< Powrót
2
października 2018
Tekst:
dol, Władysław Chmielewski
Zdjęcie:
Svendborg Kommune
„Buena”
Most Svendborgsundbroen.

Skipper jachtu „Buena” tym razem mówi pas

Regaty Silverrudder Challenge of the Sea mają tylko 7-letnią historię, ale urosły w tym czasie do rangi najliczniejszych na świecie regat samotników. W tym roku Polskę reprezentowały dwa jachty – „Buena” z Władysławem Chmielewskim w grupie Small i „Hadron” z Piotrem Parzy.

Tegoroczna edycja uważana jest za najtrudniejszą w swojej historii. Bardzo silny porywisty wiatr zdziesiątkował startujących. Stosunkowo krótka trasa regat 134 Nm, dokoła duńskiej wyspy Fyn ze startem i metą w pobliżu portu Svendborg, w tym roku okazała się wyjątkowym wyzwaniem.

Zapisy do tegorocznej edycji ruszyły 3 listopada ubiegłego roku. Zaledwie po 48 minutach zamknięto listę 430 zgłoszonych jachtów. Start, jak co roku, odbyć się miał w 3 piątek września. Prognoza dla Cieśnin Duńskich, o wyjątkowo sztormowym wietrze, wprowadzała poczucie realnego zagrożenia. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, sporo jachtów nie dopłynęło do Svendborga, część z przyprowadzonych wcześniej wracała do domu na dwa dni przed startem. Końcowa weryfikacja list startowych, inspekcje bezpieczeństwa oraz potwierdzenie zgłoszeń przez zawodników wykazały 156 żeglarzy gotowych do startu w wyścigu odroczonym o jeden dzień. Była wśród nich „Buena”. Prawoskrętna trasa regat, bezpośrednio po starcie prowadzi jachty pod jedyne żeglowne przęsło mostu Svendborgsundbroen. Porywisty zachodni wiatr oraz prąd płynący z prędkością do 3,5 węzła na zachód, pod wiatr zgotowały żeglarzom prawdziwą kipiel. Dodatkowo mielizny tuż za farwaterem i promy płynące w obie strony były przyczyną wielu stłuczek, pierwszych podartych żagli, osadzeń na mieliźnie.

– Płynąc z małym fokiem i dwoma refami na grocie, bezpiecznie wystartowałem jako jeden z pierwszych – relacjonuje Władysław Chmielewski. – Zaraz po starcie pod wiatr, silny prąd porwał moją „Buenę” w kierunku mostu. W ostatniej chwili minąłem przęsło i przepłynąłem pod mostem. Zrobiłem zwrot na granicy mielizny i na lewym halsie przecinałem farwater, tuż przed promem płynącym z przeciwka. Chwilę potem przyszedł silny szkwał i znalazłem się na kursie innego zawodnika, który poluzował grota i przepuścił mnie. Sytuacja zdawał się być opanowana, a to był dopiero początek naszych zmagań. Co chwilę mijały mnie jachty które się wycofały i szybko płynęły z wiatrem. Widać było porwane lub zwinięte bezładnie żagle, czasami złamany maszt. Halsowanie przebiegało sprawnie, choć często zmieniający kierunek prąd oraz podmuchu do 30 węzłów, utrudniał żeglugę. Zgodnie z prognozą, za półwyspem Soenderhjoerne, wiatr miał się ustabilizować poniżej 20 knotów i umożliwić żeglugę pod wiatr, ale już jednym halsem. Niestety wiatr obrócił się i zwiększył prędkość. Pod wiatr o sile 36 knotów i pod prąd „Buena” płynęła tylko 1,5 węzła do przodu. Po kolejnej godzinie walki zdecydowałem wycofać się z wyścigu. W tym czasie dopłynął do mnie „Hadron”. Kiedy pomachaliśmy sobie, porywisty szkwał wyrwał wózek szotów foka i Piotr też zdecydował się wycofać. Wracaliśmy z wiatrem rozwijając duże prędkości, doganiały nas porywy wiatru powyżej 40 węzłów. Po drodze minęliśmy wysztrandowany jacht, z którego duński Costguard zdejmował żeglarza. Przed zapadnięciem ciemności bezpiecznie zacumowaliśmy w Svendborgu, praktycznie bez strat. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Oglądaliśmy złamane maszty i uszkodzone jachty. Tegoroczny wyścig ukończyły zaledwie 53 jachty.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ