< Powrót
23
maja 2018
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
ZewOceanu.pl
Kuczyński

Szymon Kuczyński: Skończyło się tanie życie, muszę iść do pracy

270 dni, 10 godzin i 29 minut – tyle czasu Szymon Kuczyński spędził na pokładzie jachtu „Atlantic Puffin” w czasie samotnego rejsu non stop dookoła świata. Wokółziemską pętlę żeglarz z Sulechowa zamknął 17 maja, a dziś w rozmowie z nami opowiada o mniej romantycznej stronie swojego wyczynu.

– Dokonałeś czegoś, co jak dotąd udało się tylko dwóm innym polskim żeglarzom. Z pewnością to nie było łatwe zadanie. Który moment w czasie rejsu był twoim zdaniem najtrudniejszy?

– Taki naprawdę trudny moment, w którym zastanawiałem się, czy całe to przedsięwzięcie nie skończy się za wcześnie, był jeden – kiedy doszło do uszkodzenia masztu. Mam do siebie trochę pretensji, bo to była moja wina. Nie musiało tak być. Stało się to, kiedy schodził front pogodowy, a ja powinienem być na pokładzie i czuwać, żeby fale nie zrobiły tego, co zrobiły. Jedna fala majtnęła łódką i przechyliła ją na jakieś 70-80 stopni. Druga przyszła od rufy i przykryła łódkę prawie w poziomie, łącznie z żaglami. Stało się tak, bo byłem opieszały. Zbierałem się trochę do wyjścia na pokład…

– I to było o te „trochę” za długo?

– No właśnie. Przedtem czuwałem całą noc w sztormie, nie mogłem zasnąć. Warunki były stresujące, Wiało, zafalowanie było na 7 – 8 metrów. A kiedy wiatr zmienił kierunek i stare fale skrzyżowały się z nowymi, minęło dobre pół godziny, zanim wylazłem na pokład. Byłem ubrany do wyjścia, ale zwlekałem, a potem mogłem mieć pretensje tylko do siebie. Przyszedł czas na refleksję i przypomnienie sobie własnych obietnic, ale zaraz trzeba było się brać do roboty. Byłem przygotowany i narzędziowo, i mentalnie, bo awarie masztu zawsze mogą się zdarzyć. Nie było źle, maszt stał, ale robota była ciężka i zajęła kilka godzin. Trzeba było grzebać w niedużym otworku o szerokości małego palca na wysokości 220 centymetrów. Ja mam 174 centymetry wysokości, a łódka nie stała w porcie, tylko bujała się na oceanie. Zamocowanie uchwytu z jednej strony trwało kilka godzin, potem to samo z drugiej. No i trzeba to było zabezpieczyć i zamontować odciągi. W tych warunkach pracowałem na czuja. Nie mogłem się podciągnąć, żeby widzieć co robię. Maszt był przecież nieusztywniony a moje prawie 80 kilo, bujające się z burty na burtę mogło pogłębić uszkodzenie lub całkiem go złamać.

– Poza tym na sześciometrowym jachcie przedzierającym się przez oceany nie było trudnych chwil?

– Wrażenie robił pierwszy sztorm, ale to tylko jeden nieprzyjemny moment przed Afryką. Nic więcej. Potem dość szybko zrobiło się zimno, bo szybko płynąłem z Europy do Afryki i warunki się zmieniały. A na Pacyfiku było spokojnie, poza dwiema sytuacjami w okolicy Tasmanii. Raz solidnie uderzyłem w UFO, tak że wypięło z rumpla autopilota. Myślałem, że straciłem stery. Zresztą, potem okazało się, że faktycznie coś tam jest naruszone i laminat zaczął się wykruszać. Takich słabszych uderzeń w jakieś oceaniczne śmieci było na trasie kilkanaście, ale to było najmocniejsze. Druga nieprzyjemna sytuacja to lot przez kabinę w czasie snu i to z dala od sztormu. Jakaś pojedyncza fala dotarła do jachtu. Taki pech. Miałem tylko rozcięty łuk brwiowy i złamałem okulary. Poza tym zniszczona została osłona od kuchenki. Uderzyła w nią aluminiowa rura zabezpieczająca koję. Wyskoczyła z gniazda i uderzyła w tę osłonę. Za to na pokładzie jakby nic się nie działo, łódka szła dalej prosto.

– Czyli łódka okazała się wytrzymała na trudy żeglowania non stop i dała sobie radę?

– Tak. Łódce nic nie dolega. Owszem, maszt jest uszkodzony, ale z tym da się pływać. Uciążliwe jest może stawianie grota i refowanie, bo maszt jest lekko skrzywiony i przy pracy się zacina, ale na razie tego nie naprawiam. Lepsze jest wrogiem dobrego, skoro to działa, to dopłynę tak do Polski. Odciągi utrudniają komunikację z dziobem, szczególnie w sztormiaku, bo trzeba się przedzierać, jak przez zasieki czy małpi gaj, ale jest znośnie.

– Czym zająłeś się na „Puffinie” po dotarciu do Plymouth już po zacumowaniu, powitaniu i zjedzeniu pierwszego posiłku na lądzie?

– Trzeba się było zająć wyrzuceniem wszystkiego, co nasiąkło wilgocią. Poza tym drobne duperelki. Zamontowaliśmy już pantograf silnika przyczepnego. Brakowało trochę miejsca, ale znaleźliśmy rozwiązanie, tak żeby wszystko pasowało. Z napędem pomocniczym łatwiej będzie płynąć po Kanale Kilońskim czy docierać do portów. Łódka już nie robi zwrotów przez sztag, jak przed awarią masztu, więc silnik się przyda. Poza tym trzeba naprawić płetwę sterową, co nieco oskrobać kadłub, naprawić maszt i będzie gotowa do ścigania w sezonie.

– Dopiero co opłynąłeś świat, a już myślisz o startach w regatach?

– Owszem, ale najpierw muszę wrócić do Polski, poukładać sobie wszystko. Jestem spłukany, więc muszę iść do pracy. Skończyło się tanie życie. Trzeba mieć pieniądze na jedzenie. Wprawdzie zapasów mam jeszcze na kilkadziesiąt dni, ale postoje w marinach kosztują, kosztują telefony i inne rzeczy na lądzie. Na oceanie jest tanio, tylko trzeba mieć żarcie. Niestety albo się pływa, albo zarabia. Może z czasem uda mi się połączyć jedno z drugim.

– 270 dni to szmat czasu, nie nudziło ci się?

– W czasie tego rejsu nie odczuwałem nudy. Nuda była podczas mojego pierwszego przejścia przez Atlantyk. Tam inne było tempo przygotowań do trasy i czas ich trwania. No i kiedy zabrakło obowiązków, nagle musiałem zmierzyć się z dylematem, co robić. Tym bardziej, że miałem tylko kilka książek, nie miałem komputera, elektroniki. Nie było co robić za bardzo, relatywnie łatwa trasa, zero awarii. Tymczasem teraz nie było kiedy się nudzić. Miałem czytnik e-booków, miałem więc czytania pod dostatkiem. A czasem, jak odpuszczałem książki, to mogłem obejrzeć film dla odmiany. Co do muzyki, to może grać bez przerwy w tle. Czasem wychodziłem posłuchać tego co na zewnątrz, szumu fal, wiatru. Do steru tez nie za często chodziłem, jednak potem, z powodu braku prądu musiałem zrezygnować z autopilotów. Dlatego było więcej zabawy z ustawieniem samosterownym jachtu, ale ta łódka jest bardzo łatwa jeśli o to chodzi. Musiałem tylko wcześniej wymyślić, jak ją ustawić do baksztagu czy fordewindu, jakie żagle dobrać, w jakiej konfiguracji. No i posiedzieć na rufie, poobserwować, jak działa konkretne ustawienie, wyregulować coś w razie potrzeby. Poza tym miałem sporo czasu na inne rzeczy. Na przykład na Oceanie Południowym obmyślałem strategię dalszego żeglowania.

– Czym zajmowałeś się, kiedy nie musiałeś obsługiwać jachtu?

– Moim obowiązkiem było pisanie relacji z rejsu raz w tygodniu i codziennych SMS-ów. Zajmowało mi to masę czasu, bo ja nie lubię pisać. Zmuszałem się do pisania. Miewałem takie dni, że szło bez problemów, a czasem było gorzej. W SMS-ach też musiałem wymyślić coś sensownego, a jak człowiek żyje „na bieżąco” to musi się mocno zastanowić, przypomnieć sobie coś interesującego, co wydarzyło się danego dnia. Poza tym wysyłałem zdjęcia, a to nie było wcale proste.

– Dlaczego?

– Zdjęcia robiłem aparatem fotograficznym, przerzucałem na komputer, zmniejszałem, bo mogłem wysyłać tylko pliki o ciężarze 300 kilobajtów, a i to trwało bardzo długo. W czasie przesyłania danych musiałem pilnować, żeby nic nie przerwało połączenia telefonu z tabletem czy komputerem, a to zdarzało się często, bo jachtem przecież bujało. Kiedy coś się przewracało to było po połączeniu. No i cały proces wysyłki jednego zdjęcia trwał czasem 15 minut, czasem 30. Wszystkie te urządzenia są nieprzystosowane do żeglugi pod względem wstrząsów. Z kolei, kiedy uruchamiałem pocztę, otwierało się okienko transferu i nic innego już nie mogłem zrobić w tym czasie w telefonie czy na tablecie. Trzeba było robić wszystko po kolei.

– Co jeszcze należało do twoich zadań?

Sporo czasu spędzałem też nad mapami pogodowymi. Obmyślałem trasę tak, żeby na południu omijać sztormy. Udawało się. Na sztorm trafiłem w rejonie Przylądka Dobrej Nadziei, a potem tuż przed Hornem. Po drodze nie było żadnych sztormów. Zawczasu wybrałem taka strategię, żeby płynąc jak najniżej na południe. To budziło zdziwienie obserwujących mój tracking żeglarzy, ale o była najlepsza droga. Po pierwsze krótsza, po drugie pogoda była lepsza niż u góry. Tylko temperatura była niższa.

– Warunki atmosferyczne na tej trasie chyba nie były wymarzone, jak wyglądała przeprawa przez Ocean Południowy?

– Było zimno i wszędzie wdzierała się wilgoć. Kondensacja pary była tak duża, że codziennie po ścianach spływało kilka litrów wody. Nie było ogrzewania. Kadłub nie jest zrobiony z przekładki, więc tylko kilkumilimetrowa warstwa laminatu chroniła mnie od chłodu i warunków panujących na zewnątrz. Wilgoć to był stały element na tym odcinku. Temperatura na zewnątrz nie przekraczała 5 stopni, a wilgotność wynosiła jakieś 90 procent. Wszystkie rzeczy, które nie były zabezpieczone przed wilgocią z łatwością dawały się wyżąć. Teraz wiem, że jedyna zmiana, jaką powinienem wprowadzić przed rejsem, to zastosowanie jakiejkolwiek izolacji, choćby pianki od karimaty, czegokolwiek. Po dotarciu do portu w Plymouth musiałem sporo rzeczy zapakować do worka i wyrzucić – książki, ubrania, elektronikę. Urządzenia jako takie przetrwały, ale kable były w opłakanym stanie. Słone, wilgotne powietrze zrobiło swoje.

– Rzeczywiście, na brak zajęć nie mogłeś narzekać, ciągle było coś do roboty. Z jednej strony romantyczna przygoda, z drugiej codzienna walka z przeciwnościami…

– Coś w tym jest. Zawsze znalazło się coś, co zmuszało mnie do działania. Sporo trudności przysporzyła na przykład awaria baterii słonecznej, do której doszło z mojej winy. Źle zamontowałem spinbom, który ocierał o narożnik baterii. Coś musiało się rozszczelnić. W czasie montażu nie było tego widać, dopiero później stało się to widoczne. Woda dostała się do środka no i doszło do awarii dużego solara. To zmusiło mnie do odstawienia hydrologicznego autopilota. Korzystałem z elektrycznego, ale on był zapasowy i nie wziąłem zapasowych silników do niego. On się nie zepsuł, ale zniszczyły się szczotki w silniku, które są niewymienne. W odwodzie miałem prowizoryczny samoster wiatrowy, ale nigdy z niego nie skorzystałem. Łódka ma bardzo dobrą samosterowność przy właściwym ustawieniu, więc dałem sobie spokój, bo mogłem zainstalować ten samoster albo na wysięgniku w tym samym miejscu mniejszą baterię słoneczną. Wybrałem baterię, bo inaczej miałbym bardzo ograniczone możliwości na przykład wysyłania zdjęć. Cały zestaw urządzeń niezbędnych do obrobienia zdjęcia i wysłania go w świat potrzebuje oczywiście trochę prądu. Niby niewiele, ale suma summarum okazuje się, że te urządzenia zużywają więcej prądu niż autopilot.

– Podsumowując, taki rejs to całkiem spore wyzwanie nie tylko żeglarskie. Masz je za sobą, kiedy wracasz do Polski?

– 9 czerwca chcę dotrzeć do Mariny Kamień Pomorski.

Powitanie Szymona

Przywitaj Szymona w Marinie Kamień Pomorski wracającego z Plymouth, gdzie był start i meta jego wokółziemskiej wyprawy. Szymon Kuczyński ustanowił rekord świata samotnej, okołoziemskiej żeglugi na najmniejszym jachcie w historii! Ten trudny wyczyn udało się osiągnąć na niewielkim jachcie Maxus 22 (długość 6,36 m), wyprodukowanym w polskiej stoczni Northman. Szymon Kuczyński jest dopiero trzecim Polakiem w historii opłynął świat bez zawijania do portu oraz bez pomocy z zewnątrz i drugim (po Krzysztofie Baranowskim), który opłynął Ziemię dwa razy. Opłynięcie kuli ziemskiej dookoła trzech przylądków zajęło mu 271 dni, 10 godzin i 29 minut. Jest to wydarzenie bez precedensu w historii światowego żeglarstwa, szeroko komentowane w mediach na całym świecie. Szymon Kuczyński jest członkiem Jacht Klubu Kamień Pomorski. Jego uroczyste powitanie w Polsce odbędzie się w Marinie Kamień Pomorski, której Szymon jest oficjalnym Ambasadorem. Dla wszystkich jachtów asystujących Atlantic Puffinowi w powrocie do Mariny Kamień Pomorski przygotowano darmowy postój w dniach 9-10 czerwca i moc atrakcji.

Strona projektu Zew Oceanu

Statystyki rejsu

– Czas rejsu: 270 dni, 10 godzin, 29 minut,
– Pokonanych mil: 29 044
– Średnia prędkość: 4,5 kt
– Przeczytane książki: 143

Jacht „Atlantic Puffin”

– Typ: Maxus 22
– Producent: Stocznia Jachtowa Northman, Polska
– Projekt: Jacek Daszkiewicz
– Długość: 6,36 m
– Szerokość: 2,48 m
– Powierzchnia żagli podstawowych: 23 m2
– Zanurzenie: 1,40 m
– Masa jachtu: 1350kg (balast 500kg)

PODZIEL SIĘ OPINIĄ