< Powrót
17
grudnia 2018
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Tadeusz Lademann
kurs
Alfred Naskręt podczas Konferencji Bezpieczeństwa organizowanej przez PoZŻ.

Żeglarski kurs dla zawodowców w Szkole Morskiej

4 stycznia 2019 w Szkole  Morskiej w Gdyni ruszy kurs przygotowujący do egzaminów na dyplom jachtowego kapitana jachtów o pojemności (GT) do 200 jednostek, dla posiadaczy patentów kapitańskich Polskiego Związku Żeglarskiego.

Kurs jest nieobowiązkowy. Skierowano go także do posiadaczy patentów Polskiego Związku Motorowodnego i Narciarstwa Wodnego. W szkoleniu wezmą również udział absolwenci kursów prowadzonych dotychczas w Szkole Morskiej, którzy będą przygotowywali się do egzaminów na poziomie zarządzania w dziale pokładowym na jachtach. Egzamin odbędzie się 28 i 29 stycznia przyszłego roku.

Ten rodzaj szkoleń to efekt wejścia w życie rozporządzenia ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej z 29 stycznia 2018 r. w sprawie kwalifikacji i przeszkolenia członków załóg jachtów komercyjnych oraz warunków ich uzyskiwania. Dokument określa m.in. wymagane dla członków załóg jachtów komercyjnych kwalifikacje i przeszkolenia, tryb oraz szczegółowe kryteria uznawania ośrodków szkolących załogi jachtów komercyjnych, sposób prowadzenia audytów tych ośrodków i ramowe programy szkoleń i przeszkoleń.

O potrzebie kształcenia żeglarzy posiadających uprawnienia do prowadzenia dużych jachtów rozmawiamy z Alfredem Naskrętem, dyrektorem Szkoły Morskiej w Gdyni.

– Skąd pomysł, by Szkoła rozpoczęła tego typu szkolenia?

– To odpowiedź na wyzwania i potrzeby, jakie stawia przed nami świat. Szkolimy żeglarzy zawodowych od jakichś dwunastu lat. Robimy to na licencji Maritime Coastguard Agency. To właśnie Brytyjczycy mają niejako monopol na prowadzenie tych szkoleń. A skoro zainteresowanie kursami było coraz większe, MCA wybrała sobie podwykonawców – brytyjski Royal Yacht Association i amerykański International Yacht Training. Z kolei te dwie firmy wyłoniły kolejnych podwykonawców. No i tą drogą my podjęliśmy współpracę z Amerykanami. Prowadzimy szkolenia „w ich imieniu”, oni wydają certyfikaty, które są rejestrowane przez MCA. To wszystko dotyczy szkoleń na jachty do 200 jednostek. Powyżej 200 ton sama MCA sprawuje pieczę nad szkoleniami i certyfikatami. Powstają jednak coraz większe jachty, rosną możliwości konstrukcyjne, a równocześnie tworzy się luka w sferze żeglarzy posiadających umiejętności zarządzania, prowadzenia takich statków.

– I gdyńska szkoła postanowiła tę lukę wypełnić?

– Doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby stworzyć analogiczny polski system szkoleniowy. Udałem się do siedziby MCA, żeby poszerzyć nasze możliwości szkolenia do trzech tysięcy ton na jachtach komercyjnych. Takie szkoły funkcjonują w Wielkiej Brytanii. Dowiedziałem się na miejscu, że nie ma szans na to, by uzyskać ich przychylność. To efekt nie tyle złej woli MCA, ile presji wywieranej przez brytyjskie instytucje szkoleniowe. To jest prestiż i pieniądze i one nie chcą się tego wyzbywać. A zdecydowałem się na tę podróż, ponieważ szkolimy marynarzy zawodowych pływających na statkach bez ograniczeń tonażowych. Mamy sprzęt, symulatory, kadrę i uznałem, że dobrze będzie wykorzystać  potencjał do szkolenia żeglarzy zawodowych pływających na dużych jednostkach.

Stanowisko systemu DP.

– Nie udało się.

– Wyszło, jak wyszło. Zaczęliśmy jednak na bazie brytyjskiego wzorca tworzyć polski system. Po raz pierwszy do ministerstwa żeglugi pojechałem w tej sprawie jeszcze za kadencji rządów ministra Wiecheckiego, czyli jakieś dwanaście lat temu. Potem zmieniały się rządy, nazwy resortu i nazwiska ministrów. Składano nam obietnice, sprawa na przemian upadała i była procedowana. W końcu podjęto próbę dyskusji nad tym projektem, ale poszła w trochę innym kierunku niż ten, który  sobie wyobrażaliśmy. Efektem było opracowanie projektu przepisów opartych na polskich rozwiązaniach i brytyjskich standardach. Taka hybryda między naszą propozycją, a wymaganiami wywodzącymi się z tradycyjnej floty handlowej. Włączaliśmy się w dyskusję, niektóre nasze uwagi zostały uwzględnione, inne nie. Pojawił się kolejny rząd i nowe dyskusje, ale jakieś prace trwały. Aż w 2015 r. – działo się to już trochę poza mną – pojawiła się ustawa o bezpieczeństwie na morzu. Jacht komercyjny został tam źle zdefiniowany, bo na świecie za taki uznaje się jednostkę dłuższą niż 24 metry lub taką, na której choć jedna osoba pracuje podczas rejsu za pieniądze. U nas stosuje się różne obejścia tego pojęcia, trwają debaty. Tak czy inaczej kwestia żeglarzy zawodowych w dyskursie środowiskowym zaistniała.

– I jak teraz kształtuje się kwestia uprawnień żeglarzy zawodowych?

– Wygląda to tak, że żeglarze mający uprawnienia PZŻ lub PZMiNW mogą przejść na zawodowstwo, ale tylko na jednostkach do 200 ton. Czyli żeglarze sportowi po odbyciu szkolenia STCW, mogą uzyskać uprawnienia i pracować na jednostkach do 200 ton, ale muszą zdać odpowiedni egzamin. Chcąc iść dalej, muszą poddać się kolejnemu cyklowi szkolenia. A nam udało się wynegocjować, że mogliśmy szkolić do 3 tysięcy ton, do czasu, kiedy ukażą się polskie dyplomy. Więc posiadacze takich dyplomów, wydanych przez szkołę, otrzymają równoważne dokumenty państwowe. To ustalenia sprzed dziesięciu lat. I rzeczywiście mieliśmy audyt, na którym ustalono, że żeglarze z „naszymi dyplomami”  powinni zdać jeszcze egzamin na poziomie zarządzania, czyli kapitańskim. Po kolejnych kursach z zakresu map elektronicznych, radaru i tak dalej, mogą dotrzeć do dyplomów dających uprawnienia do pływania na jachtach do 500 ton lub 3 tysięcy ton.

– Zapytam naiwnie – dlaczego żeglarze muszą przechodzić kursy, zdawać egzaminy…

– Zaczęli zgłaszać się do nas żeglarze z dyplomami PZŻ pytając co trzeba zrobić, żeby uzyskać certyfikat uprawniający do pływania na jednostkach do 200 ton. Droga jest jedna, muszą zdać egzamin. Obejmuje on takie zagadnienia, jak stateczność. Z całym szacunkiem do patentów PZŻ, żeglarz z takim dokumentem egzaminu ze stateczności dużej jednostki nie zda. Kolejna kwestia to astronawigacja, żeglarze w większości nie znają się  na tym. Opracowaliśmy autorski program kursu przygotowującego żeglarzy z patentami PZŻ, który trwa trzy tygodnie. Żeglarze mogą po nim przystąpić do egzaminu państwowego.

– Jaka jest różnica w podejściu do osób, które kończyły szkolenia w Szkole Morskiej i do żeglarzy z patentami PZŻ?

– Żeglarze z dokumentami PZŻ, po uzyskaniu dyplomu uprawniającego do pracy na jednostkach do 200 ton muszą przechodzić kolejne  obowiązkowe szkolenia kończące się egzaminami. Nasi absolwenci są zwolnieni z kursów. Muszą jedynie zdać egzamin, a potem ewentualnie „dorobić” brakujące  certyfikaty i staż . To taki kurs „kombinowany” dla ludzi, którzy u nas przeszli szkolenia i dla tych żeglarzy z dyplomami PZŻ. Oni muszą poddać się obowiązkowym szkoleniom chcąc pracować na jachtach do 500 czy 3 tysięcy ton.

Stanowisko instruktora w jednej z kilku pracowni Szkoły Morskiej w Gdyni.

– Czy żeglarze są zainteresowani uzupełnianiem wiedzy?

– Nie wiem, jak przyjmie to środowisko żeglarskie. Kurs nie jest tani, kosztuje 8 tysięcy złotych, ale ta cena nie jest wzięta znikąd. Uczestnicy kursu będą zdobywali wiedzę przez trzy tygodnie po dzisięć godzin dziennie. To prawie 250 godzin. Z naszej strony oferujemy pracę najlepszych wykładowców, dajemy do dyspozycji kursantów nasze symulatory, jakich nie ma gdzie indziej. Nie oszukujmy się, przeciętny żeglarz nie śledzi na bieżąco przepisów. Z drugiej strony wszyscy są zawiedzeni tym, że nie będą mogli pływać na dużych jachtach typu „Chopin”. Istnieje ryzyko, że osoby doświadczone, potrafiące prowadzić duże jednostki, z dnia na dzień mogłyby stracić uprawnienia. To błąd legislacyjny, bo powinny funkcjonować przepisy przejściowe, dające możliwość, powiedzmy w ciągu 5 lat, uzupełnienia zestawu szkoleń. Tak to działa na świecie. Tymczasem ustawodawca takiej formy wprowadzania nowych zasad nie przewidział.

– Czy nie łatwiej byłoby zaimplementować przepisy zagraniczne?

– Oczywiście łatwiej. Nasze propozycje były stworzone w oparciu o przepisy brytyjskie, ale to nie wyszło.

– Egzamin kończący kurs będzie dużym wyzwaniem dla żeglarzy?

– Zobaczymy, jak kursanci poradzą sobie na tym egzaminie w końcu stycznia w Urzędzie Morskim w Gdyni przed komisją państwową. Żeglarze, ludzie doświadczeni, posiadający wiedzę, spotkają się z zagadnieniami, z którymi wcześniej nie mieli do czynienia i będą jeszcze musieli złożyć z tego egzamin. Te zagadnienia to na przykład astronawigacja, radar, prawo morskie, urządzenia nawigacyjne. Jestem zdania, że kursy radarowe robione gdzieś w Polsce na ekranach komputerów nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia. Dokument uzyskany po takim kursie nie jest dokumentem państwowym. W razie nieszczęścia, żeglarz z takim papierem nie będzie uznawany za osobę, która miała wykształcenie uprawniające do obsługi radaru. Tylko administracja morska może wydawać takie uprawnienia. Tymczasem w Gdyni są trzy symulatory radarowe, w Szczecinie jest jeden. Pozostałe kursy, na przykład w Warszawie robione są na ekranach komputerów. To naprawdę nie odzwierciedla rzeczywistych parametrów i stopnia skomplikowania prawdziwego radaru. Przecież trzeba robić nakresy, ćwiczyć meldunki między mostkami. Tego komputer nie umożliwi.

– Żeglarze poradzą sobie przed komisją?

– Jeszcze raz powtórzę – egzamin 28 i 29 stycznia będzie ważnym wydarzeniem i wskaźnikiem stanu rzeczy. Gwarancji, że każdy zda egzamin oczywiście nikt nie da. Jeśli żeglarze sobie nie poradzą, to będzie dla nas sygnał i wskazówka, co trzeba zmienić. Czy zakres programowy kursu, czy może sami żeglarze są za mało przygotowani? Cały ciężar nauki spoczywa na kursantach. Muszą przyswoić sobie wiedzę. Wierzę, że komisja egzaminacyjna podejdzie do sprawy ze zrozumieniem, a żeglarze  kierując się chęcią uzupełnienia wiedzy, mają świadomość możliwości, jakie daje im posiadanie certyfikatu. To trzeba docenić. Oni nie idą na skróty.

– Podsumowując, do kogo skierowany jest kurs rozpoczynający się w państwa szkole 4 stycznia?

– Kurs dedykowany jest dwóm grupom, choć połączony w jedną całość. Nie ukrywam, że podnieśliśmy poprzeczkę ustawiając go na poziomie zarządzania. To z myślą o tych, którzy mają ukończone nasze szkolenia i muszą zdać egzamin na 500 ton i wyżej. On jest na wyższym poziomie, niż ten dla żeglarzy, którzy dostają dyplom do 200 ton. Oni z kolei po zdaniu egzaminu mają otwartą ścieżkę do kolejnych szkoleń na 500 ton i więcej. Z kolei nasi absolwenci nie będą musieli uczestniczyć w takich szkoleniach. Ich obowiązkiem będzie jedynie zdanie kolejnych egzaminów na wyższe tonaże.

– Jak liczna jest grupa potencjalnych kursantów, którzy w przyszłości będą się do państwa zgłaszać?

– W kraju to jest około 50 osób, bo jachtów dużych pływających pod polską bandera jest kilka. Ale polskich żeglarzy pływających na jachtach za granicą jest bardzo dużo. Może być ich nawet kilka tysięcy. I ciekawe, że mając dyplom polski mogą pływać na obcych jachtach, ale chcąc przejść na jacht o wyższym tonażu muszą uzupełnić certyfikaty. Są dwie ścieżki – mogą to zrobić za granicą, ale muszą zacząć procedurę od początku i najpierw uzyskać zagraniczny, na przykład brytyjski, dyplom uprawniający do pływania na jachtach do 200 ton, a potem robić kolejne stopnie. Mogą też zrobić odpowiedni kurs w Polsce bez konieczności zaczynania wszystkiego od nowa. Na podstawie dyplomu polskiego uzyskają dyplom brytyjski.

Certyfikat DP. System ten jest coraz częściej instalowany na jachtach. Szkoła Morska w Gdyni jest jedyną firmą na świecie promującą to szkolenie. Dokumenty są ważne bezterminowo.

– Kurs jest mocno skondensowany i wymaga sporo samozaparcia i dobrej motywacji…

– Ten kurs to będą trzy tygodnie ciężkiej pracy. Po dziesięć godzin dziennie przez 23 dni. Inaczej się nie dało. Trudno robić kurs mniej intensywny, ale kilkumiesięczny lub weekendowy dla ludzi spoza Trójmiasta. Koszty dojazdów i zakwaterowania byłby dla wielu nie do przejścia. Nie ukrywam swoich obaw, bo spotkają się dwie formacje – żeglarze i absolwenci naszych szkoleń. Jestem jednak dobrej myśli. Zapisy są jeszcze otwarte, każdy chętny może się zgłosić. Czekamy, jak to się rozegra, ale odwrotu raczej nie ma. Za kilka lat takie kursy, egzaminy i posiadanie odpowiednich dyplomów będzie koniecznością. Jeśli nie zaczniemy robić tego teraz, będziemy unikali tematu, to świat nam ucieknie. Ustawa o bezpieczeństwie na morzu z czasem wymusi kształcenie się żeglarzy i zdobywanie państwowych dyplomów. Z drugiej strony nie obawiam się masowego ruszenia. Do kursu i egzaminów będą przystępowali najlepsi, dla których będzie to krok do dalszej kariery i rozwoju zawodowego.

Szkoła Morska w Gdyni