< Powrót
23
października 2020
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
arch. Miłosza W. Romaniuka
wychowanie morskie
Miłosz Wawrzyniec Romaniuk podczas klaru bombramsla na „Pogorii” przed wejściem do Porto Santo, w rejsie Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego w 2015 roku.

Badania potwierdzają: wychowanie morskie rzeczywiście działa!

Czym jest wychowanie morskie? Kto pierwszy się nim zajmował? Jakie przynosi efekty? Kto w Polsce wciela je w życie? Na te i inne pytania odpowiada Miłosz Wawrzyniec Romaniuk, kapitan jachtowy i motorowodny, pracownik badawczo-dydaktyczny Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie.

– Dlaczego zainteresował się pan wychowaniem morskim?

– Kiedy postanowiłem napisać doktorat, początkowo myślałem o temacie poświęconym wykorzystaniu nowych technologii w nauczaniu, ale mój promotor – żeglarz, podobnie jak ja – namówił mnie, żebym skupił się na czymś, co naprawdę kocham. Wtedy zaproponowałem wychowanie morskie, a tydzień później przyniosłem wstępny plan pracy. Temat bardzo mnie wciągnął, doktorat obroniłem, a im bardziej w to wchodzę i poszerzam zakres badań, tym bardziej mnie to interesuje. Chciałbym, żeby nie pozostały one w obrębie teoretycznych eksploracji, staram się także wdrażać nowe pomysły dotyczące sposobu realizacji i propagowania wychowania morskiego oraz pokazywania, że ono rzeczywiście działa, na co mamy twarde dowody naukowe.

– Czym jest wychowanie morskie?

– W początkowej fazie pracy nad doktoratem starałem się znaleźć definicję wychowania morskiego. Przekopałem się przez wiele polskich publikacji naukowych, artykułów z „Żagli” i „Morza”, czy wypowiedzi z Kongresu Kultury Morskiej z lat 70. i nie znalazłem jednej satysfakcjonującej. Były różne, częściowo mocno osadzone w dawnym, słusznie minionym ustroju. Na podstawie tych definicji i wniosków z własnych badań stworzyłem swoją definicję.

wychowanie morskie

Szkolenie na „Zawiszy Czarnym”.
Fot. arch. Miłosza Wawrzyńca Romaniuka

– Jak ona brzmi?

– Wychowanie morskie to proces zorganizowany i celowy, wpływający na osobowość, postawy, cechy, hierarchię wartości uczestników. Kształtuje ich charakter, kompetencje społeczne, oddziałuje w sferze fizycznej, psychicznej, duchowej, społecznej i kulturowej, a to oddziaływanie jest pożądane społecznie. Proces musi odbywać się na pokładzie statku żaglowego – bo niezbędne jest poczucie sprawstwa wynikające m.in. ze stawiania żagli czy prowadzenia jednostki – a rejs musi być pełnomorski, żeby oddziaływanie było silne i nie można było wysiąść na ląd. Doświadczenia uczestników muszą bazować na kontakcie z żywiołem morza, zmaganiu z pierwotną siłą, którą można okiełznać, ale trzeba zachować pokorę. Przez trudności wynikające z choroby morskiej, lęku wysokości, strachu przed silnym wiatrem, konieczności pokonania senności, zimna czy chęci leżenia w koi pod pokładem, dochodzi do tak zwanej transgresji. Wychodzi się ze swojej strefy komfortu i pokonuje słabości, uczy się nowych rzeczy, przez co dochodzi do skoku rozwojowego. Nagle okazuje się, że poza kloszem, w którym do tej pory uczestnicy żyli, jest inna rzeczywistość i że dopiero tam się dzieje magia.

– Wychowywać w ten sposób możemy tylko dzieci i młodzież czy również osoby starsze?

– Jako naukowiec mogę powiedzieć, że to działa na młodzież. Nie mam solidnych danych odnośnie oddziaływania na dorosłych, ale ponieważ są to osoby już ukształtowane i mniej plastyczne, wpływ może być albo słabszy, albo inny – choć nie negatywny. Z moich badań wynika za to, że dorośli, którzy interesują się żeglarstwem morskim, pragną przekazać swoją pasję własnym dzieciom lub wnukom, albo chociaż pokazać im frajdę płynącą z żeglowania.

– Czym w efektach różni się wychowanie morskie od tego, które zapewniają na przykład harcerstwo, duszpasterstwa, niektóre kluby sportowe?

– Na ten moment nie mogę powiedzieć, co działa lepiej lub gorzej, trzeba by przeprowadzić solidne badania. Ważne w wychowaniu morskim jest, że to proces ciągły, nieprzerwany i w przypadku szkoły pod żaglami trwa na przykład trzy tygodnie lub dwa miesiące. Jeżeli ktoś chodzi na treningi sportowe trzy razy w tygodniu po dwie godziny, podlega oddziaływaniom z mniejszą częstotliwością i mniejszą intensywnością niż na statku. Z kolei formowanie duszpasterskie jest węższym pojęciem, bo zajmuje się głównie rozwojem duchowym – a wychowanie morskie zapewnia znacznie szersze spektrum oddziaływań. Przy czym nie mówię, że wychowanie morskie jest jedynym słusznym sposobem wychowywania młodzieży – jest to cenna rzecz, którą należy propagować i pokazać jako jedną z opcji. Na żaglowiec przyjeżdżają dzieci, które uczą się m.in. obsługi odkurzacza i zmywania naczyń, a z pokładu schodzi już młodzież, która zadaje trudne pytania, potrafi rozmawiać i myśleć krytycznie, obronić swoje zdanie, wyciągnąć pomocną dłoń do kolegi w chwili jego słabości i dogadać się z rówieśnikami w sprawie organizacji pracy podczas wachty.

– Mówi pan głównie o wychowaniu morskim podczas dłuższych rejsów na żaglowcach. Krótsze na jachtach dają gorszy efekt?

– Badałem efekty dwutygodniowego rejsu po Morzu Śródziemnym organizowanego przez jedno z warszawskich liceów. Nie przyniósł efektów istotnych statystycznie w większości badanych wskaźników, a w pozostałych były one słabsze niż te, osiągane podczas dłuższego rejsu dużym żaglowcem. Poruszaliśmy się tam flotyllą czterech jachtów 12-osobowych. Było dużo zwiedzania, czasami w portach prowadzone były lekcje, natomiast organizator starał się, żeby przeloty nie były dłuższe niż doba. Złagodzenie warunków rejsu wpłynęło na jakość wychowania morskiego. Niemniej jachty są ważne, żeby młodzież, która wyjdzie z dużych żaglowców i będzie chciała dalej się rozwijać żeglarsko, miała na czym prowadzić własne rejsy.

– Efekty wychowania morskiego utrzymują się długo?

– Badania prowadzone przez zagranicznych naukowców, zwłaszcza Jackie Hunter’a z University of Otago, mówią, że podniesiony poziom samooceny utrzymuje się nawet do 12 miesięcy po rejsie. To ważne, bo wysoki poziom adekwatnej samooceny jest bardzo silnym predyktorem dalszych osiągnięć życiowych. Czyli jest większa szansa, że osoby z wysoką samooceną osiągną duży sukces.

– Wychowanie morskie ma swoje ciemne strony?

– Nie spotkałem się z tym podczas badań i uważam za bardzo mało prawdopodobne. Natomiast wszystkie dane należy odpowiednio zinterpretować. Jeżeli widzimy spadek samooceny, możemy pochopnie stwierdzić: wychowanie morskie jest złe, bo naszemu uczestnikowi spadła samoocena. Trzeba jednak się zastanowić dlaczego. Może się okazać, że młodzian przyszedł na statek bardzo pewny siebie i morze utarło mu nosa, zatem samoocena, która była wcześniej zawyżona, spadła do poziomu adekwatnego. Efekt jest więc pozytywny. Trzeba też podkreślić, że w rejsach z młodzieżą jako wychowawcy nie pływają ludzie, którzy krzyczą i gnębią dzieci. Kadra jest selekcjonowana, to nie tylko pasjonaci, ale też osoby potrafiące pracować z młodzieżą.

– Jak się narodziło wychowanie morskie?

– W Polsce mamy często tendencję do postrzegania zagranicy jako miejsca, gdzie rodzą się nowe idee, które my dopiero na swój grunt implementujemy. Tymczasem w 1932 roku, kiedy twórca amerykańskiego sail trainingu Irving Johnson dopiero rozpoczynał pierwszy rejs, u nas już od wielu lat działał Mariusz Zaruski. Już w 1920 roku przygotował wznowienie podręcznika „Współczesna żegluga morska”, zawierającego również słowniczek polskich terminów żeglarskich, a w 1924 roku, razem z 24 innymi osobami założył Yacht Klub Polski. W latach 1929-1932 pełnił funkcję kierownika wyszkolenia żeglarskiego w ośrodku szkolenia morskiego w Jastarni, gdzie szkolił również młodzież.

wychowanie morskie

Mariusz Zaruski z załogą na „Zawiszy Czarnym” w latach 30.
Fot. arch. M. Grodzickiej

– Jakie były wówczas główne założenia wychowania morskiego?

– Mariusz Zaruski był romantykiem i patriotą. Podkreślał, że jego działalność ma na celu wychowanie dzielnych, niezłomnych Polaków, którzy będą podejmowali wyzwania. Nie będą się bali ciężkiej pracy, bo tylko tacy mogą sprawnie kierować państwem, naprawić błędy przeszłości oraz nadrobić cywilizacyjne i gospodarcze zacofanie kraju. To jest górnolotny i pełen patosu język Mariusza Zaruskiego, który wzywał, żeby iść na morze, liczyć na własne siły i zdolność wytrwania. Jeżeli chodzi o działania, realizował dużo pracy u podstaw – nie tylko szkolił młodzież, ale też stworzył podwaliny polskiej terminologii żeglarskiej. Starał się nie pomijać w wychowaniu strony estetycznej i artystycznej, zwracał uwagę na piękno przyrody. Filarem była zaś solidna, twarda szkoła żeglarska, w której kształtowały się charaktery.

– Po wojnie wiele się zmieniło?

– Przekazy są niespójne i trudno dotrzeć do wiarygodnych źródeł. Na pewno istniała taka idea jak wychowanie morskie, a nawet wyszedł „Poradnik wychowania morskiego” – choć paradoksalnie traktujący bardziej o wioślarstwie, plastyce, muzyce, zajęciach świetlicowych, pływaniu w wodzie i zajęciach formacyjno-ideowych na obozach żeglarskich na śródlądziu. Oczywiście wszystko zgodne z celami wychowania socjalistycznego. Wychowanie morskie prowadzono wprawdzie na sprowadzonym w 1946 roku ze Szwecji żaglowcu „Generał Zaruski”, ale było one bardzo obciążone zagadnieniami politycznymi, zwłaszcza po przejęciu jednostki przez Ligę Przyjaciół Żołnierza. Dopiero wraz z budową „Pogorii”, powstaniem Bractwa Żelaznej Szekli, rejsami na „Henryku Rutkowskim” oraz Szkołą pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, rozpoczęło się w miarę solidne wychowanie morskie.

– Jak funkcjonuje teraz?

– Liczba inicjatyw cały czas rośnie. Wiodący jest „Generał Zaruski” i „Fryderyk Chopin”, ponieważ realizują wychowanie morskie cały czas. „Pogoria” też temu służy, choć nie odbywa się tam już Szkoła pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego. Jest też „Zawisza Czarny” związany z Centrum Wychowania Morskiego ZHP. Mam nadzieję, że „Kapitan Głowacki” zostanie wyremontowany i też będzie pływał z młodzieżą. Na żaglowcu „Kapitan Borchardt” nie odbywała się szkoła pod żaglami, ale przeprowadzane były rejsy Fundacji Rejs Odkrywców, z młodzieżą z zagrożonych środowisk. Także inne fundacje, stowarzyszenia i organizacje, jak Stowarzyszenie Wychowanie przez Żagle czy Fundacja Ocean Marzeń prężnie działają i starają się organizować rejsy z młodzieżą na żaglowcach. Jest więc w czym wybierać.

Miłosz Wawrzyniec Romaniuk, ur. 1987, doktor w zakresie pedagogiki, specjalizujący się w wychowaniu morskim, adiunkt na Wydziale Nauk Pedagogicznych na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Kapitan jachtowy i motorowodny, instruktor żeglarstwa i sportu oraz ratownik WOPR.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ