< Powrót
7
października 2020
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
Mirek Olszak/Pogoria.pl
Maciej Polański
Maciej Polański prowadzący rejs „Pogorii” na Morzu Śródziemnym.

Maciej Polański: Intensywny sezon dla SAR

Choć sezon żeglarski był w tym roku krótszy Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa nie miała chwili wytchnienia. O tegorocznych akcjach, wypadkach jachtów i zmianach w organizacji opowiada Maciej Polański, pracownik operacyjny Morskiego Ratowniczego Centrum Koordynacyjnego Służby SAR.

– Dobiega końca sezon żeglarski na Bałtyku. Jaki był on dla Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa?

– Ten sezon był przede wszystkim inny. Z uwagi na koronawirusa przypłynęło do nas mniej jachtów zagranicznych, a i nasi żeglarze pływali mniej. Jednostki wodowane były miesiąc później, a większość regat zaplanowanych na początek sezonu się nie odbyła i zaczęto się ścigać dopiero w okolicach czerwca. I to było widać po liczbie naszych akcji. Z drugiej strony mieliśmy bardzo dużo akcji „plażowych”, które nie są typową działalnością związaną z misją Służby SAR, czyli ratowaniem życia na morzu. Ludzie z całej Polski przyjeżdżali na plaże Wybrzeża, coś widzieli i zgłaszali to na numer ratunkowy 112 – Policję, Straż Pożarną, które kierują to do nas. Reagowaliśmy, zakładając zawsze najgorszy scenariusz – narażenia lub utraty życia.

– Czemu alarmy od plażowiczów trafiały do Służby SAR, a nie do Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, które operuje na terenach przybrzeżnych?

– WOPR pracuje w ograniczonym zakresie i jednostki miał wystawione na plażach tylko do połowy września. Teraz mają je tylko w dużych portach – m.in. w Gdyni i Sopocie. Sama procedura wygląda zaś tak, że ktoś dzwoni na numer 112 i Centrum Powiadamiania Ratunkowego automatycznie zawiadamia Policję, Straż Pożarną i WOPR. SAR jest powiadamiany przez WOPR lub przez operatora z Centrum, jeżeli uzna to za konieczne. Nie ma procedury, która nakazywałaby automatyczne informowanie także nas. Przez problemy z komunikacją zdarza się, że dowiadujemy się ostatni, ogłaszamy alarm dla Brzegowej Stacji Ratowniczej, po 15 minutach ratownicy wypływają w morze i dopływają na miejsce, gdzie okazuje się, że problem jest już rozwiązany, a osoba potrzebująca pomocy została wyciągnięta na ląd przez inną służbę. Ostatnio było tak w Świnoujściu, gdzie kobieta wpadła do kanału portowego.

– Problemem jest zatem przepływ informacji?

– Tak można stwierdzić. Ale zgodnie z misją Służby SAR de facto nie jesteśmy do wykonywania takich zadań, choć je oczywiście realizujemy. W tym roku mieliśmy sytuację, że osoba na plaży spadła z konia i złamała nogę. Karetka tam nie wjedzie i tylko my posiadamy samochody, które umożliwiają bezproblemowe przemieszczanie się w takich warunkach. Zdarzyło się też, że pomagaliśmy osobie niepełnosprawnej na wózku, która nie była w stanie wrócić z plaży po pogorszeniu warunków atmosferycznych. Na każde zgłoszenie reagujemy i staramy się pomagać w każdej sytuacji.

– Liczba akcji była w tym sezonie mniejsza niż w ubiegłym roku?

– Wręcz przeciwnie – już przekraczamy zeszłoroczne statystyki. Nasza 320 akcja w tym roku wypadła 1 października, podczas gdy rok temu tę liczbę osiągnęliśmy dopiero 10 grudnia. Oprócz wspomnianych plażowiczów są też kitesurferzy, którzy licznie przyjechali na polskie wybrzeże. Otrzymujemy sporo fałszywych zgłoszeń, jakoby kitesurfer nie mógł wrócić do brzegu – a jak ratownicy do niego dopływają, okazuje się, że jest wszystko w porządku. Choć oczywiście nie zawsze tak jest – w marcu taki sportowiec niestety nie przeżył pomimo akcji ratowniczej. Są też sytuacje prozaiczne. Na przykład w okolicach Ustki jest rurociąg od pogłębiarki, który ludzie regularnie mylą z przewróconym jachtem.

– Prawdziwe wypadki jachtów też się zdarzały?

– W tym roku był jeden poważny, kiedy w okolicach Gdyni zatonęła drewniana jednostka. Powiadomienie przyszło z telefonu komórkowego, rozmówca twierdził, że są przy wejściu do portu w Gdyni, a byli przy Orłowie. Ale śmigłowiec szybko ich odnalazł.

– Pandemia COVID-19 wpłynęła na pracę Służby SAR?

– Mieliśmy ewakuację medyczną osoby, która była chora na COVID-19. Standardem była pełna izolacja, a następnie badanie wszystkich ratowników biorących udział w takiej akcji. To była zresztą trudna sytuacja, ponieważ spuszczanie po trapach osoby ledwo przytomnej, przy wysokich burtach statku i dużym zafalowaniu, jest bardzo trudne i stanowi narażenie także życia ratowników.

– Od grudnia ubiegłego roku Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa może za cenę zwrotu kosztów akcji uczestniczyć w ratowaniu mienia. Wiele było takich interwencji?

– Takich akcji było kilkanaście. Zazwyczaj pomagaliśmy w przypadku awarii steru, ściągaliśmy jednostki z mielizn. Część dotyczyła też jachtów motorowych, którym zabrakło paliwa lub zepsuł się silnik. Wysokość stawek jest różna, w zależności od jednostki udzielającej pomocy, warunków pogodowych i charakteru akcji, i wynosi od kilkuset do tysiąca złotych za godzinę.

– Rząd pracuje nad ustawą o bezpieczeństwie morskim, która bardzo wpłynie na organizację Służby SAR. Z czego wynikają zmiany i jak będą wyglądały?

– Sytuacja rozpoczęła się w momencie zakończenia działalności Witowo Radio w grudniu zeszłego roku. W jego miejsce powstało Polish Rescue Radio, które nie zostało podporządkowane Morskiej Służbie Poszukiwania i Ratownictwa, tylko Urzędowi Morskiemu w Gdyni. Doszło do rozdwojenia działalności – łączność podlega pod Urząd Morski w Gdyni, a czynności ratownicze wykonuje Służba SAR. Z tego powodu pojawił się pomysł, żeby również Służbę SAR włączyć do struktur urzędów morskich. Jest to sposób na centralizację instytucji morskich, co nie jest samo w sobie złe, ponieważ oszczędza się na administracji i księgowości. Nie wiadomo jednak, czy usprawni to działanie Służby SAR, która przede wszystkim potrzebuje nowych jednostek. Przy tworzeniu ustawy były zbierane opinie, które także i my wystosowaliśmy. Mamy nadzieję, że zostaną one uwzględnione. Zresztą nieznany jest też ostateczny kształt ustawy, ponieważ nie wiemy do końca, komu organizacyjnie podlegać będą Służba SAR i urzędy morskie po zmianach w rządzie.

Maciej PolańskiMaciej Polański, kapitan jachtowy i motorowodny, sędzia, instruktor i trener sportowy. Wieloletni członek Zarządu Pomorskiego Związku Żeglarskiego i członek Komisji Żeglarstwa Morskiego Polskiego Związku Żeglarskiego. Związany z Jacht Klubem Marynarki Wojennej Kotwica i Centrum Sportów Wodnych Opty Ustka. Multimedalista Morskich Żeglarskich Mistrzostw Polski IMS i ORC, wicemistrz Europy w klasie Skippi 650. Kmdr ppor. rezerwy. Przez pięć lat pracował jako pracownik operacyjny ratownictwa Marynarki Wojennej, a od trzech lat pracuje jako pracownik operacyjny Morskiego Ratowniczego Centrum Koordynacyjnego Służby SAR.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ