< Powrót
12
marca 2021
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
arch. Wiktora Dworznikowskiego
Wiktor Dworznikowski
Wiktor Dworznikowski (z prawej) wręczający polską banderkę Maciejowi Marczewskiemu z „Sailing Poland”.

Znani i nieznani: Wiktor Dworznikowski

Jest nazywany ambasadorem polskiego żeglarstwa w Wielkiej Brytanii i nie ma w tym ani krzty przesady. Wiktor Dworznikowski stworzył w Plymouth gościnny port dla naszych żeglarzy.

Urodził się 4 września 1968 roku w Toruniu, gdzie studiowali jego rodzice, ale dorastał w Gdyni. Z żeglarstwem związany był od zawsze, a od 1975 roku rozpoczął treningi na Optimiście w Yacht Klubie Stal Gdynia.

– Jeszcze się nie urodziłem, a już pływałem – podkreśla. – Rodzice w sierpniu byli na Mazurach, a ja przyszedłem na świat we wrześniu – czyli mama żeglowała w 9 miesiącu ciąży! Ojciec od ponad 50 lat jest członkiem Jacht Klubu Marynarki Wojennej Kotwica, działa też z SKŻ Ergo Hestia Sopot, a wcześniej związany był z Centrum Wychowania Morskiego ZHP. Z kolei dziadek był harcmistrzem i często żeglował na Mazurach.

W „Stali” Wiktor Dworznikowski przeszedł klasyczne szkolenie regatowe, pływając w klasie Optimist i Cadet, a zimą latając na bojerach. Ściganie się nie było jednak jego ulubionym zajęciem. Od 14 roku życia pływał rekreacyjnie na obozach żeglarskich na Kaszubach i Mazurach. Brał udział także w rejsach morskich organizowanych przez Jacht Klub Marynarki Wojennej Kotwica. Od liceum żeglował rzadziej – najpierw na przeszkodzie stanęła nowa pasja – gra w rugby w Ogniwie Sopot, a następnie służba wojskowa i pierwsze kroki w dorosłym życiu.

– Kiedy wyszedłem z wojska na początku lat 90. było ogromne bezrobocie, szalała inflacja i nie wiedziałem co z sobą zrobić – wspomina. – Przypadkowo trafiłem w gazecie na ogłoszenie, że pojawia się w Polsce nowy zawód – pracownik ochrony. Ukończyłem kurs jako jedna z pierwszych osób w kraju i dostałem propozycję pracy w firmie, która zbierała pieniądze ze sklepów. Były to czasy skórzanej torby przyczepianej łańcuchem do paska, pobierania gotówki z tyłu delikatesów i zawożenia do banku dużym Fiatem albo Polonezem z metalową skrzynią w bagażniku. Później ochraniałem m.in. przedstawienie plenerowe na „Darze Pomorza” i Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, dzięki czemu miałem okazję poznać Daniela Olbrychskiego, Czesława Niemena i Bogusława Lindę.

Niepewna sytuacja w branży spowodowała, że w 1993 roku Wiktor Dworznikowski wyjechał na Zachód. Na początku dużo podróżował – w samej Francji autostopem przejechał ok. 10 000 km. Zatrudniano go dorywczo przy winobraniu, w hotelach, a nawet w cyrku. Pracując w pubie w Courchevel w Alpach Francuskich poznał swoją przyszłą żonę, Elizabeth Williams. Szybko zostali parą, wspólnie pracując i podróżując po Europie. W San Remo zaciągnęli się nawet na luksusowy jacht, na którym pływali po Morzu Śródziemnym. W 1995 roku pobrali się i zamieszkali w Londynie. Wiktor Dworznikowski początkowo pracował w branży budowlanej, ale kiedy w 2000 roku urodził się im syn, stwierdził, że czas na zmiany.

Wiktor Dworznikowski

Wiktor Dworznikowski jako szkutnik w National Maritime Museum w Falmouth w 2003 roku.

– Opuściłem rodzinę na 9 miesięcy i wyjechałem do Falmouth, gdzie skończyłem Falmouth Marine College i zdobyłem wykształcenie szkutnicze – opowiada. – Chciałem w ten sposób zdobyć zawód związany z moim dotychczasowym doświadczeniem oraz pasją żeglarską – tym bardziej, że w tym okresie kupiliśmy naszą pierwszą łódkę. W 2003 roku sprzedaliśmy dom i przeprowadziliśmy się do Plymouth, gdzie zostałem zatrudniony w stoczni jachtowej. Budowałem 23-metrowe jachty motorowe, ale po trzymiesięcznym okresie próbnym zrezygnowałem. To nie było szkutnictwo, tylko produkcja jachtów – a nie chciałem pracować w fabryce. Wróciłem do budownictwa, a w 2011 roku uzyskałem dyplom inżyniera budownictwa po ukończeniu Uniwersytetu w Plymouth.

Nieudana przygoda z przemysłem jachtowym nie zniechęciła Wiktora Dworznikowskiego do żeglarstwa. Niedługo później w Starych Jabłonkach na Mazurach kupił domek i łódkę na wakacyjne wypady z rodziną. Przypadek zadecydował, że za sprawą mazurskich znajomości stał się filarem najważniejszych polskich oceanicznych rejsów.

– W 2011 roku zadzwonił do mnie żeglarz, u którego trzymam moją mazurską łódkę, z prośbą, czy bym się nie zajął jego kolegą, Krzysztofem Kołakowskim, który przyjeżdża do Plymouth na regaty – opowiada. – Zgodziłem się, a Krzysztof przyjechał z Radkiem Kowalczykiem. Chłopaki zostawili u nas mnóstwo sprzętu, silnik zaburtowy i niepotrzebne klamoty. Popłynęli, wrócili, pojedliśmy, popiliśmy, pogadaliśmy. I zaczęło być w środowisku głośno, że w Plymouth jest pomocny Polak. Radek wrócił w 2013 roku na kolejne regaty, a na OSTAR pojawił się Krystian Szypka z Jarkiem Kaczorowskim i Markiem Gałkiewiczem oraz Asia Pajkowska z Alkiem Nebelskim. Moje zaangażowanie weszło na kolejny poziom, bo „Sunrise” uszkodził kil w Kanale Kilońskim i trzeba go było wyciągnąć z wody, a Krystian, Jarek i Marek nie mieli gdzie mieszkać. Zaprosiłem ich do nas – żona to zaakceptowała, a teściowa bardzo pomogła.

Wiktor Dworznikowski

Wiktor Dworznikowski z Szymonem Kuczyńskim w Danii w 2018 roku.

Z regat na regaty dom Wiktora Dworznikowskiego i jego żony stawał się brytyjskim centrum polskiego żeglarstwa oceanicznego. Przed atlantyckimi regatami OSTAR i TwoSTAR w 2017 roku pomagał Joannie Pajkowskiej i Andrzejowi Kopytko, przyjmował załogę „Sailing Poland” oraz wsparł ekipę „I Love Poland” w organizacji uroczystej wizyty w Plymouth. Potrafiło nocować u nich nawet szesnastu żeglarzy! To zasługa nie tylko niezwykłej gościnności polsko-brytyjskiego małżeństwa, ale też położenia ich domu – przebudowanej żaglowni z 1744 roku, znajdującej się bezpośrednio przy Mayflower Marina. Z tej przystani rozpoczynały się też dwa najważniejsze polskie samotne wokółziemskie rejsy w ostatnich latach – Szymona Kuczyńskiego i Joanny Pajkowskiej.

– To miejsce, gdzie żeglarze mogą się schronić – tłumaczy Wiktor Dworznikowski. – A ja czuję się za nich odpowiedzialny. Jeżeli kogoś wyprawiam od siebie z domu w rejs np. dookoła świata, to dzień rozpoczynam od sprawdzenia trackingu. W ciągu dnia jak mam chwilę wolną, też to robię i jest to ostatnia rzecz przed pójściem spać.

Wiktor Dworznikowski

Podczas rejsu z Plymouth do Polski z Szymonem Kuczyńskim w 2018 roku.
Fot. Szymon Kuczyński

Oboje z żoną mają żeglarskie plany – przepłynięcie własnym jachtem z Wielkiej Brytanii do Gdyni, a następnie włóczęgę rzekami i kanałami po Europie. On sam ma marzenia odrobinę trudniejsze w realizacji.

– Mam cztery marzenia – opowiada. – W Plymouth jest sobotnia szkoła polska imienia Marynarki Wojennej, z którą współpracuję od wielu lat. I chciałbym pewnego dnia zorganizować dzieciom kurs żeglarski, żeby mogły zdobyć patent żeglarza jachtowego, pojechać do Polski i popływać na Mazurach. Moim drugim marzeniem jest zachęcenie brytyjskich żeglarzy do wizyt w Polsce, a trzecim, żeby brytyjscy wioślarze z lokalnego klubu, w którym działamy z żoną, mogli popłynąć trasą „one-way to Hel”, czyli z Gdyni na Hel. I wreszcie – chciałbym kiedyś w Polsce siedzieć w marinie i zobaczyć, jak ludzie przyjeżdżają na swoje jachty i pierwsze co robią to ubierają całą rodzinę w kapoki, a dopiero potem idą żeglować.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ