parada żeglarska
< Powrót
9
stycznia 2018
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Ocean Challenge Yacht Club

Przemysław Tarnacki: Regaty Sydney Hobart to religia

Polska załoga reprezentująca Ocean Challenge Yacht Club na jachcie „Weddell” zajęła 36. miejsce w regatach Sydney Hobart 2017. Sternik Przemysław Tarnacki opowiada nam o udziale w tym słynnym wyścigu i składa deklarację na przyszłość.

– Jakie wrażenia przywiózł pan z regat Sydney Hobart?

– Jestem zachwycony regatami i atmosferą, jaka wokół nich jest zbudowana. W Australii, a na Tasmanii szczególnie, Sydney Hobart to religia, która ma wielu wyznawców. To największa impreza na wyspie. Setki tysięcy ludzi przed telewizorami śledzą relacje z trasy, zainteresowanie wyścigiem jest ogromne. Na mecie wszyscy byliśmy witani niczym gladiatorzy, wspaniale było uczestniczyć w tym wielkim święcie. Mogę powiedzieć, że to była moja żeglarska wyprawa życia.

– Jakie warunki panowały na trasie?

– Mieliśmy niemal bez przerwy niezwykle łaskawą aurę. To chyba była najłagodniejsza pogoda w czasie tych regat w ostatnich latach. Wiał wiatr od kursu pełnego, trochę za słaby na nasz wielki, oceaniczny jacht. Gdybym był jasnowidzem i umiał przewidzieć pogodę, pukusilibyśmy się o czarter bardziej ekstremalnego jachtu, typu Volvo Ocean Race 70. No ale w tym sporcie, a w tych regatach zwłaszcza, trudno wszystko przewidzieć.

– Zdarzyły się wam jakieś ciężkie chwile, sytuacje krytyczne?

– Na trasie straciliśmy dwa genakery i jeden żagiel typu Code 0. I to były najtrudniejsze momenty. Najpierw poszedł większy genaker, potem mniejszy. Stało się to w Cieśninie Bassa, gdzie jest duża fala, dynamicznie uderzająca w jacht. Poza tym mieliśmy dwie wywrotki, kiedy jacht wyostrzył do wiatru i stanął dęba. Można jednak uznać, że to zdarzenia standardowe, które w czasie regat się zdarzają. Natomiast największym zaskoczeniem była zmiana wiatru już przy samej Tasmanii, kiedy byliśmy 35 mil od legendarnych skał organowych. W jednej chwili, bez ostrzeżenia ze strony służb meteo, wiatr obrócił się o 160 stopni. Prognoza przewidywała taką zmianę za dwanaście godzin, a tymczasem stało się to dużo szybciej i nagle. Z 15 węzłów zrobiło się najpierw 30, potem 40, a wreszcie w porywach 50 węzłów z drugiego kierunku. To pokazuje, jak zmienna jest pogoda w rejonie Tasmanii. A po godzinie wiatr siadł do 30 węzłów i po zrefowaniu na trzeciej refie, na foku sztormowym mogliśmy spokojnie halsować w stronę słynnych skał organowych.

– Jest pan zadowolony ze startu swojej załogi?

– Jestem. Dotarliśmy do mety w jednym kawałku, bez większych strat, z wyjątkiem tych żagli. Poza tym pobiliśmy o 10 minut „polski” rekord regat, uzyskując czas dwóch dni i 54 minut. To cieszy, bo w rywalizacji w naszej grupie nie mieliśmy za wiele do pokazania. Płynęliśmy na wiekowym, wolnym jachcie, a jak się jeszcze traci dwa genakery i Code 0, bardzo przydatne na kursie pełnym, a 95 procent trasy to był taki kurs, sytuacja znacznie się komplikuje. Jestem więc zadowolony zarówno z załogi, jak i z przebiegu wyścigu. Warto też dodać, że nasze przygotowania do startu w regatach Sydney Hobart zostały docenione przez organizatorów, uhonorowano nas nagrodą dla załogi, która przebyła najdłuższą drogę do startu w tym wyścigu.

– Liczył pan chyba jednak na lepszy rezultat…

– To była dla nas od początku duża niewiadoma. Mocno się przygotowaliśmy, ale prognozy pogody jaka będzie na miejscu, nie sposób szczegółowo przewidzieć. Liczyliśmy na więcej, i gdyby nie starta genakerów, moglibyśmy w tym podstawowym czasie przeliczeniowym powalczyć o wyższą lokatę. Ja lubię docisnąć jacht do końca, a tutaj musiałem kalkulować, bo startowaliśmy w załodze złożonej z profesjonalistów i amatorów i czynnik bezpieczeństwa ekipy był bardzo istotny. Konieczny okazał się kompromis, ale mam poczucie, że ani razu nie postawiłem załogi w ryzykownej sytuacji.

Co by pan zmienił w przygotowaniach, gdyby była okazja kolejnego startu?

– Teraz znamy już niuanse organizacyjne, więc czas technicznego przygotowania łodzi do wyścigu byłby krótszy. Trzeba też byłoby doposażyć jacht w dodatkowe żagle na kursy pełne. Ale ostateczne efekty przygotowań to zawsze wypadkowa budżetu i jachtu, na który załoga może sobie pozwolić.

– A planuje pan ponowny start?

– To niesamowita przygoda. Szlak już mam przetarty, a lubię rywalizację i stawianie poprzeczki jak najwyżej, więc myślę o tym. Może tym razem popłynąłbym na szybszej i lepiej przygotowanej łodzi. Jedno jest pewne, chcę tam wrócić.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ