< Powrót
6
listopada 2019
Tekst:
Dariusz Olejniczak
arktyczne

A może by tak na północ? Arktyczne rejsy (prawie) dla każdego

Jeszcze kilka lat temu żeglarska wyprawa na Spitsbergen była przedsięwzięciem drogim i trudnym do zorganizowania. Infrastruktura komunikacyjna i czarterowa niemal nie istniała, a i żeglarzy pływających po północnych akwenach nie było zbyt wielu. Dziś w ofertach komercyjnych firm zajmujących się organizacją rejsów morskich przybywa propozycji skierowanych do amatorów Arktyki.

Grenlandia, Islandia, Wyspy Owcze i Szetlandy albo Svalbard – to kierunki wciąż jeszcze mniej popularne od Adriatyku czy wysp greckich i Karaibów, jednak rosnący popyt na te kierunki zwrócił uwagę firm czarterowych. O przyczyny tego trendu spytaliśmy u źródeł, czyli ludzi organizujących takie rejsy i znających rejony północne jak własną kieszeń.

– Żeglarzy, czy miłośników morza, którzy wolą pływanie po ciepłych, południowych akwenach chyba zawsze będzie więcej, ale tych „północnych” rzeczywiście w ostatnich latach przybywa – uważa Ryszard Wojnowski, który za wokółziemski rejs na jachcie „Lady Dana 44” otrzymał Drugą Nagrodę Honorową „Rejs Roku 2018” oraz tytuł Pomorskiego Żeglarza Roku 2018 – nagrodę im. Zygfryda Zygi Perlickiego. Podczas tej wyprawy kapitan Wojnowski prowadził „Lady Danę” w rejonie Arktyki. – Ci, którzy wybierają północ wiedzą, że tam jest ładniej, ciekawiej. Wielu z nich jeszcze tam nie było i chcą zobaczyć nowe miejsca. Są i tacy, którzy mieli okazję odwiedzić Antarktydę i chcą „do kompletu” popłynąć w Arktykę.

O tym, że polskich żeglarzy pływających po północnych akwenach przybywa przekonany jest również Maciej Sodkiewicz, doświadczony żeglarz, organizator wielu arktycznych wypraw, m.in. na Grenlandię i Spitsbergen.

– Tu nawet nie trzeba gdybać – mówi z przekonaniem. – 10 lat temu, kiedy zaczynaliśmy żeglować na północy, polskie jachty spotykaliśmy sporadycznie. Dziś w rejonie Svalbardu jest w ciągu jednego sezonu z dziesięć. I pojawiają się kolejne. Już nie wspomnę o naszym „Inatizie”, który kupiony został specjalnie do pływania po zimnych morzach, ale pływa tam „Patagonia”, pływa też „Ocean B”, „Join Us” i inne. To pływanie po Arktyce może wydawać się trudniejsze i przeznaczone dla bardziej zaawansowanych żeglarzy, ale wcale takie nie musi być. Można wybrać wersję trudną i popłynąć na wschodnią część Spitsbergenu. Tam Arktyka wciąż pokazuje pazury. Można też zrobić rejs w formie ośmiodniowej wycieczki na zachodnią część, bo i takie oferty są. Na zachodzie wyspy latem jest dość ciepło, nie ma lodu, no i robią się takie turystyczne „tramwaje”. Jedni wychodzą na ląd, drudzy wracają na pokład w ramach oferty „Spitsbegen w osiem dni”. Bardzo dużo zmieniły tanie loty. W ciągu kilku godzin możesz dolecieć z Gdańska do Oslo i stamtąd przesiąść się na samolot na Spitsbergen. Taka podróż zajmie ci pół dnia. Kiedyś to było drogie przedsięwzięcie i wcale nie było łatwo znaleźć połączenie lotnicze z Polski, a potem jacht, którym popłynie się w rejs po archipelagu. Teraz rozbudowuje się infrastruktura żeglarska. W ostatnim czasie powstały na Spitsbergenie cztery pływające keje. A skoro jest tani i łatwy dostęp do danego miejsca i skoro baza turystyczna skierowana do żeglarzy się rozwija, to i zainteresowanie archipelagiem rośnie.

Według Michała Serzysko z firmy SailCamp żeglarze pływający na północ, znacznie bardziej od słońca i wypoczynku cenią sobie walor eksploracyjny i przygodowy żeglarstwa.

– Takich ludzi może nie przybywa, przynajmniej my nie odnotowujemy zwiększonego popytu na rejsy arktyczne, ale stanowią oni społeczność, która co roku powraca w rejony bieguna północnego. To poszukiwacze przygód. Po Morzu Śródziemnym czy na Karaibach pływają ci, którzy traktują żeglarstwo jako wakacyjny wypoczynek.

Marcin Górski z firmy Blue Log organizuje rejsy na jachcie „Patagonia”. On, podobnie jak kapitan Sodkiewicz wspomina swoje pierwsze rejsy na Spitsbergen, kiedy zorganizowanie takiego przedsięwzięcia wymagało nakładu sił i środków znacznie przewyższających dzisiejsze standardy i koszty.

– Wtedy chcąc popłynąć na północ musieliśmy z przyjaciółmi wszystko sami zorganizować – mówi żeglarz. – Musieliśmy między innymi znaleźć jacht w Norwegii, który będzie można wyczarterować na taki rejs. Szukaliśmy trochę na chybił trafił, bo takich ofert turystycznych prawie nie było. Dziś, można zamówić wszystko nie wychodząc z domu przez internet. Nie trzeba nawet szukać wśród zagranicznych ofert, bo na miejscu są polskie jachty. Ci, którzy decydują się na taki rejs, to z reguły żeglarze znudzeni Chorwacją i Grecją. Chcą poczuć większy dreszczyk emocji i dotrzeć do miejsc, do których zwykle się nie pływa. Ludzie są coraz ciekawsi świata i maja coraz więcej możliwości zaspokajania tej ciekawości.

Czy każdy poradzi sobie w trudnych arktycznych warunkach, czy arktyczne rejsy są dla każdego? Niekoniecznie. Michał Serzysko mówi, że uczestnicy jego rejsów to ludzie, którzy mają przynajmniej bałtyckie doświadczenie. Na Bałtyku zdobywali pierwsze żeglarskie szlify, a dopiero potem postanowili spróbować przygody na północy. Z kolei Marcin Górski deklaruje, że w organizowanych przez niego wyprawach nie mogą brać udziału nowicjusze.

– To muszą być doświadczeni żeglarze – mówi. – Tam jest jednak chłodniej. Pracujemy w trybie standardowych wacht, sterówka jest półzamknięta, więc nie każdy sobie poradzi w takich warunkach.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ