< Powrót
29
sierpnia 2018
Tekst:
Piotr Okoński
Zdjęcie:
Piotr Okoński
Alasce
Aleksandra Wareham i Piotr Okoński na Alasce.

Ślady Polaków w południowej Alasce

Kapitan jachtowy Piotr Okoński i jego żona Aleksandra Wareham od ponad 20 lat żeglują po wodach stanu Waszyngton, BC Kanady i Alaski. W ub. roku odbyli siedmiotygodniową podróż jachtem „Oleńka 3” (Hunter 36) z okolic Seattle do południowej Alaski. Chcieli podążyć śladami polskiego podróżnika Stefana Jarosza. Przepłynęli ponad 1700 mil morskich. Oto relacja kapitana z podróży.

Poprzez drzwi zejściówki widać zamgloną w ciężkim deszczu Wyspę Zaremby, odległą o nieco ponad sześć mil. Na południowy zachód, niecałe osiem mil, jest Wyspa Kościuszki. Na północ od nas Woewodski Island, która wzięła swoją nazwę od dyrektora Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej Stafana Wojewódzkiego. Będziemy tam przepływać jutro, wchodząc to kanału Wrangell.

Jesteśmy na kotwicy w zatoce Exchange, gdzie czekamy na pierwszy słoneczny dzień na Alasce.  Miejsce to jest centralnie położone w stosunku do wysp nazwanych na cześć naszych rodaków. Przepłynęliśmy ponad 800 mil morskich, aby zobaczyć i podążyć śladami Stefana Jarosza, słynnego polskiego podróżnika, który badał te wyspy kilkakrotnie, szczególnie w 1935 i 1937 roku.

Stefan Jarosz – polski geograf i podróżnik. Urodził się 14 października 1903 w Rozwadowie nad Sanem, zmarł 31 marca 1958 r. Działał na rzecz ochrony przyrody. Uczestniczył w trzech wyprawach do Ameryki Północnej (1927-1938). Swoje wrażenia z podróży zawarł w książce  „W Górach Ameryki Północnej”.

Jak wielu, od lat marzyliśmy o odwiedzeniu tego dość egzotycznego, opisywanego przez poszukiwaczy złota i oleju, rybaków, przyrodników, miłośników i badaczy przyrody, dość odległego zakątka świata. Alaska odkryta została stosunkowo późno, w 1741 roku przez Vitusa Beringa, Duńczyka w służbie rosyjskiej. Jak wiadomo, w 1867 Rosjanie sprzedali Alaskę Stanom Zjednoczonym, a w 1958 stała się ona kolejnym amerykańskim stanem.

Odwiedzenie Parku Narodowego Zatoki Lodowców (Glacier Bay National Park) było dla nas przysłowiową kropką nad „i” w decyzji żeglowania w tamte tereny.

22 maja wypłynęliśmy z naszego macierzystego portu Port Ludlow, przepięknie położonego w małej zatoce u podnóża gór Olimpic.  Ze względu na wiatr, ponad 7 Beauforta, nie płynęliśmy wprost na przejście Juan de Fuca, opłynęliśmy wyspę Whidby, nadkładając ponad 25 mil, by późnym wieczorem dotrzeć na znane wyspy San Juan, mekkę waszyngtońskich wodniaków.

Z przerażeniem odkrywamy ubytek płynu chłodzącego w dopiero sprawdzonym silniku. Zmiana planu i płyniemy do Nanaimo na wyspie Vancouver, gdzie być może znajdziemy pomoc. O ile nie naprawimy przecieku, nasza 1800 milowa wyprawa nie może być kontynuowana… Niestety jest sobota, nie czekamy zatem na mechanika, ryzykujemy płynąc na północ. Z samego rana niedaleko naszego dziobu widzimy majestatyczne orki, to dobry znak.

Na kotwicy na szczycie wyspy Texada znajdujemy problem naszego przecieku. Krótki postój w Lund, zdobywamy części, jeszcze naprawa i płyniemy do archipelagu Desolatoin. Następnego dnia planujemy przejście 50 mil i pięciu skomplikowanych cieśnin, gdzie prąd pływowy przekracza czasami 12 węzłów. Dodatkowo będziemy mieli przeciwne wiatry, 6 Beauforta i bardzo krótką falę. Drugą z czterech „trudniejszych” przejść, Johnson Strait, z powodu bardzo wysokich gór w większości ma silne północno-zachodnie wiatry. Z prognozy pogody wynika, że czeka nas 8 Beauforta po południu, a więc o 4 rano pokonujemy jej część, by schować się w archipelagu Broughon, nową mekkę bardziej zaawansowanych wodniaków kanadyjskich i nie tylko.

Następne dni to kompletnie pochmurne poranki, a od południa piękne słońce i silne wiatry. Dostosowujemy się do wczesnego wstawania, prądy również nam to nakazują i stosunkowo równomiernie pokonujemy po 60-70 mil dziennie, płynąc dość szeroko znanym „Przejściem Wewnętrznym” wysp BC w Kanadzie.

Wiele megajachtów z różnych krajów świata, mniejszych i większych statków rybackich, promów, wielkich statków pasażerskich i rekreacyjnych płynie w tym samym kierunku. Czasami ponad 40-milowe kanały mają wyjątkowo mało miejsc do kotwiczenia, bardzo głębokich, bo otaczające góry sięgają 2300 metrów, głęboka woda jest zaraz przy brzegu kanału lub zatoki. Dla „ułatwienia” prądy albo wpływają albo wypływają z obu końców takiego kanału w tym samym kierunku!

Kilkakrotnie nastrój poprawiają nam wieloryby, które niekoniecznie machają nam ogonem, ale po prostu w ten sposób pracują nad swoim następnym jedzeniem. Tak samo pomagają duchowo baraszkujące pod dziobem z prędkością torpedy delfiny. Zawsze jesteśmy zaskoczeni taką wizytą, ale najbardziej płynącym wiele mil od brzegu łosiem, którego początkowo wzięliśmy za następną kłodę tak często pływających tu drzew.

Docieramy do najbardziej na północ wysuniętego miasta kanadyjskiego, zaraz przed granicą z Alaską, Prince Rupert. To tu ładowane są olbrzymie statki, w tym również polski o nazwie „Karpaty”, drewnem wiórowanym. Liczba kutrów rybackich jest również imponująca, ale port jachtowy pozostawia wiele do życzenia. Nie korzystamy z tutejszych pryszniców, uzupełniamy tylko niezbędne zapasy, bo kolejngo dnia będziemy w Ketchikan Alaska. Dzieli nas jeszcze 85 mil, ale zapowiedź sztormu w otwartym na Pacyfik przejściu Dixon zmienia nasze plany. Wychodzimy bardzo wcześnie i po 17 meldujemy się w Klubie Jachtowym Ketchikan. Następnego dnia całkiem wyraźnie odczuwaliśmy sztorm w środku portu, czas poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, muzeum miejscowych Indian i zaopatrzenie na następnych kilka dni.

Z kotwicy w zatoce Exchange wypływamy na słoneczny i kompletnie lustrzany kanał Clarence i przejście Snow. Sądząc po liczbie orek, wielorybów, fok i orłów wynika, że to popularne żerowisko. Zaledwie kilka mil dalej docieramy do Zatoki St. John na całkowicie niezamieszkałej wyspie Zarembo. Brak innych atrakcji, więc przecinamy Sumner Strait i na początku zmiany prądów płyniemy przez oznaczony ponad sześćdziesięcioma znakami nawigacyjnymi kanał Wrangell do Petersburga.

Liczba znaków na odcinku 25 mil jest najlepszym świadectwem zagrożenia żeglugi, włączając dodatkowo ciągły ruch „rybaków”, promów i małych, bardzo szybkich i pozostawiających strome fale łódek. Prąd pływowy to ostateczny akcent. W Petersburgu jesteśmy o „właściwym” czasie, możemy bez problemu dopłynąć do stacji po paliwo, a potem do portu jachtowego. Jest to znacznie trudniejsze, kiedy prąd płynie w tych miejscach z prędkością 5 węzłów.

Kulminacyjny punktem wyprawy było odwiedzenie lodowca Le Comte.  Słynie on z największej na świecie ilości lodu wydawanego codziennie do zalewu Frederick. Nie dziwnego, że 11 mil przed lodowcem widać wielkie, wyżłobione jak z błękitnego kryształu lodowce. Pak lodu jest również rozprowadzany przez niedalekie ujście rzeki Stikine, która jest nazywana „Wielkim Kanionem” Kanady. Jej prądy są do dziś niepokonane przez zwolenników „białej wody”. Refleksje słoneczne otaczającego nas lodu i trzaski podobne do odgłosów burzy pękającego lodowca przy całkowitej ciszy w innych warunkach, zapierają oddech. Foki zdecydowały rodzić i wychowywać swoje niemowlęta dokładnie teraz, błękitne niebo przecinają niezliczone ilości białogłowych orłów. Czy można wymarzyć piękniejszy moment? Pomimo 900 mil, które musimy pokonać do domu, to jest moment, który nigdy nie zatrze się w naszej pamięci.

Ta wyprawa to nie tylko uczta obcowania z niesamowitą naturą, ale również poznanie bogatej historii jej rodowitych mieszkańców, przeżyć odkrywców, badaczy i tak różnych w poczuciu wartości obecnych mieszkańców.

Piotr Okoński żeglować zaczął jako 9-latek. Najpierw po jeziorach, później Bałtyku, Atlantyku, a od ponad 20 lat, wraz z żoną Aleksandrą, po wodach stanu Waszyngton, BC Kanady i Alaski. Jest kapitanem jachtowym, posiada również certyfikaty do 105 ASA (American Sailing Association). Jest autorem kilku tekstów o wyprawach na Pacyfiku wschodnim. Za swoją najważniejszą podróż uważa wyprawę „Selmą Expedtion” na Antarktydę w lutym i marcu 2018 roku. Część roku spędza w Jeleniej Gorze, pozostaly czas w Port Ludlow w stanie Waszyngton.