Michał Burczyński: Nie poleciałem do Stanów jako faworyt
O przygodach polskich bojerowców podczas tegorocznych mistrzostw świata klasy DN i sukcesie, mimo niesprzyjających okoliczności, rozmawiamy ze zdobywcą tytułu Michałem Burczyńskim.
– Na podium mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych stanęło trzech Polaków. A przecież od waszego przylotu do Ameryki wszystko szło nie tak, jak trzeba…
– Te mistrzostwa przejdą do historii, bo takich „atrakcji” najstarsi bojerowcy nie pamiętają. Na zawody nie doleciał nasz sprzęt. O tym, że są problemy dowiedzieliśmy się jakieś trzy dni przed mistrzostwami. Robiliśmy, co mogliśmy. Byliśmy w ciągłym kontakcie z przedstawicielami różnych linii lotniczych i Polskiego Związku Żeglarskiego. Wszyscy działali, ale nic to nie dało. Kiedy nasz ekwipunek dotarł do luku bagażowego samolotu, to okazało się, że maszyna ma awarię i nie poleci. To było w piątek o godzinie 15 czasu lokalnego w Chicago. Pierwszy start zaplanowano na niedzielę, na godzinę 10 rano.
– Stracił pan nadzieje na udany start w mistrzostwach?
– Próbowałem negocjować z organizatorami, żeby najpierw rozegrać mistrzostwa Ameryki Północnej, a dopiero potem mistrzostwa świata. Oni to rozważali, ale doszli do wniosku, że nie ma takiej możliwości. Po prostu część zawodników zaplanowała przyjazd na konkretny termin rozpoczęcia mistrzostw kontynentu, czyli dopiero za kilka dni. Te próby zamiany imprez to było z mojej strony łapanie się brzytwy przez tonącego.
– Ale nastąpił nagły zwrot akcji…
– Piątek był dla polskiej ekipy dniem pechowym, ale i kluczowym z mojego punktu widzenia. W piątek wieczorem w ogóle wszystko już sobie odpuściłem. Nie mając sprzętu wrzuciłem na luz i postanowiłem potraktować ten wyjazd typowo turystycznie. Tymczasem zadzwonił do mnie amerykański znajomy – bojerowiec, David Hearn i powiedział, że mogę użyć jego zestawu regatowego do startu w mistrzostwach świata. Początkowo nie chciałem przyjąć tej oferty, bo wiadomo, że każdy chce mieć dobre regaty i jemu też się należały, ale w końcu mnie przekonał. Pożyczyłem jego zestaw i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.
– Pożyczony zestaw okazał się szczęśliwy?
– Bojery są tak techniczną dyscypliną sportu, sprzęt musi być tak spersonalizowany, że nikt z nas nie wyobrażał sobie, że możemy wygrać. Myśleliśmy raczej o miejscach w pierwszej dziesiątce. W sobotę rano, nie miałem jeszcze sprzętu, bo Daniel był w trasie, jechał na regaty z Madison. Tuż przed treningiem zestaw dotarł na miejsce. O dziewiątej złożyłem go, dotrymowałem i pojechałem. Okazało się, że nie jest źle. Przed zawodami zrobiłem małe modyfikacje techniczne i wprawdzie nie spodziewałem się rewelacji, ale wiedziałem, że mam szansę na udane regaty. To mnie uspokoiło, bo najbardziej bałem się, że wystartuję na „second handzie” i nie będzie frajdy ze ścigania, tylko frustracja spowodowana niemożnością nawiązania równorzędnej walki z przeciwnikami.
– I jak przebiegały zawody?
– Poszedł pierwszy start. Płynęło około 25 zawodników, ja na trzeciej pozycji. Było dobrze, bo miałem kontakt z pierwszym i drugim zawodnikiem. Tak było na pierwszym znaku. Nie liczyłem jednak, że to dowiozę do końca wyścigu. W dół płynąłem już drugi, potem wyprzedziłem Holgera Petzke i powoli przesuwałem się do przodu. To było miłe zaskoczenie. Pierwszy wyścig był w lepszą, lewą stronę. Wszyscy mówili, że w prawą nie będę miał łatwo, bo wiatr się nie zmienił. Tymczasem okazało się, że było wręcz przeciwnie. Miałem więc dużo szczęścia w obu wyścigach pierwszego dnia. Do hotelu wróciłem bardzo szczęśliwy.
– Kolejne dni regat były równie udane, zresztą nie tylko dla pana. Polacy znowu pokazali swoją siłę. Skąd ona się bierze?
– Zastanawiałem się nad tym i nie bez znaczenia są pewnie nasze bogate tradycje bojerowe. Choć oczywiście, Amerykanie i Skandynawowie też je mają. Poza tym, w ostatnich latach, na pewno dobrą robotę zrobił Karol Jabłoński. On ciągnie całą flotę za sobą. No i w Polsce relatywnie dużo mówi się o bojerach w porównaniu z innymi „bojerowymi” krajami. Karol jest rozpoznawalny, pokazuje się w mediach. Młodsi żeglarze idą za jego przykładem. Mamy też świetnych producentów sprzętu, no i my sami – zawodnicy – staramy się być jak najlepsi. Te wszystkie czynniki składają się na nasze sukcesy.
– Rozmawiał pan już z Karolem Jabłońskim po powrocie ze Stanów?
– Tak, rozmawialiśmy po mistrzostwach świata. Gratulował mi, ale rozmawialiśmy też o innych sprawach. Mówił o swoim starcie w regatach Kaliguli, opowiadał o kadrze narodowej, której jest konsultantem. On na tej pracy skupiał się w tym sezonie i kilka startów odpuścił.
– Sezon niebawem się skończy, będzie pan jeszcze startował tej zimy? Na przykład w regatach na Bajkale?
– Nie wiadomo, czy w ogóle te zawody się odbędą. Tam są jakieś zawirowania. Tak czy inaczej, nie planuję startu na Bajkale. Chcę natomiast wziąć udział w mistrzostwach Szwecji w połowie marca. Także Karol Jabłoński nie wyklucza swojego udziału w tej imprezie.
– Na kolejne regaty pojedzie pan jako aktualny mistrz świata. Czuje pan presję?
– Nie czuję presji. Mistrzostwa świata są już za nami. Będą kolejne zawody, każdy jedzie na regaty po to, żeby zwyciężyć. Ja do Stanów nie poleciałem jako faworyt. Udało mi się zdobyć trzeci tytuł mistrza świata i jestem bardzo zadowolony, ale w mistrzostwach Europy byłem na piątym miejscu. Mistrzostwa Polski na Zegrzu też poszły mi jak po grudzie. Nie do końca przygotowałem sprzęt. Przy poziomie, na jakim wszyscy się ścigamy, zajęcie miejsca na podium jest sporym sukcesem. Trzeba mieć dużo szczęścia, ale najważniejsza jest frajda z latania i dobra zabawa.


