Patryk Zbroja: Obecny stan prawny jest niekonsekwentny
W poniedziałek 20 kwietnia weszło w życie Rozporządzenie Rady Ministrów dotyczące ograniczeń i nakazów związanych z trwającym w Polsce stanem epidemii. Nowe przepisy znoszą niektóre ograniczenia obowiązujące w ostatnim czasie. O tym, co oznacza to dla żeglarzy rozmawiamy z mecenasem Patrykiem Zbroją z kancelarii Zbroja Adwokaci, a prywatnie doświadczonym żeglarzem, sternikiem załogi regatowej.
– Co dla żeglarzy oznaczają nowe przepisy?
– Dobra informacja jest taka, że mamy możliwość żeglowania. I to nie tylko na wodach krajowych, ale także poza dwunastomilowym pasem terytorialnym. Możemy popłynąć do Szwecji czy na Bornholm. Oczywiście, po powrocie będziemy musieli poddać się kwarantannie. Bez względu na to, czy przybijaliśmy do jakiegoś portu za granicą, czy nie. Po prostu przekroczyliśmy granicę państwa, a to automatycznie obliguje do kwarantanny.
– Czy to jedyna dobra wiadomość na dziś?
– W zasadzie tak, bo swoboda żeglowania to jedyny z niewielu pewników w obecnym stanie prawnym. Wydawałoby się, że kolejna pewna rzecz, to obowiązek zachowania reżimu sanitarnego na jachcie. Tyle że pojawia się pytanie – jak traktować jednostkę pływającą? Czy jak zwykły środek transportu, na przykład samochód? Kiedy jedziemy sami w aucie, nie musimy zakładać maseczki. Dlaczego inaczej miałoby być na jachcie? Z drugiej jednak strony trzeba zachowywać się racjonalnie. Na wodzie wiatr łatwiej i na dalszą odległość roznosi wszelkie zanieczyszczenia, także wirusy. Zatem bez maseczki można funkcjonować na wodzie, naprawdę, kiedy nie ma nikogo w pobliżu.
– Poza tym musimy pływać w maseczkach?
– Tak. W rejs bez zakładania maseczek możemy wybrać się tylko z najbliższymi w rozumieniu przepisów prawa. Są to małżonkowie, dzieci i osoby przysposobione, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo i konkubenci. Oczywiście, tylko w przypadku, w którym rodzinna załoga jachtu zamieszkuje wspólne gospodarstwo domowe. Dzieci studiujące w innym mieście i niemieszkające z rodzicami mogą popłynąć z nimi w rejs, ale tylko w maseczkach.
– Ale po wejściu w życie rozporządzenia znoszącego niektóre ograniczenia, na forach internetowych zapanował entuzjazm…
– Cóż, jest jeszcze pewien szczegół. Po poniedziałkowej decyzji rządu w Polskę poszło hasło „Hurra! Wodujemy się!”. Tymczasem nie do końca jest się z czego cieszyć, bo w dalszym ciągu wszystkie przystanie jachtowe mają zakaz prowadzenia działalności. Jednym słowem – możemy zejść na wodę, ale z plaży lub wolnostojącego slipu nie będącego elementem przystani. Zakaz dotyczący działalności ujętej w punkcie 93. Polskiej Klasyfikacji Działalności – czyli także przystani jachtowych – nie jest wyrażony w przepisach wprost. Ale jak zagłębić się w nie nieco bardziej, to wszystkie przystanie nadal muszą być zamknięte. Ponadto, rejsy komercyjne także są na razie niemożliwe.
– Delikatnie mówiąc, to dość niespójne.
– Tak. Z jednej strony pozwala się, przy zachowaniu reżimu sanitarnego, korzystać z jednostek pływających. Z drugiej, zakazuje się korzystania z przystani. Można cumować i wypływać z trzcinowiska na Mazurach, ale już na wodach morskich będzie to raczej niewykonalne. Chyba że mamy jakąś niedużą mieczówkę, albo skuter wodny, kitesurfing, czy deskę windsurfingową – można wtedy skorzystać z plaży. A posiadacze dużych jachtów są bez szans, bo przecież taką jednostką trzeba gdzieś dopłynąć, gdzieś zacumować… Jeśli slipy czy dźwigi, suwnice, są w infrastrukturze przystani, to są objęte zakazem użytkowania. Dlatego niektóre przystanie w ogóle zamknęły swoją działalność na czas obowiązywania ograniczeń.
– Jak wygląda to w praktyce?
– Sytuacja generuje wiele problemów, czy nawet konfliktów. Pojawiają się problemy, bo na przykład operator przystani zamyka ją, a użytkownicy chcą wypłynąć na wodę, bo mogą. Ktoś inny chce sprawdzić stan zaawansowania prac remontowych i nie może wejść na teren przystani, bo nie wpuszcza go ochrona. W efekcie ludzie chcą zniżek za korzystanie z przystani, operatorzy nie godzą się na to, bo mają swoje koszty. Konflikt gotowy.
– Z czego wynika to prawne zamieszanie?
– Nie zakładam złej woli autorów tych przepisów. To raczej efekt pospiesznego tworzenia regulacji bez uwzględnienia specyfiki poszczególnych branż.
– Czy sytuację można jeszcze uratować?
– Wymagana jest szybka poprawa przepisów. Wiem, że zainteresowane instytucje będą starały się wytworzyć pozytywny lobbing w Radzie Ministrów na rzecz wprowadzenia poprawek. Ja sam składałem uwagi dotyczące wyłączenia przystani jachtowych z uregulowań ograniczających ich funkcjonowanie. Niestety, rozporządzenie zostało opublikowane do konsultacji w piątek, wpłynęło kilkaset wniosków, ale żadnej ze strony środowiska żeglarskiego nie wzięto pod uwagę.
– Może sytuacja sama się wyprostuje, kiedy będą wprowadzane kolejne etapy poluzowywania restrykcji…
– Nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Jeśli chodzi o żeglarstwo, nie trzeba zmian gwałtownych, wystarczą małe kroki. Umożliwianie działalności przystani w sposób nie powodujący zagrożenia. Nie trzeba przecież organizować dużych imprez, spotkań w tawernach, czy na pomostach. Załogi mogą składać się z rodzin, żeby nie zwiększać ryzyka rozprzestrzeniania koronawirusa. Dotychczasowe podejście do tworzenia przepisów, to w pewnym sensie wylewanie dziecka z kąpielą. Ludzie nie wiedzą, na czym stoją, bo stan prawny jest mocno niekonsekwentny.
W środę 22 kwietnia, za pośrednictwem internetu, będzie można spotkać się z Patrykiem Zbroją i wysłuchać szczegółowych informacji na temat aktualnego stanu prawnego w branży żeglarskiej. Prawnik i praktykujący żeglarz regatowy odpowie na najczęściej zadawane pytania. Spotkanie zaplanowano na godzinę 10.00


