< Powrót
5
października 2016
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Macieja Sodkiewicza
arktyczne

Maciej Sodkiewicz: Chcę wrócić na Grenlandię

Kapitan Maciej Sodkiewicz znany jest przede wszystkim z żeglarskich wypraw w najbardziej niedostępne, północne rejony Ziemi. Podczas jednej z tegorocznych ponownie odwiedził Grenlandię. Tym razem jednak był to rejs inny niż dotychczasowe…

W poprzednich latach kapitan Sodkiewicz dotarł m.in. do Ziemi Franciszka Józefa, na Spitsbergen, północną Islandię i Grenlandię. W ubiegłym roku jachtem „Barlovento II”, na pełnym zestawie żagli i bez używania silnika, wspólnie z załogą dopłynął bez wmarzania w lód na wysokość 82°37’N. Za ten wyczyn został nagrodzony Drugą Nagrodą Honorową „Rejs Roku 2015”. Tegoroczna wyprawa miała znacznie spokojniejsze tempo i nastawiona była przede wszystkim na poznawanie ludzi zamieszkujących wschodnie wybrzeże wyspy, ich kultury i życia codziennego.

– Skąd pomysł na taka wyprawę?

– We wszystkich poprzednich ścigaliśmy się z lodem i czasem. Brakowało chwili wytchnienia, by poznać kulturę Inuitów, dowiedzieć się czegoś więcej o ich życiu. Rok temu osiągnęliśmy cel, przywieźliśmy arktyczny rekord świata, ale pozostał niedosyt kontaktów z ludźmi mieszkającymi w Arktyce. Postanowiliśmy, że kolejna wyprawa będzie spokojniejsza. Daliśmy sobie czas, opracowałem niezbyt napięty grafik, właśnie po to, żeby dotrzeć do skupisk ludzi, małych osad na wschodnim wybrzeżu Grenlandii.

– I udało się ten cel zrealizować…

– Tak. Trafiliśmy na bardzo dobre wiatry, mieliśmy idealne okienko pogodowe. Dotarliśmy na miejsce szybko i spędziliśmy na Grenlandii prawie dwa tygodnie, żeglując od osady do osady. Odwiedziliśmy pięć osad inuickich. Oddalone są od siebie o kilkadziesiąt mil, a w sumie mieszka tam około trzech tysięcy ludzi.

– Czyli tym razem była to podróż bardziej nastawiona na dotarcie do konkretnego miejsca na stałym lądzie, a nie poznawanie świata z pokładu jachtu?

– Chcieliśmy spędzić jak najwięcej czasu na lądzie. Kiedy dociera się do wioski inuickiej, pierwszego dnia jej mieszkańcy traktują cię jak zwykłego, spieszącego się dokądś turystę. Nikt na ciebie nie zwraca uwagi, ludzie chowają się po domach i nie chcą z tobą gadać. Dopiero następnego dnia, kiedy obudzą się, wyjrzą przez okno i zobaczą, że jacht nadal stoi, a my kręcimy się po okolicy, zaczną się przyzwyczajać. Trzeba wrosnąć w krajobraz.

– Od czego zaczęliście pobyt na Grenlandii?

– Na początek zacumowaliśmy przy nabrzeżu w stolicy wschodniej części wyspy. To największa miejscowość w tym rejonie, ale nie ma tam na przykład lotniska, bo ukształtowanie terenu kompletnie temu nie sprzyja. Lotnisko jest w innym miejscu, zresztą jedyne w całym regionie. Gdzieniegdzie są lądowiska dla helikopterów, ale przeważnie ludzie przemieszczają się łodziami. Latem transport jest trudny, więc Inuici podróżują mało. Polują głównie zimą, przemieszczając się na skuterach śnieżnych, a przede wszystkim psimi zaprzęgami. Zresztą jachty też nie mają łatwo. To skaliste, strome wybrzeże, woda osiąga różną głębokość, nie wszędzie można zakotwiczyć. Portów nie ma wcale, oprócz niewielkiego nabrzeża w Tasillaqu.

– Tamtejsza stolica chyba nie przypomina znanych nam powszechnie metropolii europejskich?

– Zupełnie nie. Są tam dwa sklepy, jedna restauracja wielkości osiedlowej pizzerii i serwuje się w niej właśnie pizzę. Jest jeden bar czynny w weekendy, ale podaje się tam tylko słabe alkohole, piwo i wino, bo metabolizm Inuitów nie pozwala im na przyjmowanie mocniejszych trunków. Najbardziej zaskoczyło nas jednak to, że w domach nie ma wodociągów z bieżącą wodą. W miejscowości jest jeden tak zwany dom komunalny, w którym jest świetlica i kwitnie życie towarzyskie, w tym samym budynku jest pralnia i prysznice. Kapać można się trzy razy w tygodniu, w poniedziałek, środę i piątek.

– Chyba nie bardzo jest co robić w takim miejscu?

– Wydawać by się mogło, że nie, ale lokalna społeczność chyba na nudę nie narzeka. Zawsze może zdarzyć się coś ciekawego. Drugiego dnia postoju zobaczyliśmy myśliwych niosących skrzynie z foczymi skórami. Zagadaliśmy do nich, trochę po duńsku, trochę po angielsku, który jest tam słabo znany, bo to dopiero trzeci język jakiego się uczą. Główny jest grenlandzki, potem duński. Okazało się, że myśliwi wracali z polowania na foki. Wyjaśnili nam, że lato nie jest najlepszym okresem polowań na te zwierzęta, bo zimą futro foki jest dużo grubsze i cieplejsze. Łatwiej polować na foki z lodu wiercąc przeręble. Mięso fok upolowanych w lecie głównie przeznaczane jest na karmę dla psów. A zabite foki, których mięsa i skóry nie wykorzysta się od razu, przywiązuje się za płetwę ogonową liną, a następnie trzyma na dnie portu i ten zapas czeka w wodzie na swoją kolej.

– Nic się nie zmarnuje?

– Nie ma takiej możliwości. Na wschodniej Grenlandii nie rośnie żadna roślinność, więc oni tam niczego nie hodują. Nie uprawiają warzyw, zbóż. Żywią się tylko tym, co daje im morze. No i tym, co kupią w sklepie. A towar do sklepu dostarczają statki. Z tym, że tam przez osiem miesięcy w roku wszystko jest skute lodem. Pierwszy statek przypływa w czerwcu, a ostatni we wrześniu. O ile pogoda pozwoli. Robi się zapasy, składa w magazynie i musi to wystarczyć do następnego sezonu letniego. Ale z reguły nie wystarcza.

– Jak ludzie sobie radzą w takich niesprzyjających warunkach?

– Nauczyli się szanować to, co daje morze. Wiedzą, że to co upolują, musi być wykorzystane do maksimum. Mięso zjadają, tłuszcz przerabiają, z kości robią ozdoby, z foczych skór okrycia. Mieliśmy zresztą okazję przyjrzeć się temu, jak obchodzą się z upolowanymi wielorybami. Zobaczyliśmy ludzi noszących kawałki mięsa. Okazało się, że myśliwi wyciągnęli wieloryba na brzeg i tam go oprawiali. Taką czynność w każdej miejscowości wykonuje się w określonym miejscu, gdzie jest dostatecznie płasko. Z reguły poza osadą. Inuici są cierpliwi, dla nich spacer na dystansie kilometra czy dwóch, albo przepłynięcie łodzią, to żaden wysiłek. I tym razem miejsce dzielenia wieloryba było w pewnej odległości od osady. Mamy na jachcie kajaki, więc wzięliśmy je i popłynęliśmy tam.

– Dużo ludzi zgromadziło się na miejscu?

– Wieloryb był upolowany dzień wcześniej. Tradycja mówi, że jest on własnością myśliwych przez pierwsze dwadzieścia cztery godziny od wyciągnięcia na brzeg. Po tym czasie, mogą się nim zająć wszyscy okoliczni mieszkańcy. Każdy może przyjść z nożem albo piłą i coś dla siebie z tego pozostawionego wieloryba zabrać. Także i my załapaliśmy się na ładny, dwukilogramowy kawałek mięsa.

– Jak smakowało?

– Nie umieliśmy go wtedy dobrze przyrządzić. Miało intensywny, wątróbkowy smak, trąciło tranem. Potraktowaliśmy ten posiłek jak przygodę i wyzwanie, ale zachwytu nie było.

– Mieliście jeszcze okazję nauczyć się przyrządzać steki z wieloryba?

– W jednej z kolejnych osad byliśmy świadkami całego procesu oprawiania wieloryba, którego na brzeg przyciągnęły dwie motorówki. Akurat wyciągali go na brzeg. Zacząłem rozmawiać z jednym z myśliwych, który jako tako władał angielskim. Spytał mnie, czy jadłem mięso wieloryba. Odpowiedziałem, że tak, a on spytał, czy jadłem wielorybią skórę. Trochę się zdziwiłem, pomyślałem nawet, że może mnie wkręca, ale okazało się, że nie. Myśliwi odcięli nożem kawał skóry z cieniutką warstwą tłuszczu, który ponacinali, bo jest dość twardy i podzielili między siebie. Mnie też dali kawałek. Zapewniali, że to prawdziwy rarytas. Potem byłem już ich dobrym znajomym. Pomagałem przy przewracaniu wieloryba na drugi bok, bo był dość ciężki i każda dodatkowa para rąk była cenna.

– Kawałek mięsa dla załogi też dostałeś?

– I to całkiem spory. Najpierw chciałem kupić, ale nie zgodzili się. Powiedzieli, że trochę mi dadzą, ewentualnie mogę dać jakąś drobną kwotę „co łaska”. Byłem zdziwiony, bo w końcu to ich ciężka praca, ale wyjaśnili, że oni mogą upolować następnego wieloryba, ja natomiast muszę wyżywić swoją załogę. Jeśli oni mi nie dadzą trochę mięsa, to zrobię zakupy w sklepie. Kupię kurczaki lub cokolwiek innego i za kilka miesięcy może im właśnie tego zabraknąć. Oni na wieloryby i tak polują, robią to metodą tradycyjną, na harpun, a wielorybów z roku na rok jest coraz więcej. Traktują więc je jak dobro odnawialne, a zapasy w sklepie odnawialne nie są. To zupełnie inaczej niż w naszej mentalności, bo my traktujemy towary w hipermarkecie jak trwałe dobro, które niemal samo trafia na półki. No i tym razem dostałem tyle mięsa, że wystarczyło na pięć pełnych posiłków dla dziewięcioosobowej załogi.

– Poradzili, jak je przygotować?

– Tak. Trzeba je było pokroić na grube plastry, nie rozbijać i smażyć krótko na dobrze rozgrzanym grillu. Ostatnia porcja, kiedy już nauczyliśmy się co i jak, smakowała wyśmienicie. To było najlepsze mięso, jakie jadłem w życiu.

– Ale chyba nie wokół wielorybów wszystko się tam kręci?

– W jednej z mniejszych osad, w której mieszka osiemdziesiąt osób, spotkaliśmy żyjącą tam pół Japonkę – pół Inuitkę. Zna dobrze angielski i zaprosiła nas na kawę i po raz pierwszy miałem okazję być w domu kogoś, kto żyje tam na co dzień. Domy, w których mieszkają, funduje im rząd, to taki standard domów socjalnych, podobnych jeden do drugiego, ale z ładnie zabudowaną kuchnią i umeblowane w stylu Ikei.

– To tak, jak często u nas…

– No nie do końca. Moją uwagę zwrócił zlew w kuchni, który miał bardzo nietypowe dla nas odprowadzenie wody. W szafce pod zlewem nasza gospodyni pokazała nam rurę z kolankiem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, która wpuszczona była w ścianę. Następnie otworzyła okno i zobaczyliśmy, że rura wychodzi na zewnątrz i na tym kończy się cała kanalizacja. Woda po kamieniach spływa do morza. Po prostu trudno o lepsze rozwiązanie w miejscu, gdzie przez większą część roku wszystko jest zamarznięte. Przy zlewie nie było kranu ani wylewki. Nie są potrzebne, skoro nie ma bieżącej wody. Bogatsze osady rozciągają w lecie węże spełniające rolę wodociągów, ale zwykle wodę przynosi się z budynku komunalnego.

– A co z warunkami sanitarnymi?

– No właśnie to samo pytanie nam się nasunęło. Okazuje się, że toalety w domach są. Jest deska sedesowa, a pod nią dziura z pojemnikiem obłożonym czarnym workiem. Worki za każdym razem się zawija i ostatecznie lądują na wysypisku.

– Warunki naprawdę spartańskie…

– Spytaliśmy też gospodynię o szkolnictwo w tym rejonie wyspy. Wyjaśniła, że w każdej wiosce jest szkoła podstawowa z dwójką nauczycieli, w której dzieci uczą się do czternastego roku życia, a potem jadę do stolicy, w której jest szkoła z internatem – połączenie naszego gimnazjum i liceum. Zainteresowaliśmy się też, jak działa służba zdrowia, czy jest szpital. No i owszem, szpital jest. Jeden w regionie. W razie konieczności można dzwonić po helikopter, ale nie ma gwarancji, że przyleci. Raczej nie przylatują, bo jest ich mało i są zajęte. Dlatego Inuici trzymają się określonych zasad. Najpierw próbują pomóc sobie samodzielnie, druga instancja do pielęgniarka w lokalnym punkcie ambulatoryjnym, który jest w każdej osadzie. A na końcu jedzie się do szpitala. Jedzie najczęściej psim zaprzęgiem, bo do stolicy jest góra kilkanaście godzin psim zaprzęgiem, po gładkim lodzie, a na helikopter można czekać nawet 10 dni. Ze skuterów raczej się nie korzysta, bo paliwo jest bardzo drogie.

– Taki sposób funkcjonowania wydaje się nam, Europejczykom, przyzwyczajonym do wygód i bezpieczeństwa socjalnego, ekstremalnie trudny.

– A tam to jest codzienność. Oni dostosowali się do panujących warunków. Wykorzystują każdą sprzyjającą pogodę, by polować i robią w zamrażarkach zapasy na cały rok. Bo żywności w sklepie zawsze w końcu zabraknie. Kiedy zauważą niedźwiedzia, cała wioska zbiera się, by go otoczyć i zastrzelić. Potem sprawiedliwie dzielą mięso pomiędzy wszystkich mieszkańców. W tej małej, osiemdziesięcioosobowej osadzie przysługuje im limit dwóch niedźwiedzi rocznie. Zresztą, co ciekawe, dowiedzieliśmy się, że osada jest tak mała, bo okolica może wyżywić tylko tylu ludzi. Tam jest bardzo malowniczo, jest dobry mikroklimat, cisza i spokój, ale nikt dodatkowo się nie osiedla, bo natura może utrzymać tylko tyle osób. Tam akurat jest mniej wielorybów, w okolicy nie pojawiają się morsy, więc zbyt wielu ludzi nie mogłoby przeżyć.

– Czy całe tamtejsze życie kręci się wokół polowań?

– Nie, mają też swoje zwyczaje, święta. Zaprosili nas na największą doroczną uroczystość, czyli bierzmowanie. I to, co zobaczyliśmy było naprawdę niezwykłe. Do osady przypłynął pastor, a do kościoła ludzie przyszli w tradycyjnych inuickich strojach. Dzieci były ubrane elegancko, ale temperament miały ogromny i wytrzymały tylko kwadrans w pomieszczeniu. Cała uroczystość trwała dobre dwie godziny, a dzieci wyszły na zewnątrz i zajęły się ulubioną rozrywką Inuitów – piłką nożną. Kopały piłkę w swoich odświętnych anorakach, w butach z foczej skóry, tuż pod drzwiami świątyni. I nikomu to nie przeszkadzało, nikt im nie zwracał uwagi, nie próbował przywoływać o porządku. No a skoro pastor już przyjechał, to przy okazji załatwiono kilka innych spraw. Był chrzest i ślub. Też niecodzienny. Otóż Inuici bardzo dużo palą. Spotkać Inuitę bez papierosa to naprawdę rzadkość. No i para młoda, podczas własnej ceremonii ślubnej poczuła nagły głód nikotynowy i po prostu wyszła przed kościół na dymka. Po chwili wrócili i wszystko toczyło się swoim torem.

– U nas nie do pomyślenia… To z pewnością był wspaniała i pouczająca wyprawa? Wrócisz tam jeszcze?

– Mam taki zamiar. Zresztą jest tam jeszcze mnóstwo wspaniałych, niezwykłych, miejsc wartych zobaczenia. Jednym z takich miejsc, które udało się nam zobaczyć, jest opuszczona baza amerykańskich wojsk z początku zimnej wojny. Amerykanie porzucili dosłownie wszystko, ciężarówki, z których Inuici wyciągnęli silniki, tysiące metalowych beczek po ropie, drewniane baraki dziś już rozebrane, bo drewno to towar na Grenlandii bezcenny. Podsumowując, odwiedziliśmy pięć inuickich osad, zobaczyliśmy trzy lodowce, pływaliśmy kajakami, poznaliśmy świetnych ludzi, uczestniczyliśmy w ich święcie, jedliśmy wieloryba i poznaliśmy zwyczaje związane z polowaniem na nie i ich dzieleniem. A to na pewno nie wszystko, co warto zobaczyć i przeżyć na Grenlandii. Chciałbym tam zostać na dłużej, może przezimować. Może na następnej wyprawie mi się uda.

Maciej Sodkiewicz jest organizatorem zlotu jachtów z duszą „Próchno i Rdza”, którego ósma edycja zaczyna się w czwartek, 6 października. Więcej w tekście: Klasyczne jachty ponownie zawiną do Gdyni.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ