< Powrót
16
października 2020
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Andrzeja Kowalczyka
Kowalczyk
Andrzej Kowalczyk.

Znani i nieznani: Andrzej Kowalczyk

Urodził się nad wodą i całe dzieciństwo spędził bawiąc się w wodzie. Z czasem został żeglarzem. Kiedy musiał opuścić Polskę nie porzucił swojej pasji. Żegluje i wydaje książki poświęcone dziejom i najważniejszym postaciom polskiego żeglarstwa. O tym wszystkim w rozmowie z nami mówi Andrzej Kowalczyk.

– Jak został pan żeglarzem?

– Urodziłem się nad Wisłą, w Puławach. Rzekę widziałem z okien domu i całe dzieciństwo bawiłem się nad wodą i w wodzie. Mój tata pływał kajakami, od niego zaraziłem się wodniacką pasją. Zanim poszedłem do podstawówki, częściej spędzałem czas na wodzie, niż na lądzie. Potem był klub Ligi Przyjaciół Żołnierza i kolejny, Ligi Obrony Kraju. Wtedy, w latach 50. i 60., każde miasteczko leżące nad rzeką miało swój klub wodniacki. Stopień żeglarza jachtowego zdawaliśmy na starej łajbie typu DZ. Pływało się na niej w 6 osób, a egzamin polegał na wykazaniu się umiejętnością wiosłowania, sterowania i stawiania żagla, który był dość ciężki i konieczne były do tego dwie osoby.

– Ale to pana nie zniechęciło…

– Wcale. Tym bardziej, że później dostaliśmy klubowe Cadety i na nich startowaliśmy w regatach od Sandomierza po Warszawę. Należałem też do harcerskiej drużyny żeglarskiej. Kwatera Główna ZHP kupiła nam łódki klasy Pirat, bardzo popularne w latach 60. Na nich pływaliśmy aż na Śniardwy i Mamry – Wisłą, Narwią i Pisą.

– Jak wielu młodych ludzi marzył pan pewnie o marynarskiej przygodzie.

– Wszystkim nam marzyła się kariera marynarska. Chcieliśmy dostać się do ówczesnej Państwowej Szkoły Morskiej. Niestety, był jeden haczyk – można było zdać egzamin, ale to komisja weryfikacyjna decydowała o przyjęciu i przydziale na konkretny kierunek. Trzykrotnie zdawałem na nawigację, niestety byłem „podpadnięty” już na starcie, bo miałem pochodzenie inteligenckie, a preferowano kandydatów z punktami za pochodzenie robotnicze i chłopskie. Chciałem być kapitanem, a proponowano mi kierunek elektryczny lub mechaniczny, a nawet intendenturę. Nie chciałem się na to zgodzić i tak oto nie zostałem kapitanem floty handlowej.

– Mieszkał pan w Puławach. Czy to oznaczało pływanie tylko po śródlądziu?

– W tym okresie zaczęliśmy pływać po Zatoce Gdańskiej. Żeby móc to robić, uzyskałem patent sternika jachtowego z rozszerzeniem, co dawało uprawnienia do żeglowania właśnie po Zatoce.

– Poza żeglowaniem zajmował się pan knuciem przeciwko władzy ludowej…

– To ma swój początek także w żeglarstwie. Zaczęło się w 1965 roku, kiedy cały kraj obchodził 20-lecie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Z tej okazji organizowany był m.in. gwiaździsty zlot harcerskich drużyn wodniackich w Warszawie. Nasza drużyna miała uczestniczyć w paradzie, a zadanie, jakie nam przydzielono polegało na ciągnięciu platformy, na której szczycie ustawiona była klatka z gołębiami. Te gołębie miały w odpowiednim momencie, tuż przed trybuną honorową, wylecieć klatki i wzbić się w niebo. Oficjele partyjni mieli bić brawo i w ogóle miało być podniośle i radośnie. Za pociągnięcie liny opuszczającej zasłonę i otwierającej klatkę we właściwym momencie odpowiedzialny byłem ja. Starałem się zrobić wszystko jak należy, ale jakoś nie szło.

– Co się stało?

– Ciągnąłem ten sznurek, szarpałem, a zasłona nie chciała opadać, klatka się nie otwierała. Kiedy się w końcu udało, zrobiło się zamieszanie. Jacyś ludzie zaczęli do nas podbiegać, spychali platformę na bok, starali się nas zasłonić. Okazało się, że owszem – sznurek odsłonił materiał, na którym było napisane „Niech żyje 22 lipca!”, tylko że ktoś dopisał tam „Dawniej E. Wedel”. Chodziło oczywiście o przedwojenną nazwę i właściciela słynnej na całą Polskę i na cały świat czekolady, którą władze komunistyczne znacjonalizowały i nazwały właśnie 22 Lipca.

– Co było potem?

– Rozpoczęło się śledztwo. Spytano, kto pociągnął za sznurek. No oczywiście ja. Założyli mi kartotekę.

– Ale z działalności opozycyjnej pan nie zrezygnował.

– Kiedy powstała Solidarność, oczywiście przyłączyłem się. Zająłem się wydawaniem niezależnego biuletynu, którego treści nie podobały się Służbie Bezpieczeństwa. Później byłem dziennikarzem akredytowanym na I Zjazd NSZZ Solidarność. Na tym zjeździe byłem jednym z wydawców biuletynu satyrycznego pod nazwą „Pełzający Manipulo”. W jednym z numerów zamieściliśmy dwa rysunki – pierwszy na stronie tytułowej, drugi na ostatniej. Oba przedstawiały śpiącego niedźwiedzia i gromadkę ludzi wokół niego. Jeden opatrzony był komentarzem: „Stary niedźwiedź mocno śpi. My się go boimy, cichutko chodzimy, jak się zbudzi to nas zje”. W przypadku drugiego rysunku ten sam komentarz kończy się słowami: „Jak się zbudzi to nam pomoże”. Niedźwiedź miał twarz do złudzenia przypominającą wizerunek ówczesnego I sekretarza KPZR Leonida Breżniewa. Tego dla władzy było już za dużo. Uznano, że to obraza przywódcy zaprzyjaźnionego państwa.

– W tamtych czasach to dość poważny zarzut. Próbował się pan bronić?

– Zachowałem się raczej nietypowo. Powiedziałem, że skoro przywódca czuje się obrażony, to ja do niego chętnie pojadę, żeby go przeprosić i się pogodzić. Stwierdziłem, że napijemy się wódki i jak mi wybaczy to wszystko będzie w porządku, a jak nie, to trudno, mogą mnie zamknąć. Złożyłem im taką propozycję, tylko powiedziałem, że potrzebuję paszportu.

– Dali ten paszport?

– Dali. I kazali się wynosić. Tylko odtransportowali mnie nie na wschód, a na zachód, do granicy niemieckiej. I tak oto trafiłem do Francji. Myślałem, że za jakiś czas, kiedy opozycja przejmie władzę, wrócę do kraju. Było to dwa miesiące przed wprowadzeniem stanu wojennego. Do Polski na stałe już nie wróciłem.

– Z żeglarstwa na emigracji pan nie zrezygnował…

– Najpierw zacząłem wydawać polskojęzyczną gazetę dla Polaków, a następnie rozglądać się za jakimś jachtem. Mieszkałem wtedy w rejonie paryskim i najbliżej było mi do Kanału La Manche. Kolega miał jacht i przez kilka lat razem pływaliśmy. Pewnego razu powiedział, że gdybym i ja miał jacht, moglibyśmy skrzyknąć innych żeglujących Polaków we Francji i założyć polski yacht club. Zaraziłem pomysłem swojego syna, który miał wtedy 17 lat i spędzał wakacje na południu nad Morzem Śródziemnym.

– Zlecił mu pan kupno jachtu?

– Jan Jack, po wielu perypetiach i poszukiwaniu funduszy, których obaj nie mieliśmy, kupił na spółkę z kolegą stary drewniany jacht. Razem go remontowali przez rok. Syn się uparł i nie mając wielkiego doświadczenia żeglarskiego, wyruszył z tym kolegą i dwiema koleżankami w rejs dookoła świata. Pod drodze mieli perypetie z silnikiem, jeszcze na Morzu Śródziemnym i dziewczyny się przestraszyły. Wysiadły w Gibraltarze. Kolega Jana, jak się okazało, cierpiał na nietypową chorobę lękową i po przepłynięciu Atlantyku, na Karaibach, zrezygnował z dalszego rejsu. A mój syn popłynął dalej, zatrzymując się w różnych miejscach. Nie miał pieniędzy, więc dorabiał sobie, żeby móc kontynuować wyprawę. Po drodze spotkał w Panamie Nataszę Caban, która właśnie kończyła swój rejs.

– Udało mu się zrealizować marzenie o rejsie dookoła świata?

– Tak. A po powrocie do Francji stwierdził, że utrzymanie starego, drewnianego jachtu z roku 1934 jest dość drogie. Sprzedaliśmy go i kupiliśmy Dufoura 31. Teraz żeglujemy nim po Morzu Śródziemnym z małymi wypadami na Atlantyk.

– Skąd pomysł, żeby zająć się wydawaniem książek poświęconych żeglarstwu?

– To wzięło się z pierwszych żeglarskich lektur. Z czasów, kiedy czekaliśmy na kolejne numery „Żagli” czy „Morza”. Innych czasopism żeglarskich nie było, a do naszego kiosku przychodziły po jednym egzemplarzu. Myśmy czytali te miesięczniki od A do Z, dyskutowaliśmy o nich, robiliśmy notatki i próbowaliśmy pisać własne relacje z żeglarskich wypraw. Była też seria „Miniatury Morskie” wydawana od końca lat 50. aż do 1978 roku. Miałem wszystkie numery. W tamtych czasach żeglarskie lektury bardzo nas inspirowały. Także do budowy łódek. Na podstawie planów z „Młodego Technika” zbudowaliśmy łódź i kajak. Łódź była – zgodnie z planami, z papieru – wzmocniona klejem kazeinowym z braku kleju wodoodpornego. Oczywiście po przepłynięciu paru metrów na wodzie nasza łajba się rozsypała. Ludzie na brzegu mieli spory ubaw. Kajak był ze sklejki i spisywał się lepiej.

– Miał pan jakieś pojęcie o działalności wydawniczej?

– Przez wszystkie lata działalności opozycyjnej nauczyłem się drukować i kiedy trafiłem do Francji, i przekonałem się, że tam można sobie kupić offset, samodzielnie pisać oraz wydawać, co się chce, że nie ma cenzury, postanowiłem skorzystać z tej możliwości. Tym bardziej, że żeglarze z Polski i z emigracji z czasem zaczęli przysyłać swoje teksty, które z przyczyn rynkowych nie mogły się doczekać publikacji w krajowych wydawnictwach.

– Pański cykl nawiązuje do tradycji „Miniatur Morskich”.

– Postanowiłem wydawać książki poświęcone polskim żeglarzom i polskiemu żeglarstwu pod szyldem „Miniatury Żeglarskie”. W 2017 wydałem „Rejs Władysława Wagnera” autorstwa mieszkającego w Kanadzie Zbigniewa Turkiewicza, a potem kolejne. Między innymi Władka Bożka „Regaty bez powrotu” i „Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi”, mojego autorstwa „Vendée Globe”, Jerzego Kulińskiego „Opowiadania Bałtyckie z myszką”, czy ostatnio „Bitwę o Gotland”.

– Czy dziś jest zapotrzebowanie na takie lektury?

– Dotychczas w świat poszło ponad tysiąc pięćset egzemplarzy tych książek, czyli jakieś zainteresowanie jest. Rozsyłam też egzemplarze do bibliotek. Wprawdzie nie zarabiam na tym wydawnictwie, ale też nie ponoszę jakichś ogromnych kosztów. Całe wydawnictwo prowadzę w zasadzie sam.

– Jakie są najbliższe plany wydawnicze?

– Chcę wydać publikację o kultowych regatach Błękitna Wstęga Zatoki Gdańskiej, ale o materiały źródłowe nie jest łatwo, bo wszystko co jest dostępne w internecie, zaczyna się od 2000 roku. A regaty przecież organizowane są od roku 1952. Zwróciłem się do klubu „Stal” z prośbą o jakieś informacje, dane, kopie dokumentów. Mam nadzieję, że uda się coś zebrać.

– A jakie są pańskie plany żeglarskie?

– Planów mam sporo. Chciałbym przepłynąć Atlantyk. Może uda się w regatach Setką przez Atlantyk, ale na razie nie wiadomo, czy i kiedy się odbędą. Być może zresztą setkowicze przerzucą się na nową klasę 5.80? Zobaczymy. Wspólnie z kolegami we Francji planujemy też zorganizować regaty wokół Korsyki. Na wzór Bitwy o Gotland. Na Morzu Śródziemnym, jeśli już są duże regaty, to dla bogatych żeglarzy na drogich jachtach. Wyścigów dla „klasy średniej” brakuje. Może uda się coś takiego stworzyć. Jesteśmy po pierwszych rozmowach z lokalnymi decydentami.

Andrzej Kowalczyk – ur. 12 września 1949 r. w Puławach. Sternikiem jachtowym został już w 1964 roku. Patent instruktora żeglarstwa uzyskał trzy lata później w ZHP. Z wyksztalcenia geograf po UMCS w Lublinie. Żegluje na 10-metrowym Dufourze 31. Pływa wokół Francji, na Atlantyku i Morzu Śródziemnym. Działalność wydawniczą rozpoczął jeszcze w Polsce. Pisywał do miesięcznika studenckiego „Radar”. Od 1981 r. publikował w prasie morskiej i pracował w Radiu Wolna Europa. Od 1982 roku prowadzi własne wydawnictwo. Od 2017 roku wydaje serie „Miniatury Żeglarskie”.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ