< Powrót
4
marca 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
sailoceans.com
życie

Rodzinne życie na pokładzie

O rodzinach, które zamieniły wygodne życie na lądzie i przeprowadziły na jacht, pisaliśmy kilka razy. Niektóre swoją morską przygodę zakończyły jakiś czas temu, inne nadal żeglują. Postanowiliśmy sprawdzić, co słychać u tych najwytrwalszych. Czy mimo pandemii udaje im się realizować żeglarską pasję?

Małgorzata i Krzysztof Rybiccy z dwójką dzieci, Stasiem i Anią żeglują po Karaibach. Kiedy rozmawialiśmy z nimi w styczniu, od dłuższego czasu cumowali u wybrzeży Grenady. Powodem przymusowego postoju były oczywiście związane z pandemią ograniczenia. Pandemia i trudności ze schodzeniem na ląd w poszczególnych portach oraz konieczność przechodzenia kwarantanny skutecznie uniemożliwiły im realizację największego marzenia, jakim było przemierzenie Pacyfiku.

Małgorzata, Krzysztof, Staś i Ania Rybiccy.

Najnowsze informacje z pokładu „Rybki” są takie, że żeglarska rodzina opuściła gościnne brzegi Grenady i ruszyła w drogę. 27 lutego Rybiccy napisali w mediach społecznościowych: „Dotarliśmy do Puerto Rico! Zrobiliśmy 481 Nm w 64 godziny do zatoki Salinas, a dzisiaj przeprowadziliśmy się do Puerto Real . Średnio to prawie 7,5 kts, jesteśmy pod wrażeniem”.

Dzisiaj jacht znowu jest w drodze. Do Mona Passage, a potem na Atlantyk. A jaki będzie kolejny przystanek? Bahamy! Tam czworo żeglarzy spędzi trzy miesiące, by przez Puerto Rico i St. Martin wrócić na południe Karaibów, gdzie przeczekają sezon huraganów. Co dalej? To zależy od rozwoju sytuacji i tego, na ile świat będzie radził sobie z pandemią.

Aktualną pozycję „Rybki” można śledzić za pośrednictwem internetu.

Na Karaibach są także Anna i Bartosz Dawidowscy z dwoma synami, którzy przenieśli się z lądu na morze niemal sześć lat temu. Pływają między Bahamami a Ameryką Południową.

– Tam jest bardzo mało cywilizacji – wyjaśniał nam Bartosz, kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu. – 98 procent wysp zupełnie niezamieszkanych. Czasami przez kilka dni nie widzimy żywej duszy. To jest niesamowite. A jak nam się zachce do ludzi, to południowe Karaiby, czyli tak zwane Wyspy Nawietrzne są naszym domem przez większość zimy.

Rodzina Dawidowskich w komplecie.

Ich pływającym domem jest trimaran „Poly”, a aktualna lokalizacja to wyspa Saint Martin, dokąd dotarli w połowie stycznia z Gwadelupy. Załoga ma sprecyzowane plany na kilka kolejnych miesięcy. Pod koniec marca planują rejs wokół St. Martin, na który mają wolne 2, 3 miejsca. Dolecieć do nich można z Warszawy, z przesiadką w Paryżu lub Amsterdamie.

A 25 kwietnia zaplanowali start w drogę powrotną do… Polski. Miał być Pacyfik, ale także w ich przypadku pandemia pokrzyżowała plany.

„Startujemy w okienku pogodowym 25.04-01.05.2021. Mamy do pokonania prawie 5000 mil na trasie z Saint Martin na Karaibach do Gdańska w około 5 tygodni. Dodając tydzień rezerwy i zakładając, że wypłyniemy pod koniec okienka pogodowego, w wersji pesymistycznej rzucamy cumy w Polsce w drugim tygodniu czerwca.
Dlaczego nie etapami? W aktualnej wysoce dynamicznej sytuacji pandemicznej, z szybko zmieniającymi się restrykcjami, musimy założyć najbardziej uproszczony scenariusz, czyli tylko i wyłącznie port startu i docelowy. Jeśli okaże się, że możemy i mamy czas na krótki odpoczynek na Bermudach i (lub) na przykład we Francji, na pewno podejmiemy taką decyzję”.

To nic innego, jak zaproszenie do udziału w rejsie. Więcej informacji można znaleźć na ich stronie internetowej. Co żeglarze będą robić na stałym lądzie w Polsce? Przede wszystkim podreperują swój dom, a następnie znów wyruszą w rejs.

Znacznie bliżej, bo na Adriatyku, u wybrzeży Chorwacji zadomowiła się żeglarska rodzina Jakubczaków – Edyta, Adam i 14-letnia Kalina. Kiedy nie pływają dla przyjemności, zajmują się czarterem jachtów i prowadzeniem rejsów komercyjnych.

– Pozdrawiam z pokładu jachtu „Sistrum” cumującego u wybrzeży wyspy Krk na północnym Adriatyku – mówi Adam. – Wybraliśmy taki styl życia i nie chcemy innego. Mamy za sobą kilkuletnie doświadczenia z pracy w korporacjach na lądzie. Od chwili, kiedy nasza córka Kalinka miała około dwóch lat, przenieśliśmy się na morze. Córka dorastała na pokładzie. Od pięciu lat uczy się online, za pośrednictwem platformy Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą. Dwa lata temu napisała książkę „Kalinka na fali”, ma też audycję w Polskim Radiu dla Dzieci pod nazwą „Kapitanka Kalinka na morzu”. Ponieważ w Chorwacji otwarte są kluby sportowe, mogła wczoraj z sukcesem zdać egzamin na kursie karate. Od trzech dni działają tu też restauracje. Tę zimę spędzamy wyjątkowo w Chorwacji, zwykle o tej porze cumowaliśmy w Afryce lub na Gibraltarze. Niestety, pandemia pokrzyżowała plany wszystkim, nie tylko nam. Przed rokiem mieliśmy sporo szczęścia, udało się nam „uciec” z Maroka. Dwa dni po naszym wypłynięciu granice kraju zostały zamknięte i otwarto je dopiero w lipcu. W Hiszpanii sytuacja była równie kiepska. Ale dotarliśmy do Chorwacji.

Edyta, Kalina i Adam Jakubczakowie.

Pandemia przyczyniła się do modyfikacji ich dotychczasowego stylu życia.

– Pomagamy zwierzętom na lądzie – mówi Adam. – Udomowiliśmy pięć kotów, które były w kiepskim stanie, podleczyliśmy je, oczipowaliśmy i znaleźliśmy im domy. Poza tym przygotowujemy się do tegorocznego sezonu, który rozpocznie się najprawdopodobniej z początkiem maja. Zwykle pływamy dwoma jachtami, ja prowadzę jeden, a żona drugi. Córka pływa na tym, na którym akurat danego dnia chce.

Swoje doświadczenia z kilkuletniej, rodzinnej żeglugi oraz z ostatnich, pandemicznych miesięcy Jakubczakowie zebrali w formie kilku opowiadań, które ukażą się w czerwcu pod wspólnym tytułem „Władcy wiatrów”. Pierwszy rozdział będzie opowiadał o czasie pandemii.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ