Walka o Rio, walka o budżet
Tomasz Januszewski i Jacek Nowak, należący do grona najlepszych polskich żeglarzy ścigających się w klasie 49er, walczą o olimpijską kwalifikację na igrzyska w Rio de Janeiro. Cel jest na wyciągnięcie ręki, ale na poziomie mistrzowskim zapał i ciężka praca nie wystarczą, by osiągnąć sukces. Potrzebne są też całkiem spore pieniądze.
Żeby je zdobyć, żeglarze zdecydowali się na ogłoszenie zbiórki publicznej w internecie. Poprosili o wsparcie na portalu PolakPotrafi zajmującym się finansowaniem społecznościowym. Chcieli w ten sposób uzyskać 150 tys. zł. Nie udało się. Z pomocą przyszedł mBank, który częściowo pokrywa koszty regatowego przedsięwzięcia.
Z Jackiem Nowakiem, połową żeglarskiego duetu, rozmawiamy nie tylko o pieniądzach.
– Zacznijmy jednak od pieniędzy. Jesteście utytułowanymi żeglarzami, macie wsparcie Polskiego Związku Żeglarskiego, a szukacie pieniędzy na zewnątrz. Dlaczego?
– Rzeczywiście, jesteśmy pod skrzydłami PZŻ i Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz częściowo w programie Energa Sailing Team. Od Związku otrzymujemy ogromne wsparcie. Jednak mamy plany poza programem PZŻ. Za pieniądze sponsora udało się nam wystartować w regatach we Włoszech. Start we Francji też pokryliśmy z prywatnych pieniędzy. Planując starty w Australii czy Nowej Zelandii, chcemy mieć komfort funkcjonowania tam. Chodzi o możliwość wynajęcia lepszego lokum, normalnego, pełnowartościowego żywienia się. Chcemy także wystartować w tym roku w trzech imprezach w Miami, między innymi w Pucharze Świata. Byliśmy tam w ubiegłym roku i bardzo wiele nam to dało. Zazwyczaj sezon rozpoczynaliśmy w marcu startem na Majorce, ale tym razem zaczęliśmy właśnie w Stanach Zjednoczonych. To pozwoliło nam wypaść dobrze na Majorce, zajęliśmy szóste miejsce.
– Dlaczego chcecie ściągać się w Australii albo Nowej Zelandii? Decydują lepsze warunki pogodowe i fala, czy może udział innych znakomitych żeglarzy? Jeśli chodzi o pogodę, zima w Hiszpanii jest dość ciepła…
– Najlepsze załogi już nie jeżdżą do Hiszpanii. Tam są warunki do treningów technicznych, nauki żeglarstwa. Jest rzeczywiście dość ciepło i dość tanio. Ale najlepsi są tam, gdzie najważniejsze regaty. Czyli na przykład na Antypodach. W grudniu wybieramy się też do Rio de Janeiro. W Pucharze Brazylii zmierzą się najlepsi zawodnicy. I ten wyjazd finansuje nam PZŻ.
– Czy inne załogi także szukają wsparcia poza oficjalnymi strukturami związku?
– Zdarza się, choć na przykład Paweł Kołodziejski i Łukasz Przybytek są objęci całościowym programem Energa Sailing, są jego twarzami. Zimą byli w Australii, mieli możność rywalizowania z silną stawką, my w tym czasie startowaliśmy w Abu Dhabi.
– Od czego zależy, kto jest finansowany całościowo, a kto tylko częściowo?
– Od grupy, w której dana ekipa się znajduje. Kiedyś to były cztery kolejne grupy. Dziś określa się je kolorami. My dzięki udanemu występowi na Majorce, przeskoczyliśmy z grupy brązowej do złotej. Dzięki temu udział w mistrzostwach świata mamy finansowany. Jednak starty w mistrzostwach Europy musieliśmy opłacić z własnych funduszy. To był tak zwany drugi etap finansowania, który polega na tym, że jeśli zdobędziemy stawiane przed nami minimum, dostaniemy zwrot kosztów.
– Poza kosztami udziału w regatach, przelotami, transportem łódki, zakwaterowaniem, dość kosztowne jest też utrzymanie i naprawa sprzętu. Na to też zbieracie fundusze?
– Tak. Liny, kabestany, pianki – to wszystko kosztuje, a nie są one objęte finansowaniem z PZŻ. Te rzeczy mają niebagatelny wpływ na prędkość łódki i efektywność żeglugi oraz komfort pracy. Na naszym poziomie nie możemy pozwolić sobie na oszczędzanie przy zakupie linek do genakera. 25 metrów linki po 25 złotych za metr. A musimy mieć drugą taka samą na zapas. No i właśnie między innymi na to potrzebujemy pieniędzy z zewnątrz.
– W internecie chcieliście zebrać 150 tysięcy złotych. Internauci byli gotowi przekazać około 30 tysięcy. Uda się wam zebrać od sponsorów choćby część zaplanowanej sumy?
– Na razie, do końca roku, pozostajemy pod opieką banku, który przekazał nam 50 tysięcy. To też nie jest mało. Zamówiliśmy już nowy komplet żagli i mamy zabezpieczenie na zimę, na starty w Miami czy w Argentynie.
– Sezon dzięki temu macie bardzo długi, a właściwie niemal nieprzerwany. To powoduje logistyczne komplikacje…
– Pod koniec listopada kończymy regaty w Buenos Aires, a już w styczniu chcemy startować w Stanach. W tym czasie łódka musi trafić z jednego kontynentu na drugi. Wiele wskazuje na to, że pojedziemy tam z ramienia PZŻ, ale i tak jesteśmy finansowo zabezpieczeni.
– Bez finansowej pomocy PZŻ nie dotarlibyście tak wysoko w rywalizacji sportowej?
– Jesteśmy w okresie przygotowawczym do igrzysk, pływamy na poziomie mistrzowskim i mamy tego świadomość. Na tym etapie liczy się każda złotówka. Kasa szybko się rozpływa, a 49er to klasa dość droga. Polski Związek Żeglarski daje nam naprawdę dużo. W Europie to jest zorganizowane inaczej. Nie ma takiego instytucjonalnego wsparcia. Z drugiej strony, tam są inne stawki zarobków. W Niemczech landy przekazują pieniądze klubom, a kluby finansują poszczególnych zawodników. U Szwedów na ogół koszty pokrywane są z pieniędzy sponsorów. Tylko tam z kolei sponsorzy mogą sobie odpisywać darowizny od podatków.
– Ubiegacie się o nominację olimpijską. Tymczasem walka w polskiej kadrze jest wciąż nierozstrzygnięta.
– Jedynym pewniakiem jest Kacper Ziemiński na Laserze. Co do reszty, to wielka niewiadoma. Nie możemy jednak o tym teraz myśleć. Skupiamy się na przygotowaniach i na tym, by jak najlepiej wypaść na najważniejszych imprezach. W najbliższym czasie lecimy do Buenos Aires. Będziemy tam trenować na akwenie mistrzostw świata z ludźmi z pierwszej dwudziestki światowego rankingu. Co ważne, ci najlepsi chcą z nami trenować, pytają o nasz kalendarz treningów. Szkoda, że jeszcze do Polski nie chcą przyjeżdżać, ale może z czasem… W Argentynie będziemy dwa tygodnie, potem wracamy na dziesięć dni i lecimy na sześć dni przed mistrzostwami, żeby jeszcze coś poprawić. Będziemy więc mocno zapracowani. A w przyszłym roku czekają nas miedzy innymi regaty w Miami i na Majorce. W Miami niektóre reprezentacje narodowe mają swoje eliminacje do igrzysk. Niemcy, Brytyjczycy – warto tam być i zmierzyć się z nimi.
– Działacie według pewnego schematu – jest impreza w jakimś zakątku ziemi, a wy przyjeżdżacie do tego miejsca przynajmniej raz, bywa że na długo przed startem w tych konkretnych zawodach. Rozpoznajecie teren?
– Zdecydowanie tak. To konieczne i bardzo przydatne. Tę metodę zawdzięczamy naszemu trenerowi, który jest bardzo doświadczonym szkoleniowcem i byłym zawodnikiem. Przed imprezą robimy zwiad, wyciągamy z terenu maksymalnie dużo informacji. Na przykład w Porto taki wyjazd bardzo nam się przydał, bo tam są duże pływy. Mogliśmy je poznać, dostosować nasz plan do warunków panujących na miejscu.
– W staraniach o olimpijski awans rywalizujecie z kolegami z kadry. Czujecie presję i dyskomfort tej sytuacji?
– Nie jest tak źle. Na treningach docieramy się, trenujemy w grupie sześciu łódek na ciasnej trasie z dużą liczba manewrów. Liczymy tutaj każde metry, a wszystkie manewry dopracowujemy do perfekcji. Krótka trasa wymusza ich wiele, a te powodują sytuacje protestowe, które trzeba przewidywać i wiedzieć jak postępować Ale nikt nie robi z tego problemu. Na lądzie nie ma rywalizacji między nami. Na pierwsze zgrupowanie jedziemy razem, mieszkamy razem. Podczas regat z kolei, będziemy mieszkać oddzielnie, ponieważ uważamy to za lepsze rozwiązanie, biorąc pod uwagę rangę imprezy.
– A jak oceniasz wasze przygotowanie do warunków panujących w Rio, na Zatoce Guanabara?
– W każdych warunkach i w każdej sytuacji musimy pływać na odpowiednim poziomie. Jednak trasy zlokalizowane poza Zatoką Guanabara wymagają wysokiej formy fizycznej i opanowania łódki. Fala z oceanu jest naprawdę spora. Przygotowujemy się na nieduży wiatr. Regaty preolimpijskie rozegrane były dokładnie rok przed igrzyskami. O tej porze roku średnia wiatru to mniej więcej dziesięć węzłów w samej zatoce. Za to na zewnątrz dochodzi do dwudziestu pięciu węzłów. Góry otaczające miasto i zatokę powodują dziwny kocioł termiczny. Żadna prognoza nie jest w stanie przewidzieć co i jak. Tylko prognozy z oceanu, spoza zatoki się sprawdzają.
Minusem w Rio będzie też lokalizacja wioski olimpijskiej – jakieś czterdzieści kilometrów od akwenu. Gdyby udało się nam zakwalifikować do igrzysk, prawdopodobnie będziemy mieszkać gdzieś bliżej, razem ze sztabem trenerskim. To są najważniejsze zawody w życiu, a my jesteśmy nauczeni minimalizować ryzyko. Wykluczamy kontuzje spowodowane innym sportem niż żeglarstwo, więc i chcemy też być jak najbliżej miejsca akcji, wykluczając nieprzewidziane sytuacje.
– Wróćmy jeszcze na koniec do finansów. Nie zebraliście stu pięćdziesięciu tysięcy, ale wspiera was mBank. Jak długo potrwa to wsparcie?
– Do końca 2016 roku. Na razie mamy wspomniane fundusze do końca 2015 roku. Potem będziemy rozmawiać o dalszej współpracy. Jesteśmy dobrej myśli. Ten bank na ogół finansuje projekty związane z branża inżynierską, naukami ścisłymi, a nam udało się jakoś przekonać ich do siebie. My jesteśmy zadowoleni z tej współpracy i oni chyba nie żałują.


