< Powrót
23
lutego 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Rafała Sielickiego
Sielicki

Rafał Sielicki: Tworzymy zgraną ekipę

O trwającym sezonie bojerowym i przyszłości tej dyscypliny sportu rozmawiamy z Rafałem Sielickim, komandorem Floty Polskiej DN.

– Zakończone kilka dni temu Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w klasie DN to jedna z nielicznych imprez bojerowych rozegranych tej zimy. To chyba nie jest zbyt udany sezon?

– Rzeczywiście, tego latania nie było dotąd za wiele, ale bojery to sport, w którym sezon zawsze jest krótki. Udało się nam uczestniczyć w trzech imprezach, to i tak nieźle. Bywały gorsze sezony. Teraz sytuację komplikuje pandemia. W związku z ograniczonymi możliwościami podróżowania w wielu imprezach nie mogliśmy wystartować. W minionych latach zdarzało się, że już w listopadzie ścigaliśmy się na regatach w Finlandii. Teraz nie było takiej możliwości. Uważam jednak, że wbrew pozorom, ten sezon nie był najgorszy. A przed nami jeszcze ze dwa weekendy, w których będziemy chcieli się pościgać.

– Jakie regaty są w planach?

– Mamy zaległe mistrzostwa Polski juniorów młodszych w klasie DN i to jest nasz priorytet. Chcemy tę imprezę rozegrać w pierwszym możliwym terminie. Poza tym liczę, że rozegramy choć jedne regaty z tych, które były zaplanowane – Memoriał Henryka Aniołkowskiego, Lodowy Puchar Mikołajek, czy Puchar Giżycka. Na razie jednak czekamy aż z mazurskich jezior zejdzie gruba pokrywa śniegu, która zalega na lodzie.

– Uda się zrealizować plany na końcówkę sezonu?

– Niestety, prognozy zmieniają się równie dynamicznie jak aura. Jednego dnia mamy minus 10, a kolejnego temperaturę dodatnią. Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie.

– Bojery to sport dla ludzi cierpliwych i mobilnych…

– Cierpliwość to cecha wszystkich żeglarzy, a mobilność jest wpisana w DNA bojerów, które zawsze były sportem nomadycznym. Każdy dzień spędzony na lodzie, kiedy najważniejsza jest rywalizacja, to zadośćuczynienie z nawiązką za trudy oczekiwania i podróży.

– Skoro tak trudno o warunki do latania w Polsce i krajach ościennych, to może trzeba zacząć regularnie organizować zawody tam, gdzie lód w zimie zawsze jest, na przykład na Bajkale?

– Tak, zimą na Bajkale zawsze jest lód. Z drugiej strony, na tym lodzie często jest sporo śniegu, a sztormowe wiatry nawiewają na taflę kamienie z brzegu. Poza tym Bajkał to jednak daleka wyprawa. Bliżej mamy Skandynawię. Tam także zawsze jest lód, tylko czasem trzeba pojechać dalej na północ. Jeśli trzeba, wielu naszych bojerowców podróżuje do Stanów Zjednoczonych. W tym roku ze względu na pandemię nie było to możliwe, ale często tam startujemy. Niektórzy mają sprzęt na miejscu, żeby nie trzeba go było transportować przez ocean. Dziś lot do Stanów bywa wyprawą zajmująca mniej czasu  niż wyprawa samochodowo-promowa na północ Skandynawii. Dlatego nie ograniczamy się.

– Czyli zostaje Skandynawia…

– No tak. Są jeziora w Szwajcarii, w Austrii albo we Włoszech, niestety to wszystko dość małe akweny, nie można tam rozgrywać regat bojerowych. Nasi koledzy z Europy czasem tam trenują, ale to bardziej chodzi o postawienie bojera na lodzie, niż o realną rywalizację.

– To jednak dowód, że można uprawiać bojery nie mieszkając w kraju o bojerowych tradycjach, bez dostępu do odpowiednich akwenów.

– Oczywiście! Dobrym przykładem jest Brytyjczyk David Howlett. On żyje w kraju, gdzie rozegranie zawodów bojerowych jest niemożliwe. Często startuje w Polsce, albo w innych krajach naszego regionu. Ma tutaj swój sprzęt. Biorąc pod uwagę kilka startów w sezonie, trzeba się sporo napodróżować, ale te podróże na szczęście nie są dość długie. We Francji również jest żeglarz na co dzień startujący w klasie Moth, a zimą ścigający się na bojerach. To przykłady na to, że w krajach na co dzień pozbawionych możliwości organizowania regat bojerowych, bojery mają swoich zwolenników.

– Czy mimo trudnych warunków do uprawiania żeglarstwa lodowego są w Polsce młodzi ludzie, którzy będą kontynuować znakomite tradycje mistrzów?

– Są, choć nie w takiej liczbie, jak byśmy sobie życzyli. To efekt „dobrobytu”. Kiedyś żeglarze w sezonie letnim żeglowali, a zimą przesiadali się na bojery. To było naturalne. A teraz mamy możliwość żeglowania w Europie przez cały rok. W Portugalii i Hiszpanii są bazy treningowe, nie trzeba nawet wozić swoich łódek przez cały kontynent. Dlatego wspólnie z Polskim Związkiem Żeglarskim podjęliśmy działania w celu popularyzacji żeglarstwa lodowego wśród najmłodszej grupy zawodników.

– Jakie to działania?

– PZŻ sfinansuje zgrupowania i szkolenia dla młodych żeglarzy, a my zajmiemy się realizacją tych zadań i wynajmem sprzętu. Mam nadzieję, że wśród uczestników zajęć znajdzie się grupa, która zarazi się bojerami.

– A jakieś nazwiska „wschodzących gwiazd”?

– Wśród czołowych nazwisk jest Gustaw Miciński, który na co dzień startuje w klasie 29er. Poza tym jest grupa utalentowanych zawodników z Giżycka i Mikołajek. Myślę, że dzisiejsi mistrzowie znajdą swoich następców.

– Podróże są dość kosztowne, a stanowią nieodzowny element uprawiania tej dyscypliny sportu. Czy bojery to sport dla ludzi zamożnych?

– To zależy na jakim poziomie chce się rywalizować. Jeśli zamierzamy skutecznie rywalizować z najlepszymi, powiedzmy z pierwszą piątką przewijającą się przez tabele wyników imprez rangi mistrzowskiej czy pucharowej, to rzeczywiście trzeba mieć odpowiednio duże fundusze. Taki poziom wymaga bowiem sprzętu wysokiej klasy, dorównującego temu, na czym ścigają się mistrzowie. Do tego dochodzą koszty podróży. Czasem można je obniżać podróżując wspólnie, na przykład jednym samochodem.

– Żeglarze lodowi znani są z wzajemnego wspierania się. To konieczność przy uprawianiu tak wymagającej sprzętowo i logistycznie dyscypliny sportu?

– Na pewno. Tworzymy zgraną ekipę, ale też jesteśmy grupą otwartą. Nowych fanów bojerów, stawiających pierwsze kroki w tej dyscyplinie, przyjmujemy z otwartymi ramionami. Każdy może liczyć na pomoc i podpowiedzi. Nawet najwyżej klasyfikowani zawodnicy nie robią tajemnicy z tego, jak mają ustawiony sprzęt. Razem się ścigamy, trenujemy, dzielimy wiedzą. Korzysta z tego cała polska flota i być może to jeden z czynników, które czynią z nas światową potęgę.

W 2017 roku polskie środowisko bojerowe obchodziło 50. rocznicę sprowadzenia klasy DN do naszego kraju. To najliczniej reprezentowana klasa żeglarstwa lodowego na świecie, a jej „założycielem” w Polsce był holenderski bojerowiec Wim van Acker, który w roku 1965 przyjechał do Polski z bojerem tej klasy, żeby wziąć udział w regatach o Puchar Wyzwolenia Warszawy.

Holandia była pierwszą europejską „ojczyzną” bojerów DN, a zostały one tam sprowadzone na początku lat 60. minionego stulecia ze Stanów Zjednoczonych. Charakteryzująca się łatwością w transporcie klasa DN została zaprojektowana i skonstruowana w roku 1937. Popularne „deeny” najprawdopodobniej nigdy by nie powstały, gdyby nie konkurs ogłoszony przez gazetę „Detroit News” na stworzenie taniego i przenośnego bojera, który pozwoliłby na szeroką promocję żeglarstwa lodowego. Zwyciężył projekt Archiego Arrolla, Arta Jarretta oraz Joe Lodge’a. Początkowo zyskujący błyskawiczną popularność ścigacz nazywał się „Blue Streak 60”, jednak z czasem nadano mu nazwę DN od pierwszych liter nazwy gazety „Detroit News”.

W 1962 roku w stanie Michigan została założona organizacja IDNIYRA (International DN Ice Yacht Racing Association), mająca na celu promocję i rozwój klasy na świecie. Obecnie zrzesza ona ponad 2000 żeglarzy z całego świata.

Niekwestionowaną potęgą w klasie DN jest Polska. Nasi bojerowcy regularnie zajmują czołowe miejsca w międzynarodowych imprezach rangi mistrzowskiej. Karol Jabłoński jest 12-krotnym bojerowym mistrzem świata. Inni nasi mistrzowie z ostatnich lat to Łukasz Zakrzewski i Michał Burczyński.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ