< Powrót
23
września 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Thunder Bay National Marine Sanctuary
Windiate
Model szkunera „Cornelia B. Windiate”.

Słyszeliście o… tragicznych losach „Cornelii B. Windiate”?

Historia żeglugi na Wielkich Jeziorach Ameryki Północnej zaczęła się w XVII wieku, ale jeden z najsłynniejszych statków pływających po tych zimnych wodach wyruszył w dziewiczy rejs niemal dwieście lat później. Był to szkuner „Cornelia B. Windiate” – statek widmo…

Pierwszy statek w tym rejonie Ameryki Północnej to zwodowana w 1679 r. na jeziorze Erie 70-metrowa galeota „Griffin”. Jego budowniczy, Robert Sieur de La Salle,  dotarł nim z załogą, przez rzekę Detroit i jezioro St. Clair, aż do portu Green Bay na jeziorze Michigan.

Po pionierskich wyczynach Francuzów flota pływająca po Wielkich Jeziorach, zarówno pod banderą Francji, jak i Wielkiej Brytanii, a z czasem Stanów Zjednoczonych i Kanady, rozrastała się. Na przestrzeni kolejnych dekad żaglowcami transportowano niemal wszystko – od futer po surowce naturalne, takie jak miedź czy węgiel. Zanim jeszcze przekopano wszystkie kanały tworzące Drogę Wodną Świętego Wawrzyńca i otwierające transport wodny aż po Atlantyk, na statkach przewożono sól, zboże, tarcicę i wiele innych dóbr.

Jeziora odegrały też pewną rolę w czasie wojny amerykańsko-brytyjskiej w latach 1812-1814. Wiele bitew rozegrano u wybrzeży portowych miast i na jeziorach. Doszło nawet do tego, że obie floty prowadziły swoisty wyścig zbrojeń na Ontario, budując coraz większe okręty. Ostatecznie akwen utrzymali Brytyjczycy.

Po wojnie na jeziorach królowały szkunery. Większość z nich była dwu- lub trójmasztowymi jednostkami o długości ok. 70 m, zdolnymi do przewozu 100 ton towarów.

Jednym z takich szkunerów był zbudowany przez Thomasa Windiate i Jamesa Butlera trójmasztowiec „Cornelia B. Windiate”. Zwodowana w kwietniu 1874 r. jednostka nazwana została na cześć córki Windiatea. Jej portem macierzystym było Manitowoc leżące nad jeziorem Michigan.

Kariera wartego wówczas 20 tys. dolarów statku nie trwała długo. Przez kilkanaście miesięcy z powodzeniem przewoził towary z portu do portu, jednak wszystko skończyło się 27 listopada 1875 r. Tego dnia płynął z Milwaukee do Buffalo z ładunkiem ok. 735 ton pszenicy i dziewięcioosobową załogą na pokładzie. Więcej go już nie widziano…

Z podawanych później przez amerykańską prasę informacji wynika, że szkuner wypłynął w ostatni rejs przeładowany. Jego ładownie przystosowane były do przewozu towarów lżejszych o niemal dwieście ton. Także pora żeglugi była niesprzyjająca. „Cornelia” rozpoczęła rejs w ostatnich tygodniach sezonu żeglugowego. Listopad na jeziorze Michigan znany jest jako pora mroźna i nieprzewidywalna.

Ryzyko pływania w takich warunkach rekompensować armatorowi i załodze miały spore zyski, jakie można było osiągnąć dostarczając towar „na ostatnią chwilę” przed nadciągającą zimą. Niestety, chciwość i brawura nie po raz pierwszy w dziejach zwiodły żeglarzy. Statek z całą załogą przepadł bez wieści. Lokalne gazety bezskutecznie  wzywały do poszukiwania śladów „Cornelii”…

Z czasem tajemnicze zatonięcie obrosło legendą. Nikt nie wiedział co się stało ze statkiem, gdzie przepadł i w jakich okolicznościach. W końcu, siłą powtarzanych z ust do ust mrożących krew w żyłach opowieści, „Cornelia” uznana została za statek widmo dryfujący po chłodnych wodach jeziora Michigan.

Na rozwiązanie zagadki trzeba było czekać niemal sto lat. W 1986 r. na wrak statku leżącego na dnie jeziora Huron, 55 metrów pod taflą wody, natknęli się pływający w tym rejonie nurkowie. Maszty jednostki stały prosto (dziś już leżą połamane), z przymocowanym takielunkiem, a wewnątrz znajdował się wciąż dobrze zachowany ładunek zboża. Wnętrze statku było nienaruszone, a obok osiadła niewielka łódź żaglowa. Okazało się, że odnaleziony wrak to „Cornelia B. Windiate”. Szczątków załogi nie było.

Co przydarzyło się marynarzom z „Cornelii” ustalili jakiś czas później archeolodzy morscy z National Marine Sanctuary w Thunder Bay. Na podstawie historycznych danych dotyczących pogody na Wielkich Jeziorach w okresie, kiedy statek wyruszył w ostatni rejs, ustalono przebieg zdarzeń.

Przeciążony towarowiec płynął w skrajnie trudnych, niskich temperaturach przy silnym zafalowaniu. Uderzające o burtę statku fale niemal błyskawicznie zamarzały na mroźnym wietrze. Warstwa lodu, jaka zaczęła powstawać, dodatkowo obciążała statek, aż ten powoli zaczął zanurzać się pod wodę. Ostatecznie „Cornelia” osiadła na dnie jeziora Huron. Niestety, naukowcy nie potrafili wyjaśnić, co stało się z załogą i dlaczego obok wraku statku na dnie spoczywa pusta żaglówka. Los dziewięciorga ludzi płynących w pogoni za zyskiem przeładowanym szkunerem prawdopodobnie na zawsze pozostanie tajemnicą.

Trójwymiarowy skan wraku

PODZIEL SIĘ OPINIĄ