< Powrót
13
stycznia 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Tadeusz Lademann
Rafał Moszczyński.

Rafał Moszczyński: Nie wiem, czy wyruszę w wokółziemski rejs w tym roku

Rafał Moszczyński przerwał samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów na pokładzie jachtu „Wojownik VIII” 20 listopada ubiegłego roku. Powodem była awaria autopilota. Żeglarz wrócił do Polski, a w mediach zaczęły pojawiać się spekulacje o ponownym podejściu do realizacji tego projektu. W rozmowie z nami łódzki skipper wyjaśnia sytuację.

– Bezpośrednim czynnikiem, który wymusił przerwanie rejsu była awaria. Dlaczego nie udało się jej wykluczyć, czy były inne czynniki, które zmusiły cię do zejścia na ląd?

– Najważniejszym czynnikiem, który zaważył na losach rejsu był brak opływania łódki. Zabrakło czasu na jej solidne przetestowanie. Przepłynąłem w sumie około sześciuset mil na Bałtyku i niemal z marszu ruszyłem w rejs dookoła świata. Mieliśmy też problemy z logistyką – transportem części zamiennych – co przełożyło się na późniejsze kłopoty z wyposażeniem. Dziś, patrząc na to obiektywnie, trzeba powiedzieć, że musiałbym mieć trafienie jak w totolotka, żeby to się udało.

– Czy musiałeś się tak spieszyć?

– Przygotowywałem się do rejsu właściwie od zera przez dwa lata. Wtedy wszystko było podporządkowane czterdziestej rocznicy rejsu Henryka Jaskuły. Musieliśmy zdążyć ze wszystkim do końca 2019 roku, a najlepszą symboliczną datą był 11 listopada. Dziś, sytuacja się zmieniła, nie muszę się spieszyć żeby zdążyć na ustalony termin.

– Tuż po tym, jak przerwałeś rejs pojawiły się informacje o ponownym starcie w listopadzie tego roku…

– Na razie stres i emocje biorą jeszcze górę. Jestem rozgoryczony, ale nie wykluczam żadnego scenariusza. Na wiosnę chcemy sprowadzić łódkę do Polski. Po drodze zahaczymy o Szetlandy lub Wyspy Owcze. A tu, na miejscu, wymienimy uszkodzone elementy i potem przyjdzie czas na solidne testowanie jachtu.

– Zdążyłbyś przygotować się do jesieni?

– Właściwie wszystko jest przygotowane „Wojownik” jest zaształowany. Przed kolejnym rejsem musiałbym wymienić tylko drobną część zapasów, a liofilizowana żywność ma właściwie nieograniczony termin przydatności do spożycia. Zatem to akurat nie byłby duży kłopot. Jeśli naprawimy to, co uległo uszkodzeniu podczas tamtego rejsu, mogę ruszać w drogę. Ale to nie jest taka łatwa sprawa. Żeglowanie, wyczyn – to wszystko jest istotne, ale życie toczy się przede wszystkim tu, na lądzie. Tu jest rodzina, praca. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której po dwóch latach poświęconych głównie przygotowaniom do rejsu, po powrocie do Polski i kilku miesiącach na lądzie, mówię żonie, że zaczynam wszystko od nowa.

– Doprecyzujmy więc, planujesz start w listopadzie 2020 roku?

– Po pierwsze, wcale nie jestem przekonany, że chciałbym ruszyć w wokółziemski rejs dookoła świata w 2020 roku. Po prostu nie ma czynnika, który w jakikolwiek sposób by to na mnie wymuszał. Po drugie, muszę przemyśleć, czy warto pchać się w taką trasę z Gdyni. Na Bałtyku jest bardzo ciasno, stoi sporo wiatraków, jest duży ruch statków, no i są Cieśniny Duńskie. Być może, jak Asia Pajkowska, czy Szymon Kuczyński, wyruszę z Wielkiej Brytanii, a może z Francji – na przykład z Brestu. Trasa z Polski to niemal miesiąc, w obie strony, bujania się po zatłoczonych akwenach, żeby wyjść na czystą pozycję na Atlantyku. Zdawałem sobie z tego sprawę wyruszając w listopadzie, ale dziś nie jestem przekonany, czy było warto. Po trzecie, rozważam, czy nie popłynąć w rejs z żoną, Anią. To już nie byłby rejs solo non stop, a double, ale łódce wyszłoby to na dobre. Ona zdecydowanie lepiej pracuje w obsadzie dwuosobowej. To wymagający jacht, a nie miałem czasu ocenić tego w należyty sposób przy pierwszym podejściu.

– To oznaczałoby całkowitą zmianę koncepcji, ale rejs non stop wciąż jest realny.

– Na razie chcę poukładać sprawy bieżące i nie myślę o nowym rejsie. Chcę do tego podejść na spokojnie i jeśli już miałbym płynąć, to na sprawdzonym, opływanym jachcie. Dlatego nie wyznaczam żadnego terminu. Kiedy rozmawialiśmy po tym, jak ukończyłem regaty przez Atlantyk na Setce trzy lata temu, mówiłem, że dość już tego obtłukiwania się po oceanie. Ale, jak wiemy, z czasem zmieniłem zdanie. Jak siebie znam, to w pewnym momencie zacznie mnie nosić i wtedy podejmę jakieś decyzje.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ