< Powrót
29
marca 2017
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
arch. Zbigniewa Gutkowskiego

Zbigniew Gutkowski: W tym roku wrócę na wodę

Miał pobić rekord Henryka Jaskuły, który samotnie opłynął świat w ciągu 178 dni, ale z powodu awarii kilu rejs rozpoczęty w portugalskim Cascaism zakończył w RPA. Zbigniew Gutkowski opowiada o przygotowaniach i przebiegu samotnej wyprawy dookoła świata oraz nieudanych planach startu w Vendee Globe.

– W 2015 roku zapowiedział pan chęć startu w Vendee Globe w 2016 roku. Dlaczego to się nie udało?

– Nie jest tajemnicą, że żeglarstwo oceaniczne na najwyższym poziomie jest jednym z najdroższych sportów na świecie. Nie każdy zawodnik, szczególnie jeśli pochodzi z kraju o mniejszych tradycjach żeglarskich, ma szansę, aby realizować nawet najbardziej ambitne cele. Miałem to szczęście, że jako pierwszy Polak w historii stanąłem w 2012 r. na starcie tych legendarnych regat. Rok temu zabrakło mnie w elicie, ponieważ nie chciałem walczyć o przetrwanie, a realnie o jak najlepszą lokatę. W żeglarstwie oceanicznym trwa nieustający wyścig zbrojeń, prym w nim wiodą Francuzi, którzy mają niemal nieograniczone wsparcie z budżetu państwa. U nas sytuacja wygląda zdecydowanie inaczej, a ja jestem na tyle ambitny, że nie akceptuję półśrodków. Start dla samego startu nie stanowi dla mnie satysfakcji, ale mam nadzieję, że w przyszłości powtórzę wyczyn sprzed pięciu lat i będę miał okazję osiągnąć jak najlepszy wynik.

– Kiedy pojawił się pomysł opłynięcia świata solo non stop?

– Ten pomysł kiełkował we mnie od dłuższego czasu. Brakowało mi pływania na dużych akwenach, dlatego zdecydowałem się podjąć wyzwanie i po raz kolejny przepłynąć świat.

– Jak się pan przygotowywał?

– Przygotowania żeglarza do rejsu oceanicznego różnią się od przygotowań żeglarza z kadry olimpijskiej. Nie musi dbać o dietę, a wręcz przeciwnie, powinien nabrać masy. Ocean to bardzo zła „kochanka”, wysysa z żeglarza ile się da. Przed startem bardzo dokładnie sprawdziłem sprzęt, w szczególności komputery nawigacyjne, apteczki i wyposażenie. Przez kilka miesięcy kompletowałem wymagane wyposażenie. Zdecydowanie większe znaczenie miało jednak nastawienie mentalne.

– Wypłynął pan z Gdańska po cichu, bez rozgłosu. Dlaczego?

– Wraz z zespołem Polish Ocean Racing podjęliśmy decyzję, że koncentrujemy się wyłącznie na rejsie, odpowiednim przygotowaniu sportowym oraz technicznym. Nie chcieliśmy robić wokół szumu medialnego, a czerpać radość z pływania i  przygotowań do startu. Można powiedzieć, że poniekąd wróciłem do korzeni, kiedy najważniejszy był rezultat, satysfakcja z udanego występu, a nie splendor czy niepotrzebna otoczka. Maksimum wysiłku włożyliśmy w przygotowania, dlatego na późniejszym etapie tym bardziej potrzebowaliśmy spokoju.

– Jak „Globe” spisywał się podczas rejsu?

– Doskonale, do momentu awarii kilu. Utrzymywałem bardzo dobre tempo, warunki pogodowe były sprzyjające, dlatego tym bardziej żałuję, że musiałem przerwać rejs. Nie byłem w stanie samodzielnie poradzić sobie z usterką na wodzie, więc zdecydowałem się przycumować do brzegu. Nie składam jednak broni i zapewniam, że wrócę jeszcze silniejszy.

– Jak doszło do awarii?

– Zauważyłem luzy w systemie uchylnego kilu. Próby naprawy zakończyły się niepowodzeniem, ponieważ sama konstrukcja jest bardzo ciężka i nie da się jej zregenerować siłą ludzkich mięśni. Dodatkowo sytuację pogorszały warunki sztormowe. Musiałem jak najszybciej znaleźć bezpieczną przystań, ponieważ kontynuowanie rejsu mogłoby skończyć się dla mnie tragicznie. Na wodzie należy kierować się rozsądkiem. Nieprzemyślane decyzje mogą kosztować bardzo wiele.

– Można było jej zapobiec?

– Znajdowałem się w okolicach trawersu Przylądka Dobrej Nadziei. Od kiedy wypłynąłem z Portugalii, żeglowałem najlepiej jak potrafię. Taka awaria w każdym przypadku jest dla żeglarza jasnym sygnałem, że rejs musi zostać wstrzymany w trybie pilnym. Przed startem jacht przeszedł gruntowny remont. Nic nie wskazywało, że nie wytrzyma trudów rejsu. Życie napisało jednak inny scenariusz. Jest to dla mnie kolejna lekcja, z której muszę wyciągnąć pozytywne wnioski na przyszłość.

– W 2015 roku zapowiadał Pan, że w ramach przygotowań do Vendee Globe do jachtu zostanie kupiony nowy kil. Udało się?

– Zupełnie nowy kil był w planach w przypadku startu w Vendee Globe. Stało się jednak inaczej, dlatego musiałem bazować m.in. na sprzęcie, który miałem do dyspozycji. Należy pamiętać, że „Globe” to bardzo zasłużona jednostka, która ma za sobą wiele wyścigów oceanicznych. Jej reaktywacja nie zakładała jednak stworzenia zupełnie nowego jachtu. Remont był dostosowany do naszych realnych możliwości.

– Jakie naprawy przeszedł jacht w RPA?

– Poza naprawą kilu, pozostałe działania były kosmetyczne. „Globe” nie wymagał gruntownej regeneracji, ponieważ był bezbłędnie przygotowany do startu.

– Podczas powrotu do Gdańska nie było problemów?

– Jacht spisywał się bez zarzutu. W drodze powrotnej miałem wsparcie dwóch doświadczonych żeglarzy – Tomasza Siekierko i Michała Strusińskiego – dlatego podróż minęła szybko i przyjemnie. Ponadto każdy z nas miał czas na odpowiednią regenerację. Wsparcie zespołu okazało się bezcenne, za co chciałbym chłopakom bardzo serdecznie podziękować.

– Jakie ma pan plany na najbliższy czas?

– Chciałbym spędzić trochę czasu z rodziną, ponieważ poza domem byłem ponad trzy miesiące. Nie planuję jednak dłuższej przerwy od sportu, już wkrótce czekają mnie nowe wyzwania. Myślę, że wrócę na wodę jeszcze w tym roku.

– Jest pan czwartym żeglarzem, po Tomaszu Cichockim, Grzegorzu Węgrzynie i Bartłomieju Czarcińskim, któremu w ostatnich dwóch latach nie udało się okrążyć ziemi w rejsie solo non stop. Nad polskim żeglarstwem wisi jakieś fatum?

– Każdemu z nas zabrakło trochę szczęścia, ale na pewno nie umiejętności. Wszyscy musimy docenić historyczny rekord Polski Henryka Jaskuły i podchodzić do niego z odpowiednim respektem, mimo że technologia poszła bardzo do przodu. Nad polskim żeglarstwem nie wisi jednak żadne fatum. Sport olimpijski w naszym wykonaniu jest na wysokim poziomie. Prawdziwe wyzwanie stanowi jednak żeglarstwo oceaniczne. Jeśli chcemy kiedyś wrócić do prawdziwej elity, założenia strategiczne muszą przejść doraźne zmiany. W przeciwnym razie, próżno będzie szukać polskich żeglarzy na takich imprezach, jak Vendee Globe, Barcelona World Race czy Transat Jacques Vabre.

Zbigniew Gutkowski, ur. 24 czerwca 1973 roku w Gdańsku, polski żeglarz regatowy. W latach 2000-2001 był kapitanem wachtowym na jachcie „Warta Polpharma”, który zajął czwarte miejsce w wokółziemskich regatach „The Race”. W 2004 roku podjął nieudaną próbę opłynięcia świata w rejsie solo non-stop. W 2011 roku zajął II miejsce w regatach „Velux 5 Oceans”. Rok później jako pierwszy Polak wystartował w Vendee Globe.

Co myślisz o tym artykule?
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0

PODZIEL SIĘ OPINIĄ