< Powrót
19
listopada 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Wikipedia, Creative Commons
Wenus
Statek d'Urvilla w lodach Antarktydy.

Słyszeliście o… francuskim „odkrywcy” Wenus z Milo?

Zasłynął rejsami dookoła świata, odkryciem wielu wysp Polinezji oraz kilku terytoriów na Antarktydzie. Ustalił przybliżone położenie południowego bieguna magnetycznego, a na wyspie Vanikoro odkrył ślady zaginionej ekspedycji J.F. de La Pérousa. Jednak znakomity żeglarz, przyrodnik i poliglota Jules Dumont d’Urville zapisał się w jeszcze jednej, zaskakującej jak na żeglarza, dziedzinie…

Jules Dumont d’Urville.

Żeglarska kariera urodzonego w 1790 r. Julesa zaczęła się, gdy w wieku 17 lat zaciągnął się w Breście do marynarki wojennej. Myliłby się ten, kto sądziłby, że za takim wyborem życiowej drogi stało zamiłowanie do wojaczki czy życia na okręcie. D’Urvilla pociągała możliwość podróżowania po całym świecie, docierania do egzotycznych lądów i prowadzenia badań naukowych.

Pracując na lądzie nigdy nie miałby szans na realizację swojej badawczej pasji. Trzeba jednak oddać słynnemu Francuzowi, że choć to nie żeglarstwo jako takie skłoniło go do bycia żeglarzem, pełnił swoje zawodowe obowiązki na kolejnych okrętach sumiennie i profesjonalnie.

Prawdziwa morska przygoda Urvilla zaczęła się w roku 1819. Był już wówczas porucznikiem marynarki i dał się poznać jako zapalony botanik i entomolog. Pasja naukowa zdecydowała o powierzeniu mu misji przeglądu i korekty map Morza Śródziemnego i Czarnego. W ten rejs wyruszył na pokładzie barku „La Chevrette”. Wyprawa okazała się przełomowym wydarzeniem w historii… sztuki.

Wersji tego co stało się podczas postoju Francuzów u wybrzeży greckiej wyspy Milos na Morzu Egejskim jest kilka. Jedna wskazuje na to, że Jules Dumont d’Urville zauważył wykopaną przez greckiego chłopa rzeźbę bogini Wenus i nakłonił do jej kupna francuskiego ambasadora w Konstantynopolu. Inna zapewnia,  że to ambasador uczynił go pośrednikiem przy pozyskaniu posągu.

Kolejne relacje podają, że pierwszym, który zauważył bezcenne znalezisko Greka był kapitan innego francuskiego statku uczestniczącego we francuskiej ekspedycji. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, uznaje się, że odpowiedzialnym za to, by Wenus trafiła we francuskie ręce (jako prezent ambasadora dla króla Ludwika XVIII), uczyniono d’Urvilla.

Zdobycie jednej z najsłynniejszych dziś rzeźb nie było łatwe. Negocjacje w sprawie zakupu posągu trwały jakiś czas, a Francuzów przepłacili Grecy. Poddani Ludwika, chcąc nie chcąc, musieli zapłacić więcej. Kiedy jednak zamierzali zabrać rzeźbę na statek, który miał przetransportować ją do Francji, Wenus była już na pokładzie greckiego okrętu. Stoczono o nią prawdziwą batalię gróźb i szantaży (a niektórzy twierdzą nawet, że nie obyło się bez wystrzałów armatnich), którą ostatecznie wygrali Francuzi. Najskuteczniejszą bronią okazały się pieniądze. Kosztowało ich to 6 tysięcy franków.

Wenus z Milo.

Nie tylko szczegóły odkrycia i pozyskania przez Francuzów rzeźby, różnią się w wielu relacjach. Do dziś toczą się spory o to, jak Wenus straciła ręce. Oficjalnie uważa się, że w chwili odkrycia już ich nie miała. Są jednak i takie doniesienia, według których straciła je podczas przenoszenia na grecki statek, albo w czasie sporu między Francuzami i Grekami, który wcale nie miał pokojowego przebiegu.

Byli i tacy, którzy utrzymywali, że Wenus straciła górne kończyny podczas katastrofy morskiej, w której rozbił się francuski okręt. Sporów i niejasności wokół jednej z najsłynniejszych rzeźb jest zresztą więcej. Dotyczą autorstwa posągu, powodów uszkodzenia podstawy rzeźby, ułożenia nieistniejących dziś rąk, rekwizytów, które Wenus dzierżyła i biżuterii, która ją zdobiła. Szum medialny i aura tajemniczości sprawia, że dziś moglibyśmy uznać, że te wszystkie tajemnice to element szerszej kampanii marketingowej wokół słynnego eksponatu ze zbiorów Luwru.

Wróćmy jednak do Julesa Dumonta d’Urvilla – operacja „Wenus” przyniosła mu sławę dzielnego oficera marynarki i Legię Honorową, którą przyjął z rąk króla. W kolejny dalekomorski rejs wyruszył już jako kapitan i zastępca dowódcy fregaty „La Coquille”. Był to jego pierwszy rejs dookoła świata. Czas na pokładzie dzielił między obowiązki oficera i pracę badawczą nad okazami roślin i owadów zbieranych podczas postojów na kolejnych wyspach.

Po powrocie do Francji powierzono mu kolejną misję. Tym razem, jako dowódca „L’Astrolabe”, w roku 1826, popłynął w rejon Oceanii, gdzie m.in. poszukiwał śladów rozbitków z wyprawy kapitana de La Pérousa. Jeden z zaginionych statków także nosił imię „L’Astrolabe”. D’Urville żeglował u wybrzeży Australli, Nowej Zelandii, Fidźi i Nowej Gwinei, dokonując wielu odkryć geograficznych i przyrodniczych. Na wyspie Vanicoro jego marynarze natrafili na szczątki dwóch okrętów de La Pérousa.

Po powrocie do ojczyzny d’Urville napisał książkę, w której zawarł informacje o wszystkich ważniejszych podróżach wokół globu od czasów Magellana. Książka stała się bestsellerem i na zaproszenie do kolejnej dalekomorskiej wyprawy słynny żeglarz nie musiał długo czekać. Tym razem dwa okręty pod jego dowództwem skierowały się na południe, w stronę Antarktydy.

Ta podróż i poczynione odkrycia przyniosły mu jeszcze większą sławę i stopień kontradmirała. Towarzystwo Geograficzne odznaczyło go medalem, a on sam zabrał się za spisywanie wspomnień z podróży i opisywania dokonanych odkryć, czego efektem było kilkutomowe dzieło „Wyprawa do Bieguna Południowego i Oceanii”. Jego dalsza kariera pisała się w najpiękniejszych barwach.

Katastrofa kolejowa w Meudon.

Niestety, fortuna kołem się toczy… 8 maja 1842 d’Urville wraz z zoną i 16-letnim synem wybrał się do Parku Wersalskiego, gdzie z okazji urodzin Ludwika Filipa I odbywał się pokaz atrakcji wodnych. Po spacerze, oficer i jego najbliżsi w  drogę powrotną wyruszyli pociągiem. Do domu nigdy nie dotarli, ponieważ pociąg, którym jechali wykoleił się z powodu niedostosowania lokomotywy do liczby kabin pasażerskich. Trzyosobowa rodzina d’Urvillów zginęła, a z nimi niemal 60 innych pasażerów. 117 osób zostało rannych. Była to największa wówczas katastrofa w historii kolejnictwa.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ