< Powrót
18
maja 2017
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
Jędrzej Szerle

Zdzisław Staniul: Czas na zdobywanie medali

W ubiegłym tygodniu podopieczne Zdzisława Staniula, Agnieszka Skrzypulec i Jolanta Ogar, zdobyły brązowy medal w klasie 470. Pytamy trenera o niespodziewany powrót Jolanty Ogar do kadry, trudne warunki w Monako i plany na ten sezon.

– Brązowy medal Agnieszki Skrzypulec i Jolanty Ogar to największe osiągnięcie polskiej klasy 470?

– W klasie 470 siedzę od początku lat 80. i poza brązowymi medalami mistrzostw Europy Leona Wróbla i Tomka Stockiego oraz mistrzostw świata Tomka Stańczyka i Tomka Jakubiaka, nie przypominam sobie, żeby były jakieś lepsze osiągnięcia. A na pewno jest to pierwszy medal kobiet.

– W jakich okolicznościach Jolanta Ogar dołączyła do Agnieszki Skrzypulec w miejsce kontuzjowanej Irminy Mrózek Gliszczynskiej?

– W grudniu, wiedząc, że Jola zakończyła pływanie w Austrii, zadzwoniłem do niej i poprosiłem, żeby przyjechała do nas na regaty w charakterze konsultantki. Początkowo miała pływać ze mną na motorówce, ale rehabilitacja Irminy się przedłużała, więc pomyślałem, żeby towarzyszyła Agnieszce na łódce, a później, żeby wystartowały razem w Pucharze Księżniczki Zofii. Dziewczyny świetnie się rozumiały, więc pojechaliśmy na mistrzostwa Europy.

– Agnieszka i Jolanta już kiedyś – od 2009 do 2012 roku – wspólnie pływały. Widać to było na wodzie?

– Teraz, po ponad czterech latach, to są zupełnie inne zawodniczki. Obie zdobyły wiele umiejętności, wydoroślały i są bardziej profesjonalne. Każda wiedziała co ma robić, potrzebowały tylko czasu na doszlifowanie detali. Szybko stały się zgraną załogą.

– I pokazały formę już podczas Pucharu Księżniczki Zofii. Czy w związku z tym spodziewał się pan tak dobrego rezultatu na mistrzostwach Europy?

– Od wielu lat pracuję z Agnieszką, więc wiedziałem, jaki ma poziom umiejętności. Z kolei Jola jest jedną z najlepszych załogantek na świecie, co pokazała zdobywając medale w Austrii. Martwiło mnie tylko, że dziewczyny od Pucharu Księżniczki Zofii nie siedziały ponad miesiąc na łódce. Szczęśliwie sobie poradziły, choć same mówią, że do pełni formy trochę im brakuje.

– Cykl treningowy nie był chyba nastawiony na te mistrzostwa?

– Wszystko dlatego, że wystartowała załoga „sklejona” – załogantką Agnieszki jest Irmina Mrózek Gliszczynska, która dopiero 10 dni temu dostała zgodę na pływanie. Po igrzyskach w Rio dziewczyny startowały tylko we wrześniu w mistrzostwach Polski, a potem miały bardzo długą przerwę. Jako trener byłem i wciąż jestem tym zaniepokojony, bo dopiero teraz zaczniemy normalny cykl treningowy. Zależało nam na wyniku w mistrzostwach Europy, bo dzięki temu dziewczyny będą miały stypendium, klasa będzie miała lepsze finansowanie – to ważne, żeby na początku okresu olimpijskiego mieć zagwarantowanie wsparcie, bo bez tego nie będzie można prowadzić normalnych działań.

– Jak przebiegały mistrzostwa w Monako?

– Monako nie słynie z najlepszych warunków wietrznych i regaty upływały na bardzo długim czekaniu na silniejszy lub słabszy wiatr. Nie przypominam sobie drugich takich regat. Były też inne utrudnienia – zazwyczaj flota jest podzielona na dwie grupy, dzięki czemu przy starcie bardziej liczy się technika, a mniejszy wpływ na wynik ma przypadek. W Monako była jedna, duża grupa, przez co losowe wydarzenia mocno wpływały na rezultaty. W związku z tym, że dziewczyny nie były super przygotowane, nie miały najlepszych startów i ciężko było dogonić czołówkę. Generalnie jednak równe, stabilne pływanie pozwoliło na zdobycie medalu. A gdyby brać pod uwagę również jeden odrzucony wyścig z najgorszym wynikiem (dziewczyny były 18 na 41 zawodniczek), nasz team byłby pierwszy.

– W czwartek nasza załoga była pierwsza w klasyfikacji. Nie żal trochę, że nie udało się tego miejsca utrzymać?

– Każdego dnia można było płynąć lepiej, nie tylko w piątek. Z drugiej strony w pewnym momencie dziewczyny były drugie, mając tyle samo punktów co Holenderki. I gdyby takim wynikiem regaty się zakończyły, o włos od złota, to byłyby bardziej nieszczęśliwe niż z tą trzecią lokatą.

– Jak wygląda przyszłość teamu?

– Dzisiaj (we wtorek 16 maja – JS) zaczynamy pływać z Irminą, która wraca do Agnieszki. Nie mamy jeszcze konkretnego planu odnośnie Joli, ale będę chciał, żeby została z nami. Są też młode zawodniczki, które przyszły z klasy 420, więc może uda się stworzyć nową załogę.

– Jaka jest na to szansa?

– Próbuję wciągnąć do teamu Julkę Szmit i Hanię Dzik, ale idzie to na razie ciężko. Wierzę jednak, że zakończy się sukcesem i dziewczyny dołączą do nas. Chciałbym, żeby w przyszłości współpracowały z nami załogi męskie.

– Jakie imprezy czekają nasze 470 w tym sezonie?

– W lipcu w Salonikach są mistrzostwa świata i najbliższy okres poświęcimy na jak najlepsze przygotowanie do tej imprezy. Zastanawiamy się nad występem w finale Pucharu Świata w Santander na początku czerwca, a wcześniej – jeszcze Agnieszka z Jolantą – popłyną w Pucharze PZŻ w Krynicy Morskiej. Bierzemy też pod uwagę Kieler Woche w końcu czerwca.

– A po mistrzostwach świata?

– W drugiej części sezonu bardzo mocno przyłożymy się do treningów. Zależy nam, żeby dobrze wejść w 2018 rok, w którym odbędą się już eliminacje do igrzysk olimpijskich w Tokio. Chcemy zdobyć kwalifikację, żeby potem się tym nie martwić, tylko myśleć wyłącznie o igrzyskach.

– W Tokio można liczyć na medal olimpijski dla klasy 470?

– Nie boimy się o tym mówić. Wcześniej dopiero pukaliśmy do wrót medalowych, ale teraz czas na ich zdobywanie.

Zdzisław Staniul, ur. 3 lutego 1965 roku, trener i były zawodnik klasy 470. Karierę żeglarską zaczął w Bazie Mrągowo, a kontynuował w Yacht Klubie Polski Gdynia. W klasie 470 z Markiem Chocianem pięć razy zdobył mistrzostwo Polski i dwukrotnie wystąpił na igrzyskach olimpijskich, w 1992 i 1996 roku. Od 2003 roku trener kadry narodowej, obecnie szkoli kadrę 470 kobiet.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ