Monika Witkowska: żeglarstwo jest na pierwszym planie
Odwiedziła 180 krajów, wspięła się na Everest, przepłynęła ponad 30 tysięcy mil morskich i napisała kilkanaście książek. Niedawno ukazała się najnowsza -„Horn na trawersie”. W rozmowie z nami Monika Witkowska opowiada nie tylko o tym wydawnictwie.
– To już druga Hornowa publikacja, jaką masz na koncie. Czym różni się od wydanego w 2009 roku „Kursu na Horn”?
– Każda z nich opisuje dwa, różniące się w wielu aspektach rejsy i dwie załogi, inne pod względem liczebności i żeglarskiej dojrzałości. W tym pierwszym płynęłam w najmłodszej załodze na Hornie. To narzucało charakter wyprawy. W najnowszej książce opisuję dwuosobową wyprawę. Poprzednio dzieliłam się z czytelnikami moimi przeżyciami, tym co wydarzyło się na pokładzie jachtu. Teraz większy nacisk położyłam na warstwę ciekawostkowo-inspirującą, niekoniecznie związaną z żeglarstwem i tym rejsem. Jest tam nieco informacji o historii, odkryciach, przyrodzie, Indianach. Poza moimi przygodami czytelnicy mogą dowiedzieć się czegoś, nauczyć, zainspirować. Ale książka pozostaje żeglarsko-przygodowa w klimacie.
– Jak wyglądała praca nad tą publikacją?
– Podstawą i spoiwem treści w obu książkach jest mój blog. Pisząc poprzednią Hornową opowieść mogłam posłużyć się niemal wyłącznie notatkami z rejsu. Tym razem bardzo dużo czasu poświęciłam na wczytywanie się w źródła informacji, tłumaczenie, po prostu pracę archiwistyczno-badawczą. To był nawał pracy, ale szczerze powiedziawszy, prowadziłam poszukiwania nie tylko z myślą o czytelnikach, ale i o sobie. Kierowałam się tym, co mnie interesowało, było bliskie moim pasjom, czego sama chciałabym się dowiedzieć. Stąd obawy, jak czytelnicy odbiorą tę książkę. Mam jednak nadzieję, że spotka się z ich przychylnością, a wielu zainspiruje do własnych poszukiwań i przygód.
– Horn to dla wielu nadal legenda, mityczny punkt na mapie. Czy dziś legenda Hornu trochę nie wyblakła?
– Myślę, że tak go odbierają żeglarze mniej doświadczeni. Ja już tego miejsca przez pryzmat legendy i mitu nie odbieram. Mam doświadczenia z innych rejsów, dużo trudniejszych niż te Hornowe. Z drugiej strony, z górami jest podobnie – mówi się, że nie ma łatwych gór. Nawet najmniejsza może być problemem. Do żeglowania powinniśmy podobnie podchodzić. Czasem warunki na Bałtyku mogą być trudniejsze niż w rejonie Hornu. Z jakichś powodów ten przylądek ma taką, a nie inną renomę. Trzeba jednak pamiętać, że legenda Hornu pochodzi z czasów dawnych żaglowców, które nie były wyposażone w te wszystkie urządzenia, jakie spotykamy na dzisiejszych statkach. Nie było też dostępu do serwisów pogodowych. Teraz pływa się dużo łatwiej.
– Ale to wciąż jeden z trzech najważniejszych przylądków.
– Mówi się, że Horn to żeglarski Everest. Zanim weszłam na Everest, też traktowałam tę górę niczym legendę, coś nieosiągalnego. A kiedy już wróciłam z wyprawy na najwyższy szczyt świata, stwierdziłam, że byłam na kilku niższych, na których panowały warunki trudniejsze i było bardziej niebezpiecznie. Wiele zależy od bieżących warunków w danym miejscu. Horn nie jest zarezerwowany wyłącznie dla wybitnych żeglarzy. Zwłaszcza, że jest sporo rejsów komercyjnych, na których całą żeglarską robotę wykonuje załoga. Nie chcę jednak nikomu odbierać satysfakcji, czy umniejszać wartości przeżycia, jakim jest rejs wokół Hornu.
– A twoje najbliższe plany żeglarskie?
– Najbliższy rejs mam zaplanowany na maj. To będzie wyprawa na „Pogorii” z młodzieżą z ośrodków wychowawczych. Bardzo się cieszę, bo lubię pływać na tym żaglowcu i chętnie na niego wrócę. To jest projekt społeczny, zabieramy chłopaków, którzy musieli zapracować sobie na udział w tym przedsięwzięciu. Wykonali różne zadania, zdobyli dobre stopnie w szkole. Idea rejsu wywodzi się z założenia, że jak się dostanie w kość, zapracuje na coś, to bardziej się to docenia. Po prostu resocjalizacja poprzez żeglarstwo. Będę dla tych młodych ludzi raczej starszą koleżanką niż opiekunką. Będę ich wspierać swoim doświadczeniem. To wolontariat, praca społeczna, a przy okazji „nakręcanie” młodzieży na żeglarstwo i poszukiwanie własnych pasji.
– A jeśli mowa o pasjach i żeglarstwie, jakie jest twoje największe żeglarskie marzenie?
– Chcę wrócić do żeglarstwa polarnego. Moim największym marzeniem jest zamknięcie pętli wokół Bieguna Północnego, dokończenie Przejścia Północno-Wschodniego. Mam już na koncie Przejście Północno-Zachodnie i część Wschodniego. No i jest jeszcze jedna rzecz, którą w żeglarstwie chciałabym osiągnąć. To udział w regatach Sydney-Hobart. Ale to numer dwa. Arktyka jest na pierwszym miejscu.
– Jesteś żeglarką, ale masz też na koncie kilka najwyższych gór. Która z tych pasji jest ważniejsza?
– Żeglarstwo jest dla mnie sprawą pierwszoplanową, choć teraz może częściej się wspinam. To wynika z tego, że z gór wiek szybciej mnie wyeliminuje niż z morza. Żeby wejść na szczyt muszę być bardzo sprawna. Żeglarstwo nie stawia takich ostrych wymagań kondycyjnych.
– Twoje dotychczasowe osiągnięcia i plany na przyszłość związane są z żeglarstwem oceanicznym, morskim – nie ciągnie cię do żeglarstwa regatowego, do ścigania się?
– Kiedyś marzyłam o ściganiu regatowym. Robiłam podejścia do różnych klubów z sekcjami regatowymi, ale ostatecznie jakoś nic z tego nie wyszło. Nigdy też nie byłam na rejsie w Grecji czy Chorwacji. Brak mi na to czasu, wolę pływać w dłuższych, wyprawowo-ekspedycyjnych. Nie zależy mi na nabijaniu mil, bo przepłynęłam Pacyfik, Atlantyk i już niczego nie muszę udowadniać, ani sobie, ani komukolwiek. Mam duszę podróżniczki. Zarówno na morzu, jak i w górach. W górach interesuje mnie nie tyle samo wejście na szczyt, ale także to, co przeżyję po drodze. Miejsca, które zobaczę, ludzie, których spotkam i ich historie. Żeglarstwo jest o tyle ciekawe, o ile pozwala mi dotrzeć do nietypowych, ciekawych regionów. Dlatego tak lubię pływać w Arktyce. Mam wrażenie, że tam wciąż jest wiele miejsc, do których nikt przedtem nie dotarł. Kiedy jestem w jakimś porcie, staram się jak najwięcej zobaczyć.
– Jesteś ciekawa świata.
– Kiedyś ktoś zaproponował mi komercyjne przeprowadzenie jachtu przez Atlantyk. Spytałam, jakie są plany po drodze i usłyszałam, że żadne, bo chodzi o to, żeby przepłynąć trasę jak najszybciej. Zrezygnowałam z oferty. Wolę sama zapłacić za możliwość zobaczenia czegoś, niż zarobić nawet duże pieniądze za taki rejs z miejsca na miejsce.
Monika Witkowska – żeglarka, himalaistka, podróżniczka i dziennikarka. Autorka książek podróżniczych. Należy do Rady Kolosów – Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów. Ma na koncie m.in. zdobycie Mount Everestu, Aconcagui, Elbrusu i Kilimandżaro. Dwukrotnie opłynęła Przylądek Horn, pokonała Przejście Północno-Zachodnie. Poza podróżami lubi windsurfing, nurkowanie, narciarstwo i snowboard. Za swoje największe żeglarskie osiągnięcia uważa opłynięcie Czukotki, rejs przez Przejście Północno-Zachodnie i rejs wokół Hornu na pokładzie „Starego” w 2003 r., który wtedy dotarł do polskiej bazy antarktycznej jako pierwszy jacht na świecie.


