Nieznany rejs Andrzeja Kowalczyka przez Atlantyk
W 1997 roku Andrzej Kowalczyk z Olsztyna przepłynął samotnie Atlantyk na 6,5 metrowym jachcie „Olsztyn”. Wyruszał z Casablanki i chciał uczcić swoim rejsem słynnego Leonida Teligę, który z …
Andrzej Kowalczyk usa 2025 07 29 archiwum rodziny KowalczykowW 1997 roku Andrzej Kowalczyk z Olsztyna przepłynął samotnie Atlantyk na 6,5 metrowym jachcie „Olsztyn”. Wyruszał z Casablanki i chciał uczcić swoim rejsem słynnego Leonida Teligę, który z tego samego miejsca rozpoczynał swoją wyprawę dookoła świata. Przypominamy szaloną podróż naszego rodaka.
Jacht Polaka dotarł do portu w Casablance rankiem 24 stycznia 1997 roku. Żeglarz wiózł swój jacht drogą lądową z Polski do Maroka więc jeszcze przed rejsem uczestniczył w wymagającej podróży. Ku czci Leonida Teligi 39-letni były wojskowy wyruszył stamtąd dzień później, co było wielkim przeżyciem dla rodziny olsztyńskiego żeglarza. 6,5-metrowy Kłobuk 650 „Olsztyn” ważył zaledwie 1300 kilogramów więc nie był dużą jednostką. Nazwa łódki została nadana na cześć stolicy województwa warmińsko-mazurskiego. Część środowiska żeglarskiego uważała, że Polak posiada zbyt małe umiejętności, żeby sobie poradzić, ponieważ doświadczenie zdobywał jedynie na mazurskich jeziorach.
– Pojechali wtedy ze mną, między innymi, przedstawiciele Telewizji Polskiej z Gdańska, dziennikarz Jerzy Boj i Wojciech Ogrodziński z Radia Olsztyn – wspomina początki wyprawy Andrzej Kowalczyk.
– Mąż bardzo chciał uczcić w taki sposób 30. rocznicę wypłynięcia w rejs dookoła świata Leonida Teligi i nie dało się go od tego pomysłu odwieść – oznajmia żona żeglarza. – Na pożegnaniu Andrzeja pojawił się wtedy tamtejszy konsul oraz marokańska Polonia. Ja nie mogłam być obecna, ponieważ zostałam w Polsce z dwójką dzieci. Pojawiały się głosy w środowisku, że mąż jest tylko żeglarzem szuwarowym i nagle sobie wymyśli, że popłynie przez Atlantyk. Ale były też osoby, które pozytywnie na to patrzyły. Wpierał go na przykład mieszkający w Stanach Zjednoczonych żeglarz Adam Jasser, który nawet powitał go osobiście na Florydzie po zakończeniu rejsu. Z kolei myślę, że bez takich ludzi, jak mój mąż ludzkość stałaby w miejscu.
Reklama · RejsyReklama przy rejsach i czarterachReklama i współpraca →Rejs z przygodami i bez zasięgu
Absolwent Wydziału Elektroniki WAT-u najpierw skierował się w stronę Las Palmas. Następnie podczas swojej przygody trafił na czterodniowy sztorm na Atlantyku, przez co stracił 180 mil wysokości i zniosło go w okolicę wyspy Antigua. W efekcie Polak, aby dotrzeć do brzegów Florydy, musiał nadrabiać trasę i płynąc do celu zahaczył również o wyspę San Salvador.
Obszar między tą wyspą oraz Virgin Gorda, po którym żeglował przez około 700 mil morskich, uważał za jeden trudniejszych momentów.
– Był tam szlak żaglowy, przez który przepływa dużo statków, a ja musiałem go przeciąć więc trzeba było bardzo uważać, żeby nie zostać „rozjechanym” – mówi Andrzej Kowalczyk. – Którejś nocy natknąłem się na filipiński statek. Rozmawiam z kapitanem przez radio i udało nam się wymienić pozycjami, ale zauważyłem, że jego statek nadal płynie prosto na mnie. Skończyło się na tym, że w ostatnim momencie udało mi się uciec z jego kursu, minął mnie w odległości jedynie około 50 metrów. Po tej sytuacji nie spałem przez kilka dni.
Reklama · RejsyPromuj swoją markęSprawdź ofertę →Najbardziej dramatyczne przeżycia miał około 100 mil przed Florydą, kiedy pękło mu okucie steru. Jedyną szansę ratunku widział w dopłynięciu do Nassau na Bahamach, ale aby nie roztrzaskać się o rafę koralową, musiał zostać wprowadzony do portu. Udało mu się nadać depeszę za pośrednictwem jednego z przepływających statków.
– Trafiłem na dodatek na sztormowe warunki, gdzie wiało około 8 w skali Beauforta i zmagałem się z kilkumetrowymi falami więc czekając na pomoc z portu naprawdę się bałem – wspomina wydarzenia żeglarz. – Były to dla mnie jedne najdramatyczniejszych godziny całej wyprawy. Na szczęście zauważyłem płynącą w moją stronę motorówkę ratowniczą i powoli robiłem się spokojniejszy. Na szczęście w porcie uznali, że moje wezwanie miało uzasadnienie i było zagrożenie życia więc nie wystawili mi rachunku za fatygę. A ta potrafiła kosztować w Nassau nawet 1500 dolarów. Było to jednak instytucja charytatywna i obciążali kosztami jedynie osoby, które nadużywały tej pomocy i próbowały przy tym kombinować.
Podróż Andrzeja Kowalczyka i tak była dla rodziny stresująca, ponieważ tygodniami nie było z nim żadnego kontaktu.
– Na jachcie nie było profesjonalnego wyposażenia do komunikowania się, jedynie jakaś mała UKF-ka – mówi żona żeglarza. – Jak wypłynął w styczniu, to chyba dopiero na początku marca dostałam pierwszą wiadomość od męża. Niedaleko naszego jachtu przepływał jakiś kontenerowiec i dzięki temu dostałam informację, że był widziany, jak płynie więc cieszyłam się, że nic mu się nie stało. Wiązało się z tym dużo stresu i jak teraz o tym myślę, to uważam, że ta jego podróż była szalonym pomysłem.
Reklama · RejsyArtykuł sponsorowanyZapytaj o pakiet →Upragniony ląd i realizm
Do amerykańskiego portu w Fort Lauderdale dotarł około godziny 3.00 czasu miejscowego w sobotę 10 maja 1997 roku, mając za sobą 5000 mil podróży. Wcześniej myślał, że po pokonaniu Atlantyku ruszy w dalszą podróż dookoła świata, ale poza podreperowaniem oraz usprawnieniem swojej łódki, były potrzebne także duże środki finansowe. A ta kwestia trochę go przerosła i skończyło się na Stanach Zjednoczonych.

– Chyba nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z tego, że rejs dookoła świata jest tak drogim przedsięwzięciem – mówi Andrzej Kowalczyk. – W tamtym działaniu było w nas jeszcze dużo młodzieńczego myślenia, takiego żeglarskiego romantyzmu. Po powrocie do Polski głównie sytuacja finansowa przeważyła o zakończeniu całej wyprawy. Nie stać było później na sprowadzenie jachtu z powrotem do Polski więc przekazaliśmy go tamtejszej polonii. Muszę jednak podkreślić, że moja wyprawa była możliwa dzięki wysiłkom wielu osób, a ja byłem jedynie szczęśliwcem, który wsiadł na jacht i popłynął. Nie sposób, żebym nie wspomniał o Adamie Jasserze, który bardzo nas wtedy wspierał, był takim mentorem. Wielkimi współojcami tego przedsięwzięcia byli również dziennikarz Wojciech Ogrodziński czy budowniczy jachtów Krzysztof Kołakowski.
Reklama · RejsyWyróżnij swoją firmęSprawdź cennik →Rodzinne żeglowanie i nagroda
Okazuję się, że poza stresem były również korzyści z tego wielkiego marzenia Andrzeja Kowalczyka.
– Dzięki temu do dzisiaj razem pływamy i byliśmy już w wielu miejscach na świecie – przyznaje Iwona Kowalczyk. – Od wielu lat regularnie żeglujemy u wybrzeży Chorwacji i mamy ją przepływaną wzdłuż i wszerz. Na przykład w marcu tego roku byliśmy na Seszelach, żeby zbadać tamte tereny pod kątem tej pięknej aktywności. Męża zawsze do tego ciągnęło i tak mu zostało do dzisiaj.
– W tym roku chciałbym udać się jeszcze na Bahamy, czyli w okolice, gdzie przeżywałem część swojej przygody – dodaje Andrzej Kowalczyk.
Obecnie Polak przebywa już na emeryturze, a żona jest z zawodu technikiem protetyki. Z kolei w 2001 roku Andrzej Kowalczyk stworzył globus dla osób niewidomych i niedowidzących. Otrzymał za niego Motyla, czyli nagrodę przyznawaną przez Fundację Jolanty Kwaśniewskiej. Podarunek stoi teraz w domowym gabinecie na honorowym miejscu. Wcześniej, po zakończeniu pracy w wojsku, Andrzej Kowalczyk zajął się własną działalnością, pracując na przestrzeni lat w różnych miejscach m.in. w „Gazecie Wyborczej” w Olsztynie, czy agencji reklamowej.
Rejs Andrzeja Kowalczyka był pierwszą w historii polskiego żeglarstwa próbą samotnego opłynięcia kuli ziemskiej na jachcie o długości mniejszej niż siedem metrów. Telewizja Polska nagrała nawet reportaż o tej wyprawie o tytule „Marokańskie przypadki żeglarza i jego łódki”.























