< Powrót
28
kwietnia 2019
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Facebook Joanny Pajkowskiej
Joanna Pajkowska
Joanna Pajkowska uczciła zakończenie rejsu wystrzałem z szampana.

Joanna Pajkowska: Łatwo nie było

Joanna Pajkowska jest już w Plymouth. W niedzielę 28 kwietnia zakończyła samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów. Z nami rozmawia nie tylko o najtrudniejszych momentach wyprawy.

– Gratuluję sukcesu! Rejs się skończył, ale emocje i zamieszanie wokół pani jeszcze nie ucichły…

– Rzeczywiście. Teraz mam wokół siebie bardzo wielu ludzi. Przyjechała Polonia z Londynu, są też moi angielscy przyjaciele. Jest bardzo miło. Tylu ludzi na raz dawno nie widziałam.

– Ostatnie dwa tygodnie rejsu to był bardzo trudny czas, jak pani wspomina ostatnie dni przeprawy w drodze do mety?

– Tak, to był ciężki czas. Człowiek się zastanawia w takich momentach, gdzie jest ta przyjemność z żeglowania. Cały czas była walka, bo przeciwności trzeba pokonać. Wolałabym żeby było samo żeglowanie i żeby było fajnie, bez walki, bo zwykle ja nie walczę tylko się z pogoda układam, ale tu się tak nie dało. Trzeba było walczyć, żeby przetrwać. Łatwo nie było.

– Dużo takich trudnych chwil było na trasie rejsu?

– Było kilka trudnych momentów. Rejs dookoła świata to jest kawał drogi. Który moment był najgorszy trudno powiedzieć, bo przed Hornem, kiedy padł autopilot, w sztormach trudno było opanować sytuację. Sterowałam ręcznie, a na dole wszystko się kotłowało. Nie mogłam zostawić steru i zejść na dół, bo w każdej chwili mogła uderzyć duża fala. Łódka mogła ustawić się bokiem do fali i to mogłoby być fatalne w skutkach. Potem zamontowałam samoster wiatrowy. To tez było wyzwanie. Trzeba go było założyć w sytuacji, kiedy były duże fale. Musiałam wychylać się za pawęż, włożyć rękę do wody i tam majstrować. To było problematyczne, ale się udało i miałam ogromną satysfakcję, że się udało. Potem na wysokości Brazylii tez było ciężko. Upał był potworny. Na szczęście łódka jest izolowana, bo inaczej byłoby nie do wytrzymania. W środku było niby trochę cienia, ale brakowało przewiewu. Mocno w kość dała mi też ostatnia faza rejsu i kolejne sztormy. Człowiek myśli, że to już właściwie prosta droga do domu, ale okazuje się, że to nie jest wcale takie łatwe i oczywiste. W miniony poniedziałek zmyło mi w sztormie korbę do kabestanu, choć wcale nie miało być sztormu. Szczęśliwie, ostatnie dni udało się przetrwać bez strat.

– Ale żebra chyba pani połamała.

– Żebra faktycznie pewnie się połamały, ale to w moim przypadku nie pierwszy raz. Nic nie mogłam na to poradzić. Trzeba było brać leki i robić swoje. Nie mogłam nie kręcić kabestanem mimo bólu. Mimo wszystko, nie jest źle.

– Kiedy wraca pani do Polski?

– Umówiłam się z Uve Röttgeringiem , od którego pożyczyłam łódkę że oddam mu ją do 15 maja. Wtedy muszę stawić się w Niemczech, w Kröslin niedaleko Świnoujścia, bo tam jest dom „Fanfana”. Potem będę już wracać do kraju. Muszę trochę popracować nad jachtem, bo jest parę rzeczy do zrobienia, choć wszyscy mówią, że w ogóle nie widać, że jacht jest po wokółziemskim rejsie.

– Jak pani ocenia „Fanfana”? Jak się spisał w rejsie dookoła swiata?

– Myślę, że to jest łódka idealna. Ma dobrą wielkość, jest solidna i prosta, nienaszpikowana w nadmiarze zbędną elektroniką. Znakomicie nadaje się do takich rejsów. No ale to aluminium, więc jest jak czołg. To, że przetrwała taką wyprawę świadczy o niej bardzo dobrze.

– Czy ma już pani jakieś plany na kolejne rejsy?

– Nie mam na razie dalekosiężnych planów. Nie wiem jeszcze, co teraz będę robić. Jeszcze przed startem w rejs wokółziemski pewien angielski żeglarz zapraszał mnie do udziału w TwoSTAR. Minęło siedem miesięcy, przez ten czas wiele mogło się zmienić. Zobaczymy.

– A może teraz będzie czas na odpoczynek w domowym zaciszu?

– Raczej nie. Jestem z tych aktywnych, lubię działać. Niekoniecznie musi to być kolejny wielki rejs. Morze to nie jest moja jedyna pasja. Lubię też góry. Na pewno coś będę robić, ale co konkretnie, jeszcze nie wiem. Na pewno będę musiała przyzwyczaić organizm do chodzenia po lądzie. Na razie miałam jeden plan i cel w głowie – dopłynąć do Plymouth. Wszystko inne nie było tak ważne.

– Jest pani z siebie dumna?

– Nie wiem. Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć i wszystkiego, co się stało poukładać sobie na spokojnie. Wszyscy mi mówią, że powinnam być z siebie dumna, ale ja jeszcze tego tak nie czuję. Bardziej cieszę się z tego, że udało mi się zrobić coś, o czym marzyłam od lat. Osiągnęłam cel, choć po drodze miałam różne chwile i przemyślenia. Pewnie potem ocenię skalę wydarzenia i docenię sama siebie.

Strona Joanny Pajkowskiej

PODZIEL SIĘ OPINIĄ