Kwadrans, który zmienił Mazury. Dziewiętnaście lat od tragedii na Wielkich Jeziorach
21 sierpnia 2007 roku na Wielkich Jeziorach Mazurskich zginęło dwanaście osób. Zatonęło piętnaście jachtów, około sześćdziesięciu się wywróciło, a z wody wyłowiono ponad osiemdziesiąt osób. W dziewiętnastą rocznicę przypominamy, co dokładnie wydarzyło się tamtego popołudnia, dlaczego spór o nazwę „biały szkwał” ma znaczenie i jakie lekcje z tamtego dnia obowiązują do dziś.
Tragedia-21.08.2007 na Wielkich Jeziorach Mazurskich · fot. mazury.info.pl/facebook
Tragedia-21.08.2007 na Wielkich Jeziorach Mazurskich · fot. mazury.info.pl/facebook
Tragedia-21.08.2007 na Wielkich Jeziorach Mazurskich · fot. mazury.info.pl/facebook
Tragedia-21.08.2007 na Wielkich Jeziorach Mazurskich · fot. mazury.info.pl/facebook+1Zaczęło się od ciszy. Około trzynastej nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi zrobiło się duszno i bezwietrznie, a nad południową częścią Bełdan wyrosła chmura o podręcznikowym kształcie kowadła. Ci, którzy tego dnia byli na wodzie, wspominają tę flautę jako coś nienaturalnego. Dwie godziny później nad jeziorami przetoczył się kwadrans, który na zawsze zmienił mazurskie żeglarstwo. Dziś, 21 sierpnia 2026 roku, mija dziewiętnaście lat od dnia, w którym zginęło dwanaście osób.

Chmura, która szła przez pół Polski
Z komunikatu Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej wynika, że komórka burzowa uformowała się rankiem nad Bieszczadami. Potem przesunęła się na północ, przez Roztocze i Polesie Lubelskie, a nad Niziną Podlaską napotkała silne prądy wznoszące i gwałtownie się rozbudowała. Około godziny piętnastej dotarła nad Mazury.
To, co wydarzyło się później, mieści się w kilku suchych liczbach, a każda z nich mówi o skali żywiołu. Temperatura w Mikołajkach spadła w krótkim czasie z 28 do 16 stopni. W linii szkwału prędkość wiatru sięgała 120 kilometrów na godzinę, a stacja w Mikołajkach zanotowała 35 metrów na sekundę, czyli 126 kilometrów na godzinę. Był to najwyższy wynik w historii tamtejszych pomiarów. Na Śniardwach fale przekroczyły dwa metry. Huraganowy wiatr wiał około pięciu minut i ucichł równie nagle, jak przyszedł. Potem zaczęło się przejaśniać.
W tym czasie zatonęło piętnaście jachtów. Zgłoszono trzydzieści dziewięć wywrotek, a Mazurski WOPR szacował liczbę wywróconych jednostek na około sześćdziesiąt. Niektóre przewróciły się, płynąc bez postawionych żagli. Z wody wyłowiono ponad osiemdziesiąt osób. Dwanaście osób zginęło.

Czy to naprawdę był biały szkwał
Nazwa przylgnęła do tamtego dnia natychmiast i funkcjonuje do dziś, choć wśród meteorologów i żeglarzy od lat trwa spór, czy jest właściwa. Biały szkwał w klasycznym rozumieniu to nagłe uderzenie wiatru przy czystym lub prawie czystym niebie, bez wyraźnej zapowiedzi w postaci chmury burzowej. Tymczasem 21 sierpnia 2007 roku nad jeziorami stał ogromny cumulonimbus, widoczny z daleka, a burza była w prognozach.
To rozróżnienie nie jest akademickim sporem o słowa. Ma znaczenie praktyczne, bo prowadzi do sedna tamtej tragedii: zagrożenie było widoczne i przewidziane, ale ostrzeżenie nie dotarło do wszystkich na czas, a część tych, do których dotarło, nie potraktowała go poważnie. Ratownicy WOPR wypłynęli i ostrzegali przez megafony, docierając między innymi na Niegocin, Dargin i Kisajno. Do wielu jednostek po prostu nie zdążyli. Na brzegach i w portach nie było wtedy żadnego systemu ostrzegania.
Trzy lekcje, które kosztowały najwięcej
Z relacji ratowników biorących udział w tamtej akcji wyłania się obraz, który przez dziewiętnaście lat stał się podstawą szkoleń i kampanii bezpieczeństwa.
Nikt z podjętych z wody nie miał na sobie kamizelki. To zdanie powtarzają wszyscy, którzy tamtego dnia wyciągali ludzi z jezior. Nie chodziło o brak kamizelek na jachtach, tylko o to, że leżały tam, gdzie zwykle leżą: w bakistach, pod kojami, poza zasięgiem ręki w chwili, gdy liczyły się sekundy.
Co czwarty przewrócony jacht zatonął. Wywrócona łódź powinna być ostatnią deską ratunku, na której można się utrzymać do przybycia pomocy. Tymczasem wiele jednostek poszło na dno, bo ich komory nie były wypełnione materiałem wypornościowym. Część załóg nie miała pojęcia, że pływa jachtami zatapialnymi.
Informacja nie dotarła. Biuro prognoz w Białymstoku nie dysponowało wtedy pełnym obrazem sytuacji, bo brakowało łączności z radarem meteorologicznym w Legionowie. Komunikat o burzy dotarł do ratowników mniej więcej pół godziny przed uderzeniem. Śmigłowiec ratowniczy, który wcześniej stacjonował na Mazurach, leciał tego dnia z Białegostoku.

Co zmieniło się przez dziewiętnaście lat
Zmieniło się wiele i byłoby niesprawiedliwe tego nie powiedzieć. Powstały systemy ostrzegania przed zagrożeniami na wodzie, rozbudowano bazy ratownicze, unowocześniono sprzęt. Ostrzeżenia meteorologiczne trafiają dziś na telefony, do aplikacji, na strony portów i do mediów społecznościowych. Rozwinęły się narzędzia lokalizacji osób wzywających pomocy, o czym pisaliśmy przy okazji aplikacji ŻEGLUJ! i systemu opartego na technologii satelitarnej.
Zmieniła się też świadomość. Kamizelka noszona na sobie, a nie wożona w bakiście, przestała być na Mazurach wyjątkiem. Refowanie przy pierwszych oznakach zmiany pogody przestało uchodzić za przesadę. O tym, jak wygląda dzisiejszy stan przygotowania i jakie zasady naprawdę ratują życie, pisaliśmy wczoraj w poradniku o bezpieczeństwie na wodzie.
Ale rocznica przypada w momencie, który każe zadać niewygodne pytanie. Mazurska Służba Ratownicza z Okartowa, jedna z formacji uczestniczących w akcji ratunkowej w 2007 roku, ma 17 września opuścić stację nad Śniardwami w Zdorach na mocy postanowienia komornika. Według stowarzyszenia ta baza zabezpiecza czterdzieści procent szlaku Wielkich Jezior Mazurskich, a najbliższa inna jednostka jest oddalona o blisko trzydzieści kilometrów. Jedenaście dni przed doręczeniem wezwania ta sama załoga podjęła z wody jedenaście z trzydziestu dwóch osób po wywrotce czterech jachtów na jeziorze Seksty.
Woda nie negocjuje
Żeglarstwo jest piękne między innymi dlatego, że uczy pokory. Nie ma na jeziorze takiego doświadczenia, patentu ani jachtu, które dawałyby przewagę nad chmurą idącą znad horyzontu. Można jedynie czytać znaki, wyprzedzać je decyzją i przygotować się zawczasu: założyć kamizelkę, zrefować, wrócić do portu wcześniej niż później, powiedzieć komuś, dokąd się płynie.
Dziewiętnaście lat temu na Mazurach zginęło dwanaście osób. Byli wśród nich żeglarze, wędkarze i kajakarze, ludzie, którzy przyjechali nad jeziora po to samo, po co przyjeżdżamy tam wszyscy. Najlepszym sposobem uczczenia ich pamięci nie są słowa, ale nawyk, który sprawi, że kolejna czarna chmura zastanie nas przygotowanych.






















