< Powrót
1
kwietnia 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
tratwanaoceanie.pl
tratwie
Krzysztof Opiela w czasie rejsu do Portoryko.

Słyszeliście o… polskiej tratwie na oceanie?

Któż z nas nie słyszał o wyprawie Thora Heyerdahla przez Pacyfik na „Kon-Tiki”, ale czy wiecie, że polscy żeglarze także mają na koncie oceaniczny rejs na tratwie?

Za rok minie 30 rocznica rejsu Krzysztofa Opieli i jego czteroosobowej załogi przez Atlantyk. Śmiałkowie pokonali ocean na tratwie, której nadali imię „Ju-Fu”. Nie był to wprawdzie pierwszy polski rejs tratwą, za to pierwszy oceaniczny.

Wszystko zaczęło się od ogłoszenia, zamieszczonego przez Opielę w gazecie. Szukał śmiałków, którzy zechcą wyruszyć razem z nim na podbój oceanów. Zgłosiło się 14 osób. Z tej grupy ostatecznie uformowała się piątka, która dokonała tego wyczynu. Byli to: Krzysztof Opiela, Marian Łodyga, Robert Sójkowski, Roman Chełmowski i Tomasz Romanowicz.

Skąd wziął się pomysł ryzykownego, bądź co bądź, przedsięwzięcia? Z marzeń i literackich fascynacji. W roku 1992 Krzysztof Opiela był drugim oficerem na statku handlowym, ale – jak sam podkreślał w późniejszych relacjach – od najmłodszych lat marzył o zrealizowaniu oceanicznej eskapady na tratwie wyposażonej w żagiel. Zainspirowała go lektura wspomnień Heyerdahla z rejsu „Kon-Tiki”. Swoje marzenie postanowił wcielić w czyn w 500. rocznicę odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba.

Kiedy załoga była już skompletowana, uczestnicy rejsu zabrali się za budowę tratwy. Była ona realizowana na terenie Harcerskiego Ośrodka Morskiego w Szczecinie, a jej efektem była świerkowa jednostka pływająca o wadze ponad 3 ton (z wyposażeniem ponad 20 ton). „Ju-Fu” miała 12 m długości, 6 m szerokości, drewniany domek pokryty brezentowym dachem, wysoki maszt z dwóch sosnowych pni oraz żagiel o powierzchni prawie 50 m kwadratowych. Do tego wyposażona była m.in. w tratwy ratunkowe, radiostację UKF, radioboje. Żeglarze mieli do dyspozycji kombinezony termiczne, zapasy żywności i wody oraz lekarstwa.

Rejs rozpoczął się 31 maja 1992 r. Śmiałkowie wystartowali wprost z… oceanu. Całą ekipę, wyposażenie no i oczywiście tratwę, na linię startu dostarczył drobnicowiec „Zabrze”. „Ju-Fu” została zwodowana, a załoga wysadzona na pokład tratwy ok. 50 Mm od Wysp Kanaryjskich. Celem ekspedycji było położone po drugiej stronie Atlantyku San Juan na Portoryko.

Port docelowy udało się osiągnąć po 81 dniach niełatwej żeglugi. Dwa momenty były najdramatyczniejsze. 60 dnia rejsu złamał się maszt. Równocześnie utonęła skrzynka z narzędziami. Żeglarze mieli do dyspozycji tylko młotek i obcęgi. Na szczęście to wystarczyło i po dwóch dniach udało się naprawić uszkodzenia. Rejs trwał o 10 dni dłużej, bo po drodze załoga trafiła na ciszę morską. Niby nic strasznego, ale przy ograniczonych zapasach żywności i wody robił się problem. Na szczęście wiatr zaczął wiać w odpowiednim momencie i wyprawa mogła być kontynuowana. Kolejny trudny moment to odebranie informacji o zbliżającym się do wybrzeży Portoryko huraganie Andrew.

– Gdyby on rzeczywiście poszedł na Portoryko, jak prognozowano, to byłoby po nas – wspominał później Opiela.

Kiedy żeglarze dotarli do portu, wzbudzili niemałą sensację. Uznawano ich za szaleńców i bohaterów jednocześnie. Zrobili zawrotną, choć krótkotrwałą, karierę medialną na wyspie. Na Karaibach spędzili dwa tygodnie, a potem wrócili do Polski. Tratwa została za oceanem i nie wiadomo co się z nią stało. Krzysztof Opiela za niezwykły wyczyn został uhonorowany drugą nagrodą Rejs Roku 1992.

Wprawdzie wyczyn załogi pod wodzą Krzysztofa Opieli przeszedł do historii polskiego żeglarstwa, to palma pierwszeństwa w polskiej, długodystansowej żegludze tratwą należy do Andrzeja Urbańczyka. Ten niezwykły żeglarz, kapitan jachtowy, pisarz i historyk, ma na swoim koncie trzy eskapady na tratwie. W 1957 roku dotarł z załogą do Szwecji, na tratwie „Nord” zbudowanej z sześciu pni świerkowych (powtórzył wyprawę w 2006 r.). Ekspedycja za morze trwała 12 dni. Natomiast w 2003 roku, na tratwie „Nord VI” z pni sekwoi odbył najdłuższy rejs non-stop przez północny Pacyfik, z San Francisco do wyspy Guam w archipelagu Wysp Mariańskich. W 136 dni przepłynął 5880 mil morskich. To rekord wpisany do księgi Guinnessa i nagrodzony Kolosem 2003.

Strona rejsu Krzysztofa Opieli

William Willis był amerykańskim żeglarzem, który miał na swoim koncie dwie wyprawy oceaniczne na tratwie. Po raz pierwszy przeprawił się w roku 1954 przez Pacyfik w wieku 61 lat na tratwie „Seven Litte Sisters”. Pełna przygód i niebezpieczeństw wyprawa trwała 115 dni, a żeglarz przepłynął 6,7 tys. mil morskich. Wyruszył z Peru, a dotarł w rejon Wysp Samoa.

Kolejna wyprawa śmiałka to samotny rejs w roku 1963 na tratwie „Age Unlimited” do Australii. Po wielu miesiącach, z przerwą na postój na Wyspach Samoa, kilku wypadkach i awariach oraz po przebyciu łącznie 10 tys. Mm, żeglarz dotarł do celu.

Trzecia wyprawa, już nie na tratwie, a na małym jachcie „Little One” miała prowadzić z Nowego Jorku do Plymouth. Willis wypłynął 30 czerwca 1967 roku. To była jego druga próba pokonania tej trasy. Pierwszą musiał przerwać ze względu na stan zdrowia. Po jakimś czasie na jachcie zaczęło brakować żywności, natrafił też na huragan. „Little One” wypatrzyli członkowie załogi polskiego trawlera „Belona”. Statek szedł na łowiska u wybrzeży amerykańskich. 27 września 1967 roku „Belona” podjęła na pokład wyczerpanego żeglarza i oczywiście jego łódkę. Polacy naprawili jacht i przekazali żeglarza amerykańskiej straży przybrzeżnej. Prosili Willisa, by więcej na morze nie ruszał. Niestety, nie posłuchał. Trzecia próba dotarcia do Europy, podjęta w roku 1968, zakończyła się zaginięciem żeglarza na Atlantyku.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ