< Powrót
3
września 2020
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
Robert Hajduk
Błażej Wyszkowski
Błażej Wyszkowski podczas mistrzostw Polski w klasie Finn w ramach Volvo Gdynia Sailing Days.

Znani i nieznani: Błażej Wyszkowski

W 1966 roku zdobył pierwsze mistrzostwo świata w polskim żeglarstwie, a w 1972 roku wystartował na igrzyskach olimpijskich na Finnie. W tej klasie Błażej Wyszkowski wciąż pływa i nie zamierza kończyć kariery.

– Jak trafił pan do żeglarstwa?

– Jako mały chłopak zetknąłem się z żeglarstwem w klubie młodzieżowym MKSW Olsztyn. Po pewnym czasie zacząłem pływać z bratem, Krzysztofem, na Cadecie jako załogant. Zakwalifikowaliśmy się nawet na mistrzostwa Polski, ale współpraca nam się nie układała i pojechał na tę imprezę z innym załogantem.

– Pokłóciliście się?

– Nie potrafiliśmy się dogadać na wodzie, chociaż jako załogant pasowałem do niego gabarytami. Mój brat był nadzwyczaj wyrośnięty – w wieku 14 lat miał już 180 cm wzrostu. Między nami było 30 centymetrów wzrostu i 30 kilogramów wagi różnicy.

– Poradził pan sobie jednak.

– Jesienią 1963 roku dostałem Cadeta po koledze, który skończył 17 lat i nie mógł już pływać. Zostałem sternikiem i zbierałem doświadczenie. W następnym roku na mistrzostwach Polski w Giżycku byłem 29. i przyjęto mnie do kadry narodowej. To był wielki sukces. W 1964 roku na mistrzostwach Polski byłem już 12., a rok później drugi. Dzięki temu zakwalifikowałem się na mistrzostwa świata. W 1965 roku zająłem dwunaste/trzynaste miejsce ex aequo, a w 1966 roku z Andrzejem Nowickim zdobyliśmy mistrzostwo świata. W wielkim stylu i z wielką przewagą – w ostatnim wyścigu nie musieliśmy nawet startować. I tak zostałem pierwszym mistrzem świata w historii polskiego żeglarstwa.

– Później zmienił pan klasę?

– W 1967 roku przesiadłem się OK Dinghy. Nie miałem warunków fizycznych, ale że nie znalazłem partnera do żeglowania na łodzi dwuosobowej, byłem zmuszony pływać na jednoosobowej. W moim Technikum Budowlanym uczyliśmy się popołudniami, a wszyscy ewentualni kandydaci zaczynali lekcje rano… Jakoś sobie radziłem, niemniej od razu po przejściu do Akademickiego Związku Sportowego w Olsztynie zacząłem pływać na Finnie. Już w 1969 roku zakwalifikowałem się na mistrzostwa Europy Juniorów we Francji. Zająłem piąte miejsce. W 1972 roku, w wieku 23 lat, wygrałem eliminacje i pojechałem na igrzyska olimpijskie do Kilonii. Zmagania zakończyłem na 24 pozycji. W 1973 roku jeszcze pływałem, ale wiosną następnego roku pożegnałem się z żeglarstwem regatowym. Wróciłem do nauki i rozpocząłem studia na Politechnice Gdańskiej.

– Trudno było zwyciężyć w krajowych eliminacjach do igrzysk olimpijskich? Udało się panu pokonać m.in. legendę polskiego Finna, Andrzeja Andy Zawieję.

– Było wówczas w Polsce wielu dobrych Finnistów w moim wieku i nieco starszych. A przyczyną sukcesu było to, że byłem bardzo dobry na silnym wietrze. I nawet jak gorzej mi poszło przy słabych i średnich, nadrabiałem przy silnym.

– Na regatach za granicą było trudniej o dobry wynik. Rywale mieli lepsze łódki?

– Różnica techniczna była przeogromna. W tym czasie rządził amerykański model Finna z laminatu – Newport. Kiedy w 1968 roku Andy Zawieja wystartował na mistrzostwach świata na modelu Elvstrøm, okazało się, że tylko on z czołówki nie pływał na Newporcie. Ja też pływałem na drewnianym kadłubie z Chojnic, który z początku miał drewniany maszt, ale później otrzymałem maszt Jörga Brudera. Z oszczędności kupiłem też sobie szwedzki żagiel firmy Marinex, który był świetny przy silnych wiatrach. Na tym zestawie byłem szybszy od moich konkurentów z Polski, a przy silnym wietrze potrafiłem na mistrzostwach Europy zajmować nawet drugie miejsce w wyścigu.

– Wybrał pan studia na Politechnice Gdańskiej z powodu bliskości morza?

– Obiecano mi, że jak przeniosę się do Akademickiego Klubu Morskiego w Gdańsku, będę mógł trenować na Zatoce Gdańskiej. Zależało mi na tym, bo wszystkie poważne imprezy odbywały się na otwartych akwenach, a w Olsztynie były tylko jeziora. Okazało się jednak, że zostałem wpuszczony w maliny i nie ma szans, żeby wypłynąć na Zatokę. Trenowaliśmy na Martwej Wiśle. Wtedy zakończyłem karierę i poszedłem na studia.

– Żeglował pan dalej rekreacyjnie?

– Po zdaniu sprzętu, przez dekadę nie miałem kontaktu z żeglarstwem. Dopiero w 1984 roku, kiedy przebywałem w RFN, zobaczyłem model Finna Newport, o którym zawsze marzyłem. Kupiłem go i pływałem do 1990 roku. Przestałem, kiedy mój syn zaczął żeglować na Optimiście i jego regaty kolidowały z moimi. Ale w ubiegłym roku nabyłem 25-letniego Finna i wróciłem do pływania.

– Co pana do tego skłoniło?

– Dwa lata temu odwiedziłem w Górkach Zachodnich Finnistów podczas mistrzostw Polski mastersów. Zostałem przez nich tak serdecznie przywitany, że pomyślałem, żeby może znów wsiąść na Finna. W ubiegłym roku zdecydowałem się na kupno łódki i od tego czasu żegluję. W miarę regularnie przygotowuję się fizycznie do regat i kondycyjnie dobrze je znoszę. Pływanie sprawia mi wielką przyjemność i satysfakcję.

– Marzy pan o zdobyciu jakiegoś medalu?

– Zdaję sobie sprawę, że na to jeszcze za wcześnie i muszę się lepiej przygotować do następnego sezonu. Myślę o kupnie nowego żagla na słaby i średni wiatr. Muszę też trochę przytyć, bo brakuje mi 15-25 kilogramów.

Błażej Wyszkowski, ur. 3 lutego 1949 w Olsztynie. Żeglarz, uczestnik igrzysk olimpijskich w 1972 roku oraz działacz opozycyjny. Absolwent Budownictwa Lądowego na Politechnice Gdańskiej. Współzałożyciel Studenckiego Komitetu Solidarności Wyższych Uczelni Trójmiasta oraz współpracownik Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, działacz NSZZ Solidarność. Za osiągnięcia sportowe odznaczony srebrnym Medalem za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, a za działalność niepodległościową Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Krzyżem Wolności i Solidarności oraz Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ