< Powrót
14
stycznia 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
syrybka.pl
rejs
Rodzina Rybickich w komplecie.

„Rybką” po Karaibach, czyli rodzinny rejs w czasach pandemii

Plan był taki: trzy lata rodzinnego żeglowania po Atlantyku i Pacyfiku, z przerwami na cumowanie w różnych egzotycznych, pięknych miejscach. Później sprzedaż łódki i powrót do Polski, do „normalnego” życia. Dwójka dorosłych, Małgorzata i Krzysztof Rybiccy, z dziećmi – Stasiem (dziś lat 7) i Anią (dziś lat 4) – podjęła się tego wyzwania na przełomie 2019 i 2020 roku. 

– O tym rejsie myśleliśmy od dawna – mówi Małgorzata. – Kupiliśmy łódkę, katamaran typu Leopard 45 i nazwaliśmy ją „Rybka”. Przez dwa sezony pływaliśmy po Karaibach z przerwami na powrót do Polski. Odwiedziliśmy wiele karaibskich wysp, przygotowując się do naszej wielkiej wyprawy. Wypłynęliśmy pod koniec 2019 roku z Trynidadu w stronę Martyniki, gdzie spotkaliśmy się z „Fryderykiem Chopinem” i jego załogą. Jesteśmy z nimi zaprzyjaźnieni, kiedyś pracowałam na tym żaglowcu. Było to więc spotkanie sentymentalne. Wspólnie spędziliśmy Boże Narodzenie na Martynice. Następnie pożeglowaliśmy na północ.

Żeglarska rodzina planowała dotrzeć do Saint Martin, a później na Brytyjskie Wyspy Dziewicze. W kolejce do cumowania czekało Portoryko, Panama i Galapagos i wreszcie cały Pacyfik. Niestety, plan trzeba było zweryfikować.

– Utknęliśmy na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych – wspomina Małgorzata Rybicka. – Tam zastał nas lockdown i tam przez dwa miesiące cumowaliśmy 30 metrów od przepięknej plaży w Zatoce White Bay, na którą nie mogliśmy zejść. Zazwyczaj to piękne miejsce, pełne jachtów, na których żyje wiele żeglujących rodzin. Teraz byliśmy sami. Efektem tego przymusowego postoju było to, że nasze dzieci nauczyły się świetnie pływać, bo codziennie mogły krążyć w wodzie dookoła jachtu. Mimo uciążliwości całej sytuacji wspominam to miejsce bardzo dobrze, bo doświadczyliśmy wielu wspaniałych gestów od lokalnych, przemiłych mieszkańców. Pewnego razu na przykład zrobili zrzutkę, każdy dał co miał, jeden mąkę, inny ryż, a jeszcze inny płatki dla dzieci, i podarowali nam to, bo my nie mogliśmy zejść na ląd i zrobić zakupów. Kiedy rygory lockdownu zostały troszkę rozluźnione, mogliśmy już pożeglować. Żeby schować się gdzieś przed sezonem huraganów popłynęliśmy na południe. Zatrzymaliśmy się na Martynice, przeszliśmy kwarantannę, zrobiliśmy zaprowiantowanie, bo tam jest trochę taniej niż na innych wyspach i dotarliśmy na Grenadę.

„Rybka” cumuje u wybrzeży Grenady do dziś. Głównie ze względu na zagrożenie epidemiczne, które w innych rejonach Karaibów jest większe niż na tej wyspie. W marinie Clarces Court Boatyard znalazło bezpieczną przystań kilkadziesiąt innych jachtów, na których  nie brakuje rodzin z dziećmi, z czego najbardziej cieszą się pociechy Małgorzaty i Krzysztofa.

– Dla dzieci to prawdziwy towarzyski raj – deklaruje żeglarka. – Nie ma wprawdzie żadnych polskich rodzin, ale to nie jest problem, nasze dzieciaki coraz lepiej mówią po angielsku. A najmłodsi naprawdę mają tu co robić, wody jest pod dostatkiem, jest piękna plaża i są zajęcia organizowane specjalnie z myślą o najmłodszych. Nasz Staś przez pięć tygodni uczestniczył w półkoloniach, które odbywały się na pobliskim latarniowcu. Przez pierwsze dwa tygodnie miał problemy komunikacyjne w kontaktach z innymi dziećmi, ale w końcu się przełamał i zaczął z nimi rozmawiać po angielsku. Organizowane są także „movie Fridays”, wieczorne seanse z bajkami Disneya i z popcornem. Dzieciakom to się bardzo podoba. Uważam, że nasze pociechy skorzystały na postoju tutaj bardziej, niż gdybyśmy popłynęli zgodnie z planem na Pacyfik i robili kilkutygodniowe przeloty od portu do portu.

Pacyficznej części wyprawy nie udało się rodzinie Rybickich zrealizować i nie wiadomo, czy będzie to możliwe do czasu zaplanowanego na jesień 2022 r. powrotu do Polski.

– Naszym celem było żeglowanie po Pacyfiku, odwiedzenie między innymi Nowej Zelandii i Australii, gdzie chcieliśmy sprzedać łódkę i kupić bilety powrotne do Polski. Gdybyśmy wiedzieli, że może z tym być kłopot, że będziemy pływać po Karaibach, inaczej byśmy się do rejsu przygotowali. Pewnie nawet kupilibyśmy mniejszą łódkę. Niestety, sytuacja jest wciąż kiepska. Australia i Nowa Zelandia zamknęły granice. Jeśli nie uda się nam wyruszyć w tamtym kierunku do kwietnia, to w ogóle nie ma sensu tam płynąć. Tymczasem trwa sezon cyklonów. Niedawno cyklon przeszedł przez Fidżi. Optymalne byłoby przeczekać złą aurę na Polinezji Francuskiej. Tam z kolei pogarsza się stosunek lokalnej ludności do wszelkich przybyszów. Zdarza się, że jachty są obrzucane kamieniami, odcinane są kotwice, żeglarze są przeganiani, bo ich jachty „psują widoki”. To kolejny powód, dla którego trzeba sobie na razie Pacyfik odpuścić. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie będziemy kręcić się po Karaibach.

„Rybka” popłynie z Grenady na Bahamy. Żeglujące małżeństwo przygotowuje się na taką ewentualność, kupili locje i odpowiednie mapy. Co potem? Żeglarze opracowali trzy scenariusze.

– Możemy popłynąć do Stanów, a stamtąd, przez Azory do Europy – wyjaśnia Małgorzata. – Lato spędzimy na Morzu Śródziemnym, a potem, na kolejny sezon wrócimy na Karaiby. Łódkę sprzedamy na Florydzie i polecimy do Polski. Druga opcja zakłada, że z Bahamów wrócimy na Grenadę albo popłyniemy na Trynidad Tobago. Trzecia wersja przewiduje, że popłyniemy do Panamy. Na wyspie Bocas del Toro przeczekalibyśmy sezon huraganów. Nie wiemy jeszcze na co się zdecydujemy. To zależy od wielu czynników, w tym od sytuacji epidemicznej. Robimy wszystko, by uniknąć zakażenia i nie narażać na nie dzieci. W tym rejonie świata lepiej nie chorować, bo w zależności od wyspy i kraju służba zdrowia jest na różnym poziomie.

Małgorzata wie co mówi, bo Karaiby zna dobrze. Przez wiele lat organizowała rejsy w tym rejonie. Na czas rodzinnej żeglugi zawiesiła firmę i… wróciła na Karaiby z mężem i dziećmi. Opieka nad dziećmi w czasie takiego rejsu wiąże się z wieloma dodatkowymi obowiązkami. Jednym z nich jest „domowa szkoła”.

– Ania ma dziś 4 lata i jeszcze do szkoły nie chodzi, ale Staś jest już w pierwszej klasie – wyjaśnia żeglarka. – Jeszcze przed wyruszeniem w rejs skończył zerówkę, a teraz uczy się zdalnie w jedynej tego typu w Polsce szkole dla dzieci ciągle podróżujących i będących z dala od kraju. To Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą. Nauka prowadzona jest niemal o każdej porze dnia i nocy, w zależności od strefy czasowej, w której znajdują się uczniowie. Zasada jest taka, że raz na tydzień musimy być w zasięgu dobrego internetu, żeby syn mógł uczestniczyć w konsultacjach z angielskiego i edukacji wczesnoszkolnej. Zadania z pozostałych przedmiotów otrzymuje mailem i wypełnia, a potem odsyła do nauczycieli. Warunkiem uzyskania w takiej „światowej” szkole promocji do następnej klasy są dobre wyniki prac kontrolnych, których jest zazwyczaj cztery w ciągu roku z każdego przedmiotu oraz ponad pięćdziesięcioprocentowa frekwencja na zajęciach przy komputerze. Jeszcze nie mamy podręczników, ale płyną do nas na „Fryderyku Chopinie”, z którym za kilka tygodni spotkamy się na Martynice.

Edukacja przynosi efekty, bo Staś całkiem dobrze radzi sobie z czytaniem. Przeczytał kilka książek i bardzo mu się to podoba. Jedynym problemem jest konieczność dłuższej koncentracji i skupienia się na lekcjach. Czynników rozpraszających nie brakuje – dookoła plaża, woda i piękne krajobrazy.

Krzysztof, który na czas rejsu wziął urlop wychowawczy na córkę, przejął część rodzicielskich obowiązków i zajmuje się zarówno gotowaniem, jak i nauką syna. Sam też musi się czasem podszkolić, bo jako zawodowy pilot zobowiązany jest do okresowego zdawania egzaminów i ćwiczenia procedur (podobnie jak syn, za pośrednictwem komputera), a we wrześniu 2022 roku będzie musiał odnowić licencję.

– Dlatego musimy wtedy wrócić do Polski – wyjaśnia Małgorzata. – Ania pójdzie do szkoły podstawowej, a Staś rozpocznie naukę w trzeciej klasie. Zdąży jeszcze wdrożyć się w naukę w klasie, zanim zacznie się kolejny etap edukacji. Nie możemy sobie pozwolić na „rzucenie wszystkiego” i życie w trasie. Chcemy, żeby dzieci miały dobre wykształcenie. Teraz mają możliwość zobaczenia świata, spotkania z innymi ludźmi, z ich stylem życia, z nieznaną w Polsce przyrodą. To też swego rodzaju nauka, ale tradycyjna wiedza też jest ważna. My z kolei mamy swoje zobowiązania zawodowe. Krzysiek uwielbia latać i już za tym tęskni. Kiedy dzieci dorosną, będą robić co chcą, a my – na emeryturze – będziemy mieli czas na realizację swoich pasji i planów. Życie na jachcie to będzie nasz świat.

Strona wyprawy

PODZIEL SIĘ OPINIĄ