< Powrót
7
lutego 2019
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Sailing Energy / World Sailing
Furmański

Radosław Furmański: Rozpędzam się i to mnie cieszy

Radosław Furmański odniósł najważniejszy jak dotąd sukces w karierze, zdobywając srebrny medal zakończonego niedawno Pucharu Świata Klas Olimpijskich w Miami. W rozmowie z nami windsurfer reprezentujący na co dzień barwy DKŻ Dobrzyń, opowiada m.in. o udanym starcie w tych zawodach.

– Jakie wrażenia przywiozłeś ze Stanów Zjednoczonych?

– Jak najbardziej pozytywne. To był mój drugi start na pucharze świata. W Enoshimie w 2018 r. zająłem szóste miejsce i już w tedy uznałem, że poszło mi bardzo dobrze. Teraz zaś znakomicie.

– Spodziewałeś się takiego wyniku?

– Przede wszystkim spodziewałem się silnej konkurencji i rzeczywiście zawody miały mocną obsadę, choć to dopiero początek sezonu. Wiedziałem, że nie mogę spodziewać się jakichś super wyników, tym bardziej, że okres zimowy to jeszcze nie jest szczyt formy. Dlatego sądziłem, że do formy startowej będę wdrażał się dłużej. Byłem przygotowany na bęcki, bo przecież my w Polsce nie trenujemy nieprzerwanie. A choćby Hiszpanie nie mają „przerwy od deski”. W stawce brakowało dwóch topowych Holendrów, ale poza tym ekipa była z najwyższej światowej półki. Między innymi Francuzi i Chińczycy w bardzo dobrej formie. Jak na styczniową imprezę, było z kim się mierzyć.

– Jak przebiegały same zawody z twojej perspektywy?

– Decyzję o wyjeździe podjęliśmy szybko. Dwa tygodnie wcześniej mieliśmy zgrupowanie. Postanowiliśmy potraktować start w pucharze jak dobry trening i jak najlepiej wykonać swoją robotę. Z takim nastawieniem wystartowaliśmy, a już pierwszego dnia byłem pozytywnie zaskoczony. Kolejne dni upewniły mnie, że jest świetnie, bo objąłem prowadzenie. Niestety, zdarzył się słabszy czwarty dzień. Nie byłem z siebie zadowolony, popełniłem trochę błędów. Ale błędy zdarzyły się nie tylko mnie i po tym dniu byłem na pozycji remisowej z innym zawodnikiem. W medal race trzej zawodnicy mieli falstart, w tym Paweł Tarnowski. Ja płynąłem za dwoma zawodnikami słabowiatrowymi z Chin, których trudno byłoby wyprzedzić i za dwoma Francuzami. Jednego z nich udało mi się wyprzedzić. Akurat tego, z którym remisowałem. To wystarczyło do srebra.

– I jesteś szczęśliwy…

– Jestem przeszczęśliwy! Nie wierzyłem do końca! Jeszcze niedawno myślałem, że warto byłoby w końcu na jakimś podium pucharu świata stanąć. Mam za sobą kilka udanych regat, ale medal pucharowy to kolejny szczebelek w karierze. Wiadomo, dla każdego igrzyska są najważniejsze, niemniej po drodze są różne ważne imprezy. Ten medal ze Stanów to krok milowy w mojej karierze. Rozpędzam się i to mnie bardzo cieszy. Jeszcze we wrześniu ścigaliśmy się na poprzednim pucharze świata. Byłem szósty, wtedy jednak to był koniec sezonu, brakowało Piotra Myszki i Pawła Tarnowskiego. A tu zdobyłem medal na początku roku, kiedy na siłowni i na rowerze pracuje się nad motoryką i siłą fizyczną. Jak się okazało te treningi przełożyły się na dobre pływanie na desce. Moja taktyka i doświadczenie żeglarskie, umiejętność opanowania stresu, przełożyły się na końcowy wynik. Z biegiem lat nabyte umiejętności procentują.

– Umiejętności teraz na pewno się przydadzą, przed tobą trudny sezon?

– Sezon zaczyna się w tym roku dość szybko. W kwietniu mamy mistrzostwa Europy, które będą eliminacjami do igrzysk w Tokio. Przyjedzie cała światowa czołówka i trzeba dać z siebie wszystko. Zresztą, to jeden z powodów, dla których cała męska reprezentacja w klasie RS:X pojechała do Miami. Chcieliśmy się wdrożyć w tryb startowy. Dwa tygodnie po mistrzostwach kontynentu startujemy w niedużych regatach w Kadyksie, później mamy przerwę i we wrześniu jedziemy na jezioro Garda, gdzie odbędą się mistrzostwa świata. To oczywiście najważniejsza impreza w tym roku i druga eliminacja do igrzysk. Kolejne mistrzostwa świata będą już na początku przyszłego roku w Nowej Zelandii. No a potem igrzyska olimpijskie w Tokio.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ