Znani i nieznani: Andrzej Apollo
Najstarszy członek Męskiego Chóru Szantowego „Zawisza Czarny” i prawdopodobnie jeden z najstarszych śpiewających szantymenów w Polsce – Andrzej Apollo ma 89 lat. Mimo wieku wciąż zaskakuje aktywnością – jeździ na rolkach, rowerze, a zimą wyrusza na narty.
Nazwisko Apollo wciąż pozostaje dla niego małą zagadką – jedna z rodzinnych wersji głosi, że pochodzi od „pola”, a część krewnych nosi nazwisko Apola. Urodził się 6 września 1936 roku w Mikołowie na Śląsku. Jego mama, Jadwiga, pochodziła z Wilna, ojciec – Tadeusz – z Gorlic. Oboje byli harcerzami i to właśnie harcerstwo ich połączyło.
– Moi rodzice byli oddani działalności społecznej, zawsze stawiali innych ponad siebie – wspomina pan Andrzej.

Andrzej Apollo na przedwojennej fotografii. Archiwum prywatne.
Ojciec pana Andrzeja był znanym społecznikiem, a w 1957 roku założył w Mikołowie oddział PTTK. Rodzinna tradycja zaangażowania społecznego przeniosła się także na syna.
Pierwszy kontakt z wodą Andrzeja Apollo miał miejsce na Jeziorze Paprocańskim w Tychach – w kajaku. Prawdziwa pasja żeglarska zrodziła się jednak dopiero w czasach studenckich w Krakowie, gdzie studiował na Wyższej Szkole Rolniczej potocznie nazywanej przez studentów „Wysrol”.
– Chyba mam we krwi działalność społeczną – śmieje się pan Andrzej – bo od razu zaangażowałem się w sekcję żeglarską AZS Kraków. Byłem tam kierownikiem technicznym, remontowałem łódki, budowaliśmy przystań.
To właśnie tam poznał Elżbietę swoją przyszłą żonę i również zapaloną żeglarkę. Była wicemistrzynią Polski w klasie Słonka i mistrzynią w Cadecie w 1963 roku. Pan Andrzej również święcił sukcesy w regatach okręgowych, głównie właśnie w Cadecie.
– Wygrywałem raczej dzięki świetnej łódce, „Kaczorowi”, niż własnym umiejętnościom – śmieje się. – Do dziś widzę jak ta łódź tnie fale.
Oprócz żeglarstwa miał jeszcze jedną pasję – muzykę. W czasach studiów grał w zespole „Bolero”, który występował w Nowej Hucie i podlegał Estradzie Satyrycznej WSR.
– Grałem na perkusji, a kolega pokazał mi parę chwytów gitarowych – wspomina. – Często się zmienialiśmy on siadał za bębny, ja chwytałem za gitarę.
Muzyczne umiejętności przydały się na morzu. Z czasem został bosmanem-motorzystą na jachcie „Joseph Conrad”, wcześniej pływał m.in. na stalowym „Krzyżu Południa”. W latach 60. zakotwiczył w Gdańsku – dosłownie i w przenośni.

Pan Andrzej na jachcie „Krzyż Południa”, lata 60. Archiwum prywatne.
– Na każdym jachcie byłem jedynym gitarzystą i zawsze to ja śpiewałem – mówi. – Nawet na kutrach rybackich. Nie rozwijałem się specjalnie jako muzyk, ale wkładałem serce w relacje z ludźmi. Może dlatego inni żeglarze mnie zapamiętali i tak trafiłem do chóru.
Od siedmiu lat pan Andrzej śpiewa w Męskim Chórze Szantowym „Zawisza Czarny”. Jest jego nestorem, a wśród kolegów są również Marian Sitko i Andrzej Kadłubicki – panowie także po 80-tce.
Mimo wieku pan Andrzej wciąż zaraża energią. Uczestniczył w wielu maratonach rolkarskich, nie tylko w Gdańsku. Ostatni półmaraton zaliczył w 2017 roku, ale do dziś potrafi wskoczyć na rolki i okrążyć staw na gdańskim Jasieniu. Regularnie jeździ na rowerze – ma go w piwnicy – a gdy rozmawiamy, właśnie planuje kolejny narciarski wypad do Wieżycy.
Ma trójkę dzieci, sześcioro wnuków i dwóch prawnuków a trzeci właśnie jest w drodze. Jest w trzyosobowej załodze klubu żeglarskiego Dulka z Chmielna, z którym pływa po Jeziorze Raduńskim Dolnym. W Gdańsku, w klubie Neptun, gdzie dawniej trzymał swój jacht, wciąż zdarza mu się rekreacyjnie wypływać ze znajomymi.
Plany na przyszłość? Rejs do Lipawy na Łotwie – portu, który odwiedził już w 1959 roku na jachcie „Ewa”. Kiedy zawinął tam ponownie w 2019 roku, łotewski dziennikarz rozpoznał jego nazwisko z archiwalnego artykułu sprzed 60 lat. Wyciągnął tekst z archiwum i przesłał mu – dziś to jedna z cenniejszych pamiątek.
Andrzej Apollo mieszka na gdańskiej Morenie. Wciąż śpiewa z chórem „Zawisza Czarny” i nie zwalnia tempa. W lipcu planuje, wraz z chórem, rejs żaglowcem „Zawisza Czarny” na koncerty do Szkocji.


