< Powrót
14
stycznia 2019
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
archiwum rodziny Dawidowskich
dom

Samowystarczalność, czyli przepis na dom pod żaglami

O zamieszkaniu na jachcie Bartosz Dawidowski marzył od ponad 20 lat. Od niemal czterech realizuje to marzenie wspólnie z żoną Anną i dwoma synami, żeglując po Karaibach trimaranem „Poly”.

– Na początku znajomości z moją dziś już żoną i wicekapitanem, nie tylko jachtowym, ale i duchowym oraz życiowym, uczciwie przedstawiłem jej moje największe marzenie – mówi Bartosz Dawidowski. – Ania była bardzo otwarta i nie do końca czuła się dobrze w standardowym modelu życia. Przystała z zaskakującym entuzjazmem na moją propozycję. Najfajniejsze, że po ponad trzech latach spędzonych niemal permanentnie na wodzie i ponad 40 tysiącach mil zostawionych za nami ten entuzjazm wcale się nie zmniejszył.

Do realizacji największego marzenia Bartosza rodzina Dawidowskich podeszła bardzo starannie i pragmatycznie. Najpierw trzeba było wybrać jacht, na którym wspólnie pożeglują przez życie i stworzą dom rodzinny. To musiała być łódka, która nie tylko sprawdzi się w żegludze, ale zapewni komfort codziennego życia, nieodbiegający od standardu tradycyjnego, lądowego mieszkania. Wybór padł na znalezioną w USA zaniedbaną łódkę, będącą prototypem serii Neel’a. Jacht typu Neel 50 otrzymał imię „Pola”, przeszedł gruntowny remont w Stanach Zjednoczonych i w Szczecinie, by ostatecznie w 2015 r. wypłynąć na szerokie wody.

– Chcieliśmy, żeby nasze dzieciaki dorastały właśnie tak – wspomina Bartosz Dawidowski. – Pomyśleliśmy o wielu aspektach i systemach, które czynią teraz nasze życie wygodniejszym, bezpieczniejszym, niezależnym. W tym również o kursach pierwszej pomocy, nurkowania, o ubezpieczeniu na zdrowie. Zależało nam, by móc egzystować miesiącami bez konieczności korzystania z mariny i wchodzenia do portu. Okolice, w jakich teraz pływamy, czyli Karaiby, Bahamy czy Ameryka Południowa, to głównie postoje na kotwicy lub boi. Nasz dom ma prawie 12 metrów szerokości i daje ogromny komfort w czasie żeglowania i postoju, nawet na dość zafalowanym kotwicowisku. Pierwszym dużym projektem na „Poly” był montaż elektrowni słonecznej. Użyłem słowa elektrownia celowo, bo te 2 kW, które własnoręcznie zamontowaliśmy na dachu kilka dni po zakupie łódki, produkuje wystarczająco energii na 95 procent naszych potrzeb. Wliczamy w to takie wygody, jak odsalarka, czyli urządzenie do produkcji wody pitnej z morskiej, pralka automatyczna, zmywarka do naczyń, lodówki, zamrażarki i tak dalej.

Codzienne życie na jachcie, poza przyjemnością żeglowania i swobodą docierania w dowolne miejsce, niewiele różni się od codzienności na lądzie. Trzeba zarobić na utrzymanie, zająć się edukacją dzieci. Jak sobie z tym wszystkim radzą rodzice Juliana i Kuby?

– W dzisiejszych czasach, erze telekomunikacji i szybkiego internetu, jest coraz więcej profesji, które można, przynajmniej częściowo, wykonywać zdalnie, również z łódki – mówi Bartosz. – Ja co prawda, będąc pilotem, nadal muszę pojawiać się fizycznie w pracy, ale nie pracując na cały etat i na bardzo elastycznym kontrakcie, całkiem fajnie się to zgrywa z pływaniem i życiem rodzinnym. Ania natomiast jest świetnym przykładem fachowca zdalnego. Cała praca jaką wykonuje w mediach społecznościowych, edycja filmów i generalna obsługa naszych spraw lądowych dzieje się z pokładu „Poly”. A jeśli chodzi o naszych synów, to chłoną tyle na co dzień, że w zasadzie szkołę zaczęli dawno. Biologię mają w kontakcie z bogatą fauną i florą. Fizykę na bieżąco w linach, żaglach, blokach, korbach. Nie przymuszamy ich do niczego, ale kreujemy sytuacje, które produkują w nich potrzebę zgłębienia danej kwestii. Uczy ich własna ciekawość. A tak bardziej formalnie, mamy teraz na pokładzie dziewczynę, która pomaga nam z różnymi codziennymi sprawami, ale jest również nauczycielką angielskiego i francuskiego, więc chłopaki powoli wdrażają się w codzienny rytm nauki. Niedługo będzie trzeba zająć się programem szkolnym. Jeszcze nie zdecydowaliśmy, gdzie i w jakim trybie chłopcy będą się uczyć.

Państwo Dawidowscy uważają zgodnie, że na morzu trzeba umieć liczyć na siebie. Zachowują więc zdrowy dystans do propozycji oferowanych przez wszelkie systemy emerytalne. Ubezpieczenie zdrowotne wprawdzie wykupili, ale w mniej poważnych sytuacjach starają się radzić sobie sami. Naprawy i konserwacje jachtu też załatwiają we własnym zakresie.

Sensem życia na morzu jest jednak żegluga i docieranie do nowych miejsc. Żeglująca rodzina nie ma jednego faworyta, zmieniają lokalizację i cumują swój dom w zależności od nastroju i potrzeb. Pływają między Bahamami a Ameryką Południową.

– Tam jest bardzo mało cywilizacji – wyjaśnia Bartosz. – 98 procent wysp zupełnie niezamieszkanych. Czasami przez kilka dni nie widzimy żywej duszy. To jest niesamowite. A jak nam się zachce do ludzi, to południowe Karaiby, czyli tak zwane Wyspy Nawietrzne są naszym domem przez większość zimy. Wolimy je od północnych Karaibów, bo pomimo cywilizacji zachowały oryginalny charakter. Ludzie są nieprawdopodobnie autentyczni. Polityczna poprawność jest tu niemile widziana, przy czym większość ludzi jest uśmiechnięta i przemiła, bo tak ma. Pomimo materialnie skromnej sytuacji. Byliśmy w kilku miejscach tuż po huraganach w 2017 roku. Jeden z naszych znajomych nie tylko stracił dom, ale parę tygodni wcześniej również jedną z nóg. Wielkie wrażenie zrobił na mnie jego uśmiech i dystans w tej jakże trudnej sytuacji. Kiedy mamy ochotę na dzicz, płyniemy na Petit Tabac na Grenadynkach, jak mamy ochotę pograć reggae z rasta przyjaciółmi – na Saint Lucię, a jak mamy ochotę na trochę Europy w karaibskiej aurze – na Martynikę. Nie trzeba niczego wybierać, bo wszystko jest pod ręką. Odkryciem zeszłego sezonu był Surinam w Południowej Ameryce. Niesamowity, maleńki kraj. Zaledwie 700 tys. osób, ale ogromny tygiel kultur. Nigdzie nie doświadczyłem takiej tolerancji i prawdziwej uprzejmości wobec wyraźnych często kontrastów kulturowych, religijnych i innych.

Trwającą właśnie zimę żeglująca rodzina spędza tradycyjnie na Karaibach, a latem przyszłego roku popłynie do Szczecina, gdzie przeprowadzony zostanie remont „Poly” przed planowanym na wiosnę 2021 r. rejsem na Pacyfik. Nasi rozmówcy nie wiedzą, na jak długo „zamieszkają” w tej części świata. Może to będzie kilka, a może kilkadziesiąt lat. To się okaże.

Kilka razy w roku zdarza się okazja, by wziąć udział w rejsach organizowanych przez Anię i Bartka, i doświadczyć w pełni ich pomysłu na życie. Z żeglującą rodziną można skontaktować się za pośrednictwem strony internetowej lub Facebooka.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ