< Powrót
11
grudnia 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Wacława Petryńskiego
petryński
Wacław Petryński.

Znani i nieznani: Wacław Petryński

Żeglarz, naukowiec, pedagog i wybitny tłumacz książek fachowych z języków angielskiego i niemieckiego. Pochodzi z Wrocławia, mieszka w Świętochłowicach. Z żeglarstwem jest związany od najmłodszych lat. Przedstawiamy sylwetkę kpt. Wacława Petryńskiego.

– Rzeczywiście, wychowałem się na odległym od morza krańcu Polski, ale wodniakiem jestem niemal od zawsze – wspomina Wacław Petryński. – Jako trzylatek słuchałem piosenek śpiewanych przez mojego dziadka, a jedną z nich była popularna przed laty „La Paloma”. Tam jest taki fragment: Chłopcy na nas już czas/Morze woła dziś was/Szare fale zuchwale dno morskie/Dziś nam pokazać chce. I tak mi to morze zostało w pamięci i w sercu. Ale z żaglami miałem okazję zmierzyć się dopiero jako nastolatek, choć nie na morzu. Szczerze mówiąc, cała ta moja przygoda żeglarska zaczęła się trochę z lenistwa. Jako 13-letni chłopak uznałem, że wypadałoby uprawiać jakiś sport. Pomyślałem, że żeglarstwo będzie najlepsze, bo człowiek siedzi na łódce, wiatr wieje w żagle, a to wszystko samo jedzie po wodzie. Byłem przekonany, że się nie napracuję, będę chodził w glorii sportowca, a dziewczyny będą życzliwiej na mnie patrzeć. Cóż, kiedy po pierwszych regatach na Finnie zlazłem z łódki na czworakach, już wiedziałem, że tak łatwo nie będzie. Ale z żeglarstwa nie zrezygnowałem.

Klasa Finn miała być, zdaniem trenerów z klubu AZS Wrocław, najlepsza dla dużego i silnego chłopaka. Niestety, Wacław do ścigania w regatach serca nie miał. Marzyły mu się dalekie rejsy po morzach i oceanach. Dlatego już w wieku 16 lat zdał egzamin na sternika jachtowego, a dwa lata później na sternika morskiego.

– Kiedy udało mi się, po zdobyciu patentu, załapać na rejs morski w celu zdobycia godzin stażowych, co dla ludzi z interioru nie było wtedy wcale łatwe, to na morzu dopadła mnie potężna choroba morska. Po zejściu na ląd obiecałem sobie, że już nigdy w życiu nie popłynę w morze. Oczywiście rok później postarałem się o udział w kolejnym rejsie. Tym razem płynąłem pod dowództwem Zbyszka Szpetulskiego. Kiedy przejrzał moją książeczkę żeglarską, stwierdził, że skoro mam jakieś pojęcie o żeglarstwie, będę jego trzecim oficerem. A skoro zostałem „szarżą”, nie mogłem pozwolić sobie na żadne mazgajstwo i choroby morskie. Trochę jeszcze mi takie problemy doskwierały, ale już w niewielkim stopniu, a przy okazji kolejnych rejsów ustąpiły całkowicie. W każdym razie, w wieku lat 20 byłem już kapitanem bałtyckim, a cztery lata później zostałem kapitanem „wielkim”. Było to rok po studiach, bo magisterkę obroniłem w 1974 r., a stopień kapitański uzyskałem w 1975 r.

Po ukończeniu Politechniki Wrocławskiej Wacław Petryński został przyjęty na studia doktoranckie. Po dwóch latach jednak  zrezygnował z kariery naukowej na rzecz żeglarstwa.

– Szykowała się wyprawa „Josephem Conradem” do Stanów Zjednoczonych, którą miała poprowadzić Teresa Dudzic – opowiada kpt. Petryński. – Zgłosiła się do mnie i powiedziała, że jeśli popłyniemy do Stanów, będę trzecim oficerem, a jeśli nie, to będę dowodził „Conradem” w rejsie dookoła Europy. Zrealizowała się ta druga wersja. Tymczasem mój szef na Politechnice stwierdził, że albo zostaję na uczelni i robię doktorat, albo płynę w rejs i nie mam po co wracać. Zgodnie z zasadą, że jeśli żeglarstwo przeszkadza ci w nauce, rzuć naukę, wybrałem prowadzenie „Conrada”. Ten rejs bardzo wiele mnie nauczył, ale niestety po powrocie nie miałem już pracy. Na szczęście w miarę szybko znalazłem zatrudnienie jako fizyk w Instytucie Niskich Temperatur Polskiej Akademii Nauk.

Dwa lata później Jacht Klub AZS Wrocław zorganizował rejs „Balladą” do USA. Do Stanów jacht prowadził kapitan Janusz Marjański, w rejsie powrotnym dowodził Wacław Petryński.

– To był bardzo fajny jacht – wspomina kapitan. – Osiemdziesiątka z kadłubem bliźniaczym do kadłuba „Poloneza” kapitana Krzysztofa Barańskiego, z tym że jego jacht miał dwa maszty, a nasz jeden. Za to mieliśmy dwa razy więcej żagla niż on. To był pamiętny rok 1979, kiedy wydarzyła się tragedia na Fastnecie, ogromny sztorm, który pochłonął życie 15 uczestników regat. Podczas przyjęcia w polskim konsulacie w Nowym Jorku spytano nas, czy nie boimy się wypływać na ocean, skoro tamtych żeglarzy spotkało coś takiego. Nie baliśmy się, bo mając jako takie pojęcie o meteorologii, wiedzieliśmy, że tego typu zjawiska zdarzają się dość rzadko, a skoro w tym roku już się zdarzyło, kolejne nie nadejdzie tak szybko. I faktycznie, rejs przebiegał spokojnie. Dopiero na Morzu Północnym i na Bałtyku dostaliśmy solidnie w kość.

Po tym atlantyckim rejsie Wacław Petryński zajął się działaniem na rzecz rodzimego klubu i żeglował na krótszych dystansach. Zaangażował się w działalność Wrocławskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, a później Polskiego Związku Żeglarskiego. Tłumaczył też literaturę żeglarską na język polski.

–  Zacząłem od „Heavy weather sailing” Adlarda Colesa – mówi żeglarz. – Miałem dwa cele. Po pierwsze chciałem dorobić, po drugie poduczyć się języka. To pierwsze się udało. Niestety co do nauki języka było gorzej, bo żeby go lepiej poznać, trzeba rozmawiać. Nie ma innej metody. Jakiś czas później, już na początku lat 90, zadzwonił do mnie szef wydawnictwa Penta, któremu polecił mnie Krzysiek Baranowski i poprosił o tłumaczenie pięknie wydanego albumu o jachtingu. Robiłem następnie kolejne tłumaczenia, głównie dla wydawnictwa Almapress. Ostatnią tłumaczoną przeze mnie książką była „Nawigacja astronomiczna dla żeglarzy” Mary Blewitt. Przy okazji tej książki sprawdziło się porzekadło, że czym skorupka za młodu… Otóż w czasach, w których ja i moi koledzy uczyliśmy się do egzaminu na kapitana jachtowego, astronawigacja była dla nas królową nauk nawigacyjnych. Każdy za punkt honoru stawiał sobie opanować jej wszelkie tajniki. To przydawało się później w dalekich rejsach, bo przecież żadnych GPS-ów nie było, a my trafialiśmy tam, gdzie chcieliśmy trafić. Po latach wziąłem tę książkę „na warsztat” i, mimo że nie używałem sekstantu od lat, ta literatura okazała się bułką z masłem.

Nasz rozmówca po latach spędzonych we Wrocławiu przeniósł się na Górny Śląsk, gdzie kontynuował działalność na rzecz żeglarstwa oraz pracę dydaktyczną i naukową. Jeszcze we Wrocławiu podjął pracę na tamtejszej AWF, a po przeprowadzce trafił do Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Dziś wciąż pracuje na prywatnej uczelni, Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej. W ostatnim czasie wydał w Stanach Zjednoczonych książkę poświęconą antropokinetyce. Ma też w zapasie nieopublikowaną w Polsce książkę – podręcznik dla kandydatów na młodszych instruktorów żeglarstwa.

– Uważam, że psychologia, pedagogika i dydaktyka oraz antropokinetyka są pomijane w szkoleniu żeglarskim, dlatego chciałem uzupełnić tę lukę  – mówi autor. – Ta książka powstała jakieś 10 lat temu. Sprawa się ślimaczyła, mimo decyzji poprzedniego prezesa PZŻ Wiesława Kaczmarka, by ją wydać. A dziś, gdyby książka miała trafić do czytelników, przeorałbym treść, uczynił ją mniej akademicką, no i przede wszystkim skróciłbym do maksymalnie stu stron. Jeśli okaże się, że ktoś jest zainteresowany publikacją, chętnie to zrobię.

Wacław Petryński zasiadał też w Głównej Komisji Szkolenia PZŻ (przez jedną kadencję był jej przewodniczącym). Był członkiem zarządu International Sailing Schools Association oraz Training and Development Committee w International Yacht Racing Union, przekształconej później w ISAF, a obecnie w World Sailing.

– Teraz wprawdzie zatrudniają mnie jeszcze na uczelni, ale przede wszystkim jestem emerytem – mówi Wacław Petryński. – Więcej czasu, w miarę możliwości, poświęcam wnukom. Mam ich czwórkę i wszystkie mieszkają w Oslo. Kiedy trafia mi się trochę czasu wolnego, wolę spacery z nimi ponad wszystko inne. Mam syna i dwie córki, cała trójka to aktywni żeglarze, ale dawno już nie żeglowaliśmy wspólnie.

Wacław Petryński: jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, instruktor wykładowca, doktor inżynier, dziekan Wydziału Zamiejscowego Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach. Pracował w Instytucie Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN i w Akademiach Wychowania Fizycznego we Wrocławiu i w Katowicach. Wybitny instruktor żeglarstwa w kraju i za granicą. W rejsach po Bałtyku, Morzu Północnym, Morzu Śródziemnym i Atlantyku przebył około 40 000 mil, z tego ponad 30 000 jako kapitan. Autor wielu artykułów i książek o żeglarstwie, w tym angielsko-polskiego słownika żeglarskiego. Mieszka w Świętochłowicach.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ