest Pomorski Związek Żeglarski. Regaty dobywają się pod patronatem Żeglarskiego.info. 

PODZIEL SIĘ OPINIĄ