< Powrót
29
lutego 2024
Tekst:
Adam Mauks
Zdjęcie:
NN / Donor Naval Historical Collection
przesądach
Kot odpoczywający w lufie działa na australijskim okręcie HMAS „Encounter” w okresie I wojny światowej.

Słyszeliście o… żeglarskich przesądach?

Powstały głównie z braku wiedzy i ludzkiej potrzeby wiary w mity. Wiele z żeglarskich przesądów jest ciągle żywych, a ich geneza sięga starożytności.

Dzisiejsza etykieta żeglarska i tradycja w dużej mierze wynika wprost z dawnych przesądów. Choćby takich, że nie można na jachcie gwizdać, bo to może sprowadzić silniejszy wiatr. Nie wolno skrzywdzić też albatrosów, bo w nich są ukryte dusze zmarłych żeglarzy, a te ulatują również wtedy, kiedy podczas toastu stuknie się kieliszkami.

Morskich i żeglarskich przesądów jest mnóstwo. Czytając o niektórych można doznać szoku, inne budzą uśmiech, ale niektórzy żeglarze, przynajmniej w części z nich, widzą w nich sens i logikę.

Z pewnością do tych pierwszych należy zaliczyć przesąd, że za spadające na okręt i załogę różne nieszczęścia obwiniano kiedyś, pechowego załoganta, tzw. Jonasza, którego mogła za to spotkać nie tylko kpina czy chłosta, ale nawet wyrzucenie za burtę.

Do dzisiaj wielu kapitanów unika wychodzenia w morze w piątek, choć przed laty hiszpańscy żeglarze najchętniej wyruszali w nie właśnie w ten dzień tygodnia. Prawdopodobnie dlatego, że w piątek, 3 sierpnia 1492 roku, Krzysztof Kolumb rozpoczął swój słynny rejs. Żeglarze Wschodu uważali piątek za niefortunny dzień do rozpoczęcia podróży, dlatego, że był to dla nich dzień obrzędów religijnych. Przesąd ten do dziś jest popularny w Europie.

– Oficjalnie nie wierzę w przesądy, ale nieoficjalnie mam kilka – mówi Roman Paszke. – Z jednej strony nie wypada się tym chwalić, z drugiej jednak coś w tym jest, bo niektóre z nich mają uzasadnienie w historii. Są też praktyczne przesądy, jak np. ten, że nie wolno pluć na nawietrzną, bo to do nas wraca.

Roman Paszke

Roman Paszke

O brytyjskich marynarzach mówi się jako tych, którzy w Europie mocno wierzą w niektóre przesądy. W rejs nie ruszają np. w pierwszy poniedziałek kwietnia czy drugi poniedziałek maja.

Przed kilkoma wiekami żeglarze uważali, że nie można mieć na pokładzie wszelkich rzeczy kudłatych jak np. futer, bo w przeciwieństwie do pierzastych przynosiły nieszczęście. Wyjątkiem były koty, ponieważ żeglarze wierzyli, że ich obecność na pokładzie będzie ich strzegła przed sztormem. Co więcej, żony marynarzy, który akurat przebywali na morzu, trzymały w domu czarne koty, wierząc, że mogą one użyć swojej mocy i zachować w zdrowiu ich mężów. Obecność kotów na statkach ma jednak racjonalne uzasadnienie. To zwierzęta, które poprzez swoje zachowanie mogą pomóc przewidzieć np. zmianę pogody. Są wyjątkowo wyczulone na zmiany ciśnienia barometrycznego, które często zwiastują burzę. Koty są wtedy bardzo niespokojne. Oprócz tego w naturalny sposób eliminowały ze statków szczury.

Złym znakiem było też… kichanie. Kichnięcie na prawej burcie oznaczało pomyślność i szczęście w czasie rejsu, na lewej zapowiadało nieszczęście.

Przez lata kategorycznie zabraniano gwizdania na pokładzie, bo to zdaniem wierzących w ten przesąd, sprowadzało sztorm. Jedynym dopuszczalnym momentem na gwizdanie była flauta. Gwizd miał sprowadzić wiatr. Innym sposobem na odzyskanie wiatru na morzu było… przybijanie rybiej płetwy do bukszprytu lub wykrzykiwanie przekleństw, aby w ten sposób obudzić św. Antoniego i sprowokować go do poruszenia wiatru.

Istotna rolę w przesądach morskich odgrywały kobiety. I tak np. dla zapewnienia pomyślnych wiatrów żeglarze prosili, aby kobiety wchodzące na pokłady jachtów podrapały paznokciami podstawy masztów. Z drugie strony kobiety, podobnie jak karły, były niechętnie widziane na łodziach czy żaglowcach, bo zdaniem ich kapitanów jako „diabli balast” przynosiły nieszczęście. Dochodziło do tego, ze marynarze skrobali nożami ślady kobiecych stóp na pokładzie, bo uważano, że żaglowiec może być… zazdrosny o kobiety i zatonąć.

– Jedyne co nas chroni przed czymkolwiek na morzu, to dobre przygotowanie – kwituje doświadczona żeglarka, magister-inżynier po Politechnice Warszawskiej.

Paweł Tarnowski (SKŻ ERGO Hestia Sopot). Fot. Sailing Energy / World Sailing

Bardzo starym przesądem, a może bardziej zwyczajem, jest włożenie do ust zmarłego podczas rejsu członka załogi monety. To ona ma być zapłatą dla Charona, który przewozi dusze zmarłych na drugą stronę rzeki Styks. Monety pod stopą masztu, im więcej ich było tym lepiej, chroniły żaglowiec przed katastrofą.

Wielu współczesnych żeglarzy raczej z uśmiechem politowania traktuje pytania o przesądy.

– Jestem ostatnia osobą, która by wierzyła w przesądy na wodzie, ale i w życiu – mówi Paweł Tarnowski, wicemistrz świata w olimpijskiej klasie iQFOil, zawodnik Sopockiego Klubu Żeglarskiego. – W moim środowisku nie spotkałem nikogo, kto by w nie wierzył.

Co myślisz o tym artykule?
+1
6
+1
0
+1
2
+1
3
+1
1
+1
0
+1
0

PODZIEL SIĘ OPINIĄ