< Powrót
10
marca 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Jacek Kwiatkowski
Kwaśna
Magdalena Kwaśna.

Magdalena Kwaśna: Laser Radial potrzebował takiego sukcesu

W zakończonych niedawno mistrzostwach świata klasy Laser Radial wywalczyła piątą lokatę, wygrała też punktową rywalizację o imienną kwalifikację na igrzyska w Tokio. Z Magdaleną Kwaśną rozmawiamy o życiowym sukcesie i niełatwej drodze do jego osiągnięcia.

– Jak pani wspomina australijskie mistrzostwa świata?

– Bardzo dobrze, choć wszystkie emocje jeszcze nie opadły. Dopiero od piątku jestem w Polsce i mogę ochłonąć. To był dla mnie bardzo stresujący czas, nie spałam zbyt dużo w czasie regat, ani po nich. Teraz jest już spokojniej i dochodzę do siebie. Nie dość, że były to najlepsze regaty w moim życiu, to jeszcze wszystko ułożyło się po mojej myśli, to był po prostu mój tydzień i żeglowałam najlepiej, jak potrafiłam. Cieszę się, że to co robiłam, było skuteczne. Udało mi się przebić do światowej czołówki i zyskać szacunek we flocie. Mam nadzieję, że tak już zostanie do końca sezonu.

– Piąte miejsce w tak prestiżowych regatach to sukces, ale chyba musiała pani na niego mocno zapracować?

– Żadne regaty nie są proste. Przed mistrzostwami świata zdałam sobie sprawę, że to moje trzecie regaty seniorskie i pierwsze w roku olimpijskim, co oznacza, że poziom rywalizacji będzie bardzo wyśrubowany. Większość reprezentacji jest pod presją, bo zawodnicy walczą o kwalifikacje. To duże obciążenie psychiczne dla wszystkich. Zdawałam sobie z tego sprawę i myślę, że moje podejście było najlepsze z możliwych. Wiedziałam, że to ważna i niełatwa impreza, ale dyscyplina, która uprawiamy ma bardzo wiele czynników, na które zawodnicy nie mają wpływu, jak choćby warunki meteo. Dlatego uznałam, że jedyne co mogę zrobić, to popłynąć jak najlepiej skupiając się na sobie – po prostu, zrobić najlepiej to, na co wpływ miałam.

– Ta strategia przyniosła efekt.

– Moje przemyślenia dotyczące między innymi czynnika pogodowego potwierdziły się, bo przez cały okres przygotowań do regat miałyśmy doskonałą pogodę, codziennie były piękne warunki do żeglowania. Tymczasem w dniu rozpoczęcia regat wiatr zaczął płatać figle. I tak, przez pierwsze trzy dni ścigałyśmy się przy bardzo kapryśnym wietrze. Udało się w tym czasie rozegrać tylko trzy wyścigi. Za to czwartego dnia było lepiej i rozegrałyśmy trzy wyścigi, czyli tyle, ile przez ostatnich kilka dni łącznie.

– Regaty w Australii były szczególnie ważne, bo stanowiły okazję do zdobycia punktów w krajowej rywalizacji o miejsce w żeglarskiej reprezentacji Polski ma igrzyska w Tokio. Czuła pani tę punktową presję?

– Tak, choć nie wiem, czy w czasie regat nie wyłączyłam myślenia o tych punktach. Na pewno jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że to TE regaty. Nie mogłam jednak ulec ani emocjom, ani presji. Nauczkę dostałam przed rokiem, kiedy fatalnie rozegrałam mistrzostwa świata. Od połowy zmagań wiedziałam, że wrócę z nich bez punktów. Czułam bezsilność i złość, że nic nie mogę zrobić. To jednak też była jakaś lekcja i powiedziałam sobie, że nigdy więcej nie chcę się tak czuć – nie chcę być wyłączona z walki. Żeglarstwo to sport bardzo techniczny, ale równocześnie bardzo mentalny, bo w czasie dużych wyścigów rywalizacja jest ogromna. Tym razem wiedziałam, że nie mogę się nakręcać, poddawać presji, bo z tego nic dobrego nie wychodzi.

– Jaka była pani recepta na unikanie stresu?

– Wiedziałam, że kiedy zejdę na wodę muszę po prostu być najlepszą wersją siebie. Kiedy jestem najlepszą wersją siebie, to jestem tak samo dobra, jak czołowe zawodniczki i nie ustępuję im w prędkości. Skupiałam się więc na tym, by pływać najlepiej jak potrafię. To jest niesamowicie motywujące, kiedy okazuje się, że moje najlepsze żeglowanie jest porównywalne do tego, jak ścigają się zawodniczki ze światowej czołówki.

– Wygrała pani kwalifikację punktową, to duży sukces, ale oficjalnie rywalizacja o miejsce w kadrze olimpijskiej jeszcze trwa.

– Rzeczywiście, wygrałam kwalifikację punktową i to jest bardzo fajne. To duży krok w moim rozwoju i w popularyzacji klasy, bo myślę, że Laser Radial potrzebował takiego sukcesu. Mam wrażenie, że dominuje przeświadczenie, że w Radialu jest duża konkurencja i że w ogóle Laser jest bardzo trudną klasą, więc „sorry dziewczyny, ale taką klasę sobie wybrałyście, to się męczcie”. Udowodnienie, że Polki mogą pływać na światowym poziomie będzie motywujące dla nas i dla młodszego pokolenia żeglarek.

– Od czego będzie zależeć ostateczna decyzja Zespołu Decyzyjnego Polskiego Związku Żeglarskiego o przyznaniu kwalifikacji imiennej na igrzyska?

– Szczerze powiedziawszy nie wiem, bo ten zapis Zasad Kwalifikacji Krajowych Zawodników PZŻ jest trochę niejasny, ale wydaje mi się, że geneza jego powstania, jest taka, że Związek chciał zabezpieczyć się na przykład przed taką sytuacją, kiedy zawodnik uzyskuje kwalifikację imienną na podstawie punktów, ale „po drodze” zachoruje i mimo to nie będzie chciał odpuścić udziału w igrzyskach. Teraz zespół decyzyjny może podejmować właściwe decyzje w zależności od sytuacji. Wracając jednak do mnie, to robię wszystko co mogę zrobić – dbam o zdrowie, a zwłaszcza teraz jest szczególnie ważne, no i trenuję. Wiele więcej zrobić, czy w jakikolwiek inny sposób wpływać na decyzję zespołu, nie mogę.

– Co na tym etapie starań o kwalifikację imienną na igrzyska jest dla pani najważniejsze?

– Jak powiedziałam – zdrowie. A do tego przygotowanie motoryczne i mentalne. Wiadomo, że gdybym regaty treningowe kończyła z dobrymi wynikami, to i komisja byłaby zadowolona. Ale tak, czy inaczej, jestem już spokojniejsza. Teraz czekają mnie regaty na Majorce i praca nad poszczególnymi elementami żeglugi. Podchodzę jednak do tych startów na chłodno. Uważam, że jeśli będę dobrze wykonywać swoje zadania, to wszystko będzie dobrze i komisji wystarczy do podjęcia korzystnej dla mnie decyzji.

– W ostatnich miesiącach przygotowywałyście się z Agatą Barwińską wspólnie do startów w regatach, czy będziecie też pracować razem w Tokio bez względu na to, która z was otrzyma kwalifikację?

– Tej rozmowy jeszcze nie było, to kwestia ustaleń, które zapadną w najbliższych dniach. Mamy świadomość, że każdy ma swoje życie i dla zawodników niezakwalifikowanych do udziału w igrzyskach, czas ich trwania jest jedną z niewielu okazji podczas całej kampanii olimpijskiej do odpoczynku i na to, by zająć się swoimi sprawami. Jak będzie, zobaczymy. Jakąkolwiek osoba niestartująca w igrzyskach podejmie decyzję, team będzie ją musiał zaakceptować. Uważam jednak, że tworzymy dobry zespół, nasza wspólna praca przynosi efekty. Tryb działań, jaki wybraliśmy był skuteczny i kluczowa jest jego kontynuacja. A fakt połączenia sił na cztery miesiące przed mistrzostwami świata i na krótko przed rokiem olimpijskim, był najlepszym, co mogłyśmy zrobić. Cokolwiek będzie dalej, możemy być dumne z tego, co dotychczas się wydarzyło.

– Czy sytuacja epidemiologiczna na świecie będzie miała wpływ na kalendarz startów w najbliższych miesiącach?

– Z tego, co wiem, dziś pod dużym znakiem zapytania stoi puchar świata w Genui. Inne imprezy nadal są w kalendarzu międzynarodowych regat.

– Zatem, jakie starty jeszcze czekają team klasy Laser Radial w najbliższym czasie?

– Za wiele czasu w domu nie spędzimy, bo 20 marca jedziemy na Majorkę i tam będziemy trenować i startować w Pucharze Księżniczki Zofii, który rozpoczyna się 27 marca. Po powrocie z Majorki będzie krótka przerwa i kolejne regaty, tym razem w Hyères, gdzie będzie startować większość polskiej kadry żeglarskiej. Kolejna impreza to mistrzostwa Europy w Grecji, które wystartują w połowie maja. A potem już tylko Igrzyska Olimpijskie w Tokio.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ