< Powrót
11
września 2015
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Ewa Banaszek

Maciej Sodkiewicz: Popłynąć jak najdalej

O niebanalnych rejsach, przygodzie i żeglarskim rekordzie rozmawiamy z kapitanem Maciejem Sodkiewiczem.

Jest niespokojnym duchem, podróżnikiem, który unika miejsc zaludnionych przez tłumy turystów. Ma opinię żeglarza zimnych wód, ale zarzeka się, że lubi pływać wszędzie. W tym roku, dowodząc ośmioosobową załogą na jachcie „Barlovento II”, dokonał niezwykłego wyczynu.

– Skąd się wziął projekt Lodowe Krainy 2014-2015?

– Z wcześniejszych wypraw w rejony arktyczne. W 2013 roku zorganizowaliśmy wyprawę na rosyjską Arktykę. Była podzielona na sześć etapów, z czego dwa były polarne. Pierwszy zakładał dotarcie do Ziemi Franciszka Józefa i udało się go z powodzeniem zrealizować. Nie tylko dotarliśmy do celu, ale także odwiedziliśmy stacje polarne, które są niemal zapomniane przez resztę świata. Przekroczyliśmy też 82 równoleżnik i pożeglowaliśmy do granicy lodu. Wracaliśmy szczęśliwi i dumni.
Celem drugiego etapu było opłynięcie Nowej Ziemi. Niestety plany pokrzyżowało aresztowanie, pod byle pretekstem, jachtu w Murmańsku. Rosjanie uznali, że skoro wcześniej nie wpuścili w ten obszar ekip z Niemiec i Wielkiej Brytanii, to i nas wpuścić nie mogą. Zatem druga ekipa wracała z rejsu z dużym niedosytem. No i zaczęły się dyskusje o tym, co będziemy robić za rok. Sytuacja polityczna była coraz trudniejsza, doszła kwestia ukraińska, aneksja Krymu. Uznaliśmy, że nie odpuszczamy Arktyki, ale tym razem popłyniemy w drugą stronę. I tak powstał projekt Lodowe Krainy, który został rozłożony na dwa lata. Założyliśmy sobie, że dopłyniemy możliwie jak najdalej, docierając po drodze do miejsc nieszablonowych, pozostających poza obszarem zainteresowań masowej turystyki.

– Jakie to miejsca?

– Na przykład Islandia. Tylko że my nie zadowoliliśmy się dotarciem do Reykjaviku. Popłynęliśmy na północ wyspy. Potem skierowaliśmy się w stronę Grenlandii. Tam, na wschodnim wybrzeżu, są tylko dwa niewielkie rejony, gdzie w maleńkich, rozrzuconych po fiordach osadach mieszkają ludzie – łącznie nie więcej niż dwa tysiące osób. Jeden leży w południowej części Grenlandii, drugi na wysokości wyspy Jan Mayen. Żeby wydostać się z tych miejsc potrzebny jest helikopter, który zabierze pasażerów na najbliższe lotnisko, skąd samolotem mogą lecieć w świat. Popłynęliśmy właśnie na Jan Mayen. To mała wyspa na samym środku północnego Atlantyku, na której znajduje się baza NATO i mieszka szesnaście osób. Stamtąd ruszyliśmy na północ, tuż przy granicy paku lodowego spływającego wzdłuż Grenlandii. Chcieliśmy dopłynąć na Spitsbergen i spróbować tam dotrzeć do granicy lodu.

– I udało się.

– Na Spitsbergenie lód już na nas czekał i musieliśmy mocno się przepychać. Chcieliśmy okrążyć wyspę przez cieśninę, więc popłynęliśmy na północ. Mieliśmy tam pozwiedzać fiordy, ale dostaliśmy pilną informację z Polski, że jeśli szturmować Hinlopen, to natychmiast, bo za dwa dni całe północne wybrzeże Spitsbergenu zamarznie i będziemy musieli tam zimować. Nowa mapa lodowa potwierdziła, że trzeba „iść do przodu”, że nie da się już zawrócić.
Po tej wyprawie ludzie nadal mieli niedosyt. Ci, którzy byli na Grenlandii mówili „może byśmy spróbowali czegoś więcej?” I zrozumiałem wtedy, że to już nie jest wyprawa organizowana przeze mnie, że zawiązała się grupa ludzi, którzy byli na rejsach dwa lata temu i przed rokiem. Oni wiedzą, że nasz jacht „Barlovento II” jest spartański. Nie mamy ciśnieniowej instalacji wodnej, ciepłej wody, nie ma prysznica. Myjemy naczynia w słonej wodzie. Po dwóch dniach człowiek się przyzwyczaja, że wszystko ma lekko słonawy posmak. Woda jest tak zimna jak otaczające nas morze. Ogrzewamy tylko mesę, w kabinach jest na tyle ciepło, na ile sobie nachuchamy. Temperatura osiąga osiem – dziesięć stopni Celsjusza. I ci ludzie poświęcają komfort codziennego życia na pływanie w nowe, nieznane rejony. Bo ile osób może o sobie powiedzieć, że było na Ziemi Franciszka Józefa czy na Ziemi Północno-Wschodniej?

– W końcu postanowiliście w tych spartańskich warunkach dokonać jeszcze jednego wyczynu…

– W tym roku, po wspólnych naradach ustaliliśmy, że płyniemy dwa etapy „lżejsze” i jeden główny, na który zebraliśmy najbardziej doświadczoną, znającą się  z poprzednich rejsów załogę. Warto jednak zaznaczyć, że w całym projekcie w ciągu dwóch lat uczestniczyło łącznie 91 osób. Byli to żeglarze i żeglarki z całej Polski, a także przedstawiciele żeglarskiej Polonii. A ten główny, ostatni etap miał tylko jeden cel: pojechać jak najwyżej się da. Innych założeń nie było.

– Jak przebiegał ten najtrudniejszy etap?

– Usiedliśmy razem w barze w Longyearbyen – bo tam jest internet, a dzięki temu dostęp do najświeższych map lodowych i prognoz – i zaczęliśmy układać taktykę. Wiadomo, że lód odsuwa się najdalej na północ nad należącą do Rosji Ziemią Franciszka Józefa. Najlepiej byłoby atakować właśnie tam. Niestety w tym rejonie Rosja wytyczyła sobie granicę z Norwegią i podzieliła Arktykę – również morze – na strefy wpływów. Mając w pamięci aresztowanie i przesłuchanie w Murmańsku, nie mieliśmy ochoty na powtórkę.

Ostatecznie zdecydowaliśmy, że zaryzykujemy i popłyniemy na rosyjską stroną korzystając z gwarantowanego przez międzynarodowe konwencje prawa do swobodnego przepływu. Trzeba się tylko przedostać na wschód. Mogliśmy zrobić to od południa, pod Spitsbergenem; od północy, nad Ziemią Północno-Wschodnią; albo środkiem, przez cieśninę Hinlopen. Niestety i północny Svalbard, i cieśnina Hinlopen były wciąż zawalone lodem, a na dole sztorm. Wspólnie uznaliśmy, że pójdziemy przez Hinlopen. Czuliśmy, że się uda, że lód puści. Dział brzegowy z Polski przesyłał informację, że lód w cieśninie się odsunie, ale ugrzęźliśmy w lodzie. Wschodnie wiatry wciskały lód w gardło cieśniny. Uznaliśmy, że nie ma sensu szarżować i postanowiliśmy przeczekać.

– Jak się czeka w lodowej głuszy?

– No cóż, żeglarz, który nie ma dokąd płynąć, ma twórcze pomysły… My rozbiliśmy na krze namiot, rozpaliliśmy grilla. Sytuacja lodowa wciąż się pogarszała, więc wycofaliśmy się do opuszczonej szwedzkiej bazy naukowej. Czekaliśmy dwa dni, kolejna mapa lodowa pokazała, że warto jeszcze raz spróbować przejść przez cieśninę. Ale prognoza lodowa swoje, lód swoje – musieliśmy po raz drugi wycofać się z Hinlopen.

Nie było łatwo, przede wszystkim jeśli chodzi o sferę psychiki, ale zapadła decyzja, że próbujemy dalej – tym razem zupełnie od północy. Nie myśleliśmy o rekordzie, każdy walczył z samym sobą. Chcieliśmy opłynąć nie tylko Spitsbergen, ale cały archipelag Svalbard, bo jeszcze tego nie robiliśmy. Udało się przecisnąć przez pak lodowy. Było ciężko. Na pokładzie pracowała non stop co najmniej połowa załogi, przeciskaliśmy się czternaście godzin z prędkością niekiedy nie przekraczającą 0,8 węzła. W końcu udało się przejechać na wschodnią stronę. Nareszcie płynęliśmy wzdłuż lodowca Austfonna, największego lodowca w tej części Arktyki i drugiego na półkuli północnej. Marzyłem, żeby go kiedyś zobaczyć, to jest jeden z tych motywów, które pchają człowieka do takich miejsc.

– Lodowiec zdominował panoramę…

– Z drugiej strony była otwarta woda. I w tym momencie zaczęło wiać. Pomyśleliśmy, że skoro Neptun dał nam wiatr, to trzeba z tego daru skorzystać i będziemy płynąć na północ dopóki będzie wiało. Płynęliśmy tak dwie doby. Granica lodu układała się pod kątem. Zbliżając się do niej szliśmy na północny wschód. I udało się nam dotrzeć powyżej 82 równoleżnika na pełnym zestawie żagli. Mieliśmy świetne prędkości. „Barlovento II” fajnie sobie radzi przy baksztagu. Zastanawiałem się nawet, czy jak lód się pojawi, to uda się wyhamować, bo nasz silnik jest dość stary i trzeba go grzać dobre pół godziny, zanim śruba zacznie pracować z pełną mocą. I tak sobie płynęliśmy – deszcz, mgła, zimno, paskudnie. Nie używając silnika dopłynęliśmy do 82°37’N. Byliśmy tam z  piętnaście minut. Zawracaliśmy szybko, żeby nie wpakować się w lód. Nasz jacht nie ma klasy lodowej, nie ma żadnych wzmocnień.

– Nie było świętowania sukcesu?

– Kiedy wiedzieliśmy już, że jesteśmy dalej niż dotarł w 2012 r. rosyjski jacht „Piotr I” z kapitanem Danilem Gavrilowem, czyli powyżej 82°18’N, zasygnalizowaliśmy ten fakt dzwonem. Potem dla zabawy, wybijaliśmy kolejne mijane minuty szerokości. Kiedy  wracaliśmy, cała załoga, poza wachtą nawigacyjną, wskoczyła do śpiworów. Temperatura wody wynosiła minus jeden stopień Celsjusza, powietrze było niewiele cieplejsze i strasznie wilgotne. Tak naprawdę rekord świętowaliśmy dwa dni później.

– Rekord, który tu, w Polsce, został zakwestionowany…

– Troszkę nas to bawi… Ktoś napisał tekst, rozesłał do różnych redakcji, opublikowały go dwa portale, w tym jeden – jak się dowiedziałem – z powodu niedopatrzenia… Stawianie sportowego, niespełna szesnastometrowego „Barlovento” w jednym rzędzie z „Tarą”, która jest dużym, 36-metrowym statkiem badawczym jest co najmniej zaskakujące – i w zasadzie dla nas pochlebne. To tak jakby porównywać „Barlovento” do polskiej „Oceanii”, która również jest statkiem badawczym – i której nikt jachtem nie nazywa.

„Tara” to stacja badawcza, której celem było prowadzenie badań naukowych nad zagadnieniami globalnego ocieplenia. Na szerokości 79 stopni załoga „Tary” zdemontowała obie płetwy sterowe i wyjęła je na pokład. Poproszono rosyjski lodołamacz o pomoc i jednostka została wepchnięta w pole lodowe, gdzie znalazła na tyle duży fragment lodu, do którego mogła zacumować na przezimowanie.

– Czy taki przycumowany statek bez płetw nadal żegluje?

– Przecież żegluga to czynna forma – szukanie wiatru, sterowanie, halsowanie… Tymczasem „Tara” dryfowała ponad półtora roku. Oni byli dryfującą stacją badawczą. Rosjanie takich stacji zrzucają na lód każdego roku po kilka. Tu różnica była taka, że Francuzi do lodu przymarzli. Ich jednostka jest tak skonstruowana, by lód ją wypierał. Ona stoi na lodzie. Trudno to nazwać żeglugą.

– Był jeszcze „Fram” Nansena.

– „Fram” to statek, tak jak „Tara”. Można obejrzeć go w muzeum w Oslo. Ma na dziobie dębowe zastrzały, które chroniły go przed naporem lodu i obłodenny kadłub, który gwarantował, że w wmarzając w lód – znajdzie się na nim. Ster i śrubę napędową można było na „Framie” schować wewnątrz kadłuba. Nasz jacht nie był budowany z myślą o pływaniu na Północy – a na pewno nie w lodzie. Płynęliśmy najwyżej jak się da, konsultując naszą wiedzę z Rosjanami i Norwegami. Mierzyliśmy się w kategorii jachtów sportowych, bo takim jest „Barlovento II”.
Zanim wypłynęliśmy w rejs, doskonale wiedziałem co zrobiła „Tara”. Oni mieli łączność internetową, prowadzili bloga, można wszystko wyczytać z ich strony. Porównywanie nas z „Tarą” nie mają sensu.

– Może tylko ty tak uważasz?

– Nie tylko. Podobne opinie przeważają. Otrzymaliśmy wiele gratulacji od żeglarzy, klubów i organizacji żeglarskich. Kapitan Ewa Skut, żeglarka prowadząca portal Polskie Żeglarstwo Polarne jest podobnego zdania. Nie należy mylić pływania pod żaglami z dryfowaniem. Wedle mojej wiedzy tylko sześć jachtów dotarło powyżej 82 równoleżnika w czynnej żegludze: „Vagabond’eux” Janusza Kurbiela, „Panorama” Piotra Kuźniara, „Piotr I” Daniła Gawriłova, niemiecka „Luna” pod dowództwem Astrid Ewe, „Apostoł Andriej” Nikolay’a Litau – no i my dwukrotnie na „Barlovento II”.

– Żeby ostatecznie zamknąć sprawę, na czym polega sukces załogi „Barlovento II”? Gdzie jest rekord?

– „Barlovento II” jest jachtem sportowym, który pożeglował najdalej na północ w historii światowego żeglarstwa. I spotkałem już żeglarzy, którzy mówią, że wysoko ustawiliśmy poprzeczkę, lecz będą próbowali się zmierzyć z tym wyzwaniem.

– Nie masz ochoty odpocząć od pływania w Arktyce?

– Utarło się, że Sodkiewicz jest żeglarzem wód północnych, ale to nie jest cała prawda. W lutym popłynęliśmy jachtem „Nashachata 2” w rejs z Wysp Zielonego Przylądka do Gambii. Wpłynęliśmy w górę rzeki Gambia na odległość 200 kilometrów. W niewielkiej odległości od brzegu oceanu są wioski, których mieszkańcy traktowali nas jak każdego turystę z Europy. Chcieli nam sprzedawać chińskie pamiątki. Im dalej w górę rzeki, tym ludzie mniej się nami interesowali. Dotarliśmy wreszcie do takiej wsi, z której podpłynął do nas pirogą syn wodza i spytał, po co tu przypłynęliśmy. Tłumaczył, że oni nie mają zbyt wielu pieniędzy i nic od nas nie mogą kupić. Sytuacja się odwróciła. Potem podsunął nam zeszyt i poprosił żebyśmy się wpisali. Tam wpisywali się wszyscy żeglarze, którzy ich odwiedzili. Okazało się, że byliśmy tam dwunastym jachtem, który od 1996 roku, czyli od chwili założenia zeszytu, dotarł w to miejsce.

– Pływasz w dziwnych miejscach…

– Nie lubię być częścią tłumu turystów. W marinach na Morzu Śródziemnym nie liczy się to jakim jesteś człowiekiem, ale to jak zasobny masz portfel. Tymczasem kiedyś na Grenlandii chcieliśmy zatankować wodę. Podpłynęliśmy z kanistrami do brzegu, poprosiliśmy kogoś, żeby wskazał, gdzie można się w słodką wodę zaopatrzyć. Okazało się, że na ziemi leżały jakieś gumowe węże pełniące funkcję lokalnych wodociągów. Innuita powiedział nam, żebyśmy sobie odpięli jeden taki wąż i napełnili kanistry. A kiedy chcieliśmy uzupełnić zapas paliwa, powiedziano nam, że wprawdzie punkt opłat w informacji turystycznej jest już dziś zamknięty, ale bez problemu możemy zapłacić jutro. Paragon stanowiła odręcznie wypisana kartka z liczbą litrów. Nie było nawet ceny. Oni mieli do nas pełne zaufanie. Tych wrażeń i doświadczeń nie da się kupić. I właśnie do takich miejsc mnie ciągnie.

– Jaki cel załoga „Barlovento II” stawia sobie na przyszły rok?

– Teraz myślimy o rejsie na Alaskę. Co z tego wyniknie, zobaczymy.

Sodkiewicz lodowe2 Ewa BanaszekMaciej Sodkiewicz – ur. 24 sierpnia 1978 w Tczewie. Absolwent Wydziału Automatyki i Robotyki Politechniki Gdańskiej. Żeglować zaczął w wieku 10 lat. Pływał m.in. po Alasce, Spitsbergenie, Antarktydzie, wokół Przylądka Horn oraz Patagonii. Przepłynął Ładogę, Onegę, Kanał Bałtycko-Białomorski i Morze Białe. Zna norweskie fiordy jak własną kieszeń. Dotarł do Spitsbergenu, Islandii, na Grenlandię oraz do Afryki Zachodniej. Za zasługi dla polskiego żeglarstwa, w 2012 roku odznaczony przez prezydenta RP Brązowym Krzyżem Zasługi.

 

PODZIEL SIĘ OPINIĄ