< Powrót
23
kwietnia 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Justyny Gardyjas
Justyna Gardyjas
Justyna Gardyjas przy pracy.

Justyna Gardyjas: Do stereotypów już się przyzwyczaiłam

Swoje życie dzieli między Mazury i Śląsk. Teraz zacumowała w Wyszowatych na Mazurach, ale już planuje zmianę portu macierzystego. 31-letnia Justyna Gardyjas jest jedną z nielicznych w naszym kraju kobiet wykonujących tradycyjnie uznawaną za męską profesję, czyli szkutnictwo. Równocześnie jest pełnoetatową mamą dwóch córek, Marii i Heleny.

– Jak to się stało, że postanowiła pani spróbować swoich sił w tym zawodzie?

– W pewnym sensie ten zawód wybrał mnie. Każdy w swoim życiu ma chwile, kiedy musi coś zmienić, kiedy wszystko co możliwe wali się na łeb na szyję. W takim właśnie momencie zamknęłam się w warsztacie i zaczęłam pracować fizycznie. Wcześniej byłam panią prezes dużej firmy budowlanej, pracowałam w międzynarodowej  korporacji i prowadziłam własną działalność gospodarczą. Te wszystkie doświadczenia przydały się w prowadzeniu kolejnego biznesu, ale warsztatu szkutniczego musiałam nauczyć się sama. Uczyłam się metodą prób i błędów, chyba nie muszę wspominać ile mnie to kosztowało. Najgorsza była nauka szpachlowania – straciłam wiele dni na szlifowanie tego co nałożyłam. Równocześnie odbyłam kilka szkoleń z technik renowacji drewna, tapicerek, pracy z detalami i oklejania jachtów. Od trzech lat prowadzę samodzielny warsztat. To moje jedyne źródło utrzymania i główne zajęcie. Od tego roku zajmuję się również produkcją małych motorówek, które z powodzeniem sprzedaję do Niemiec i Holandii.

– Musiała pani postawić wszystko na jedna kartę, na początku chyba łatwo nie było?

– Początki zawsze są trudne, ale klienci sami się do mnie odezwali, nie zabiegałam o nich. Po prostu robię dobrą robotę, pokazuję ją i potem samo już się wszystko układa.

– Jachtów z drewna pani nie buduje, ale potrafi pani zrobić ze starego wraku perełkę, czym konkretnie się pani zajmuje?

– Moja specjalizacja to  naprawa powypadkowych motorówek, zazwyczaj z USA. Odtwarzam laminaty, naprawiam denne części kadłuba. Drugą specjalizacją jest zmiana wizerunku łodzi. Z mało atrakcyjnej łódki jestem w stanie zrobić piękny jacht. Dobieram nowe tapicerki, pokrowce, poleruję, oklejam folią. Projektuję też i montuję wykończenia ze stali nierdzewnej. Każda łódź w ten sposób staje się niepowtarzalnym projektem. Potrafię wykonać motorówkę od odlewu z formy po montaż okuć.

– Pływać też pani woli motorówką, czy może jednak pod żaglami?

– Na co dzień żyję spokojnie, zatem potrzebuję emocji na wodzie. Uwielbiam ryk mocnego silnika i szybkość.

– Łatwo jest kobiecie w tej branży?

– Powiem szczerze, że życie szkutniczki nie jest łatwe.  Po raz kolejny spotykam się ze stereotypami, tym razem w moim nowym zawodzie. Jestem już do tego przyzwyczajona. Pracowałam w branżach, w których zawsze mnie to spotykało. Jednak w tym sektorze to bardzo trudne, kiedy na każdym kroku muszę udowadniać, że wykonuję pracę sama, nie z mężem. A do tego mogę mieć przy tej pracy zrobione paznokcie hybrydowe. Myślę, że o wiele więcej wybacza się też mężczyznom niż kobietom.

Jedna z odremontowanych przez Justynę Gardyjas łodzi.

– Wiem, że szuka pani hangaru do wynajęcia w Chorwacji żeby tam przenieść swoją działalność, dlaczego akurat Chorwacja?

– Czuję, że Polska jest już dla mnie za ciasna stąd pomysł na warsztat w Chorwacji. To mój kolejny projekt, który chcę zrealizować. Mam już dwie firmy wstępnie zainteresowane współpracą. Szukam też ciekawych propozycji związanych z nowatorskimi projektami. Mam „cygańską” duszę. Nie lubię siedzieć w jednym miejscu i kocham zmiany.

– Czy w Chorwacji kobiety zajmujące się budową i renowacją łódek mają łatwiejsze życie niż w Polsce?

– W Chorwacji jest pod tym względem jeszcze gorzej niż u nas, ale świata sama nie zmienię, mogę tylko próbować. Poza tym jest cieplej, a to już ważny argument! Wierzę, że uda mi się zrealizować plany. W życiu mam tak, że jak czegoś chcę, to spotykam właściwych ludzi, którzy mają podobne cele do moich.

– Tak będzie i tym razem?

– Lubię się zbrudzić, lubię pracować sama, to mnie odstresowuje. Równocześnie daje siłę i wiarę, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jeśli na początku coś wydaje się nie do zrobienia, to tylko kwestia czasu, żeby pokonać przeciwności! Poza tym to kwestia odwagi. Bez strachu nie ma odwagi. Ja się boję ale działam! Jak mówi szyld w Las Vegas „trzeba być obecnym, aby wygrać”. Ja czasem wygrywam, a czasem przegrywam, ale jestem.