< Powrót
16
kwietnia 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Macieja Krzeptowskiego
Krzeptowski
Maciej Krzeptowski.

Znani i nieznani: Maciej Krzeptowski

Żeglarz, miłośnik gór, naukowiec, pisarz – to tylko niektóre aktywności, którymi można opisać naszego dzisiejszego bohatera. Maciej Krzeptowski to człowiek instytucja, dziś opowie nam o wycinku swojego bogatego życiorysu.

– Jak zostałeś żeglarzem?

– W roku 1956 rozpocząłem studia biologiczne na Uniwersytecie Poznańskim, a jak wiadomo, niedaleko Poznania jest jezioro Kiekrz, nad którym swoją przystań miała sekcja żeglarska naszego uniwersyteckiego AZS-u. Któregoś razu zobaczyłem plakat, który bardzo mocno zadziałał na moją wyobraźnię. Na plakacie wypisane były nazwy wielu egzotycznych i dalekich portów, między innymi Buenos Aires, Montevideo, Nowy Jork, czy Londyn. Dalsza część plakatu składała się z krótkiej informacji: „Do wszystkich tych portów możesz dopłynąć, jeżeli zapiszesz się na kurs do sekcji żeglarskiej AZS Poznań”. Byłem pod wrażeniem i od razu się zapisałem. I rzeczywiście, obietnica z plakatu się sprawdziła, bo wiele dalekich portów, także z tej listy, odwiedziłem.

– Zachęcanie do zagranicznych podróży w latach 50. minionego stulecia w PRL było z jednej strony odważne, z drugiej strony zakrawało na fantazjowanie.

– Twórcy plakatu poszli „po bandzie”. Okazało się, że myśleli bardzo perspektywicznie, bo wielu ówczesnych uczestników kursów żeglarskich w AZS w późniejszych latach pływało gdzieś daleko po morzach i oceanach. ale ja, zanim trafiłem na morze, żeglowałem między innymi po Mazurach, ale po tym, jak zasmakowałem żeglarstwa morskiego, to jemu pozostałem już wierny. Bardzo mnie wciągnęło. Trzebież była wtedy żeglarskim uniwersytetem. Zalew Szczeciński to już wody morskie, z morskimi oznaczeniami, światłami. Wziąłem udział w trzytygodniowym kursie żeglarskim i popłynęliśmy na tygodniowy rejs na „Generale Zaruskim”. To był piękny rejs. Dotarliśmy do cieśnin duńskich, przeżyliśmy sztorm, flautę, była kąpiel w morzu i kot za burtą. Tak mnie ten rejs chwycił za serce, że potem starałem się jak tylko mogłem być jak najbliżej morza.

– Jak łączyłeś pracę zawodową z pływaniem?

– Miałem sporo szczęścia. Pierwszą moją pracą było zatrudnienie w dziale morskim Muzeum Pomorza Zachodniego w Szczecinie. Pracowałem jako biolog w dziale przyrody. I tam też zacząłem robić różne „podchody” w kierunku morza. W efekcie popłynąłem w 1969 roku na statku naukowo-badawczym „Wieczno” na łowiska afrykańskie, do Senegalu i Mauretanii. Moim zadaniem było zebrać i przywieźć do Polski jak największą liczbę okazów. Zbierałem więc kraby, muszle, mięczaki, ryby, a po powrocie do Szczecina zająłem się przygotowaniem wystawy „Przyroda morza”, która otwarta została w roku 1970 podczas Centralnych Dni Morza. Wydarzenie to było sporym sukcesem, otrzymałem nawet Złotą Odznakę Zasłużony Pracownik Morza. Potem pracowałem w Morskim Instytucie Rybackim w Świnoujściu jako ichtiolog. I tam tego kontaktu z morzem czasem było aż za dużo.

– Co to znaczy?

– Sześciomiesięczny rejs na trawlerze albo na statku badawczym, to naprawdę duże wyzwanie dla młodego człowieka. Rozstania z rodziną, rozłąka z żoną na tak długi okres, momentami nie były łatwe. Z drugiej strony ten tryb życia i pracy zaowocował pozytywnie w innej sferze życia. Zajmowałem się wtedy sardynką, będącą najważniejszą rybą dla naszego przemysłu rybackiego w tamtym czasie. Zebrałem sporo rzetelnego materiału z kilku rejsów i na podstawie tych materiałów zrobiłem z sardynki dobry doktorat.

– Praca na lądzie i na statkach utrudniała chyba żeglowanie…

– W tamtym czasie miewałem mniej okazji do żeglowania. Udawało się, kiedy odwiedzali mnie koledzy ze Szczecina na „Hajduku”, albo „Darze Szczecina”. Płynęliśmy wtedy na przykład dookoła Bornholmu. Chętnie wracałem na pokład, ale – tak jak już wspomniałem – po takich regatach miałem morza dużo za dużo.

– Raczej nie jesteś typem regatowca?

– Kiedy byłem w załodze „Daru Szczecina” pod kapitanem Kraszewskim, sporo ścigałem się w regatach jako załogant na dziobie. „Dar” to bardzo regatowy jacht, ale wyścigi to nie jest i nigdy nie była moja pasja. Jestem zwolennikiem spokojnego, powolnego żeglowania. Może to kwestia przyrodniczego wykształcenia. Dla mnie ważne jest to, co dzieje się wokół – jaki ptak leci, z czego zbudowany jest mijany brzeg, jakie ryby pływają wokół jachtu. Interesuje mnie przyroda i w takim przypadku potrzebna jest możliwość obserwacji, a nie szybkość. Czasem wręcz trzeba się zatrzymać. Poza tym, mam wdrukowane, chyba z czasów pierwszej mojej pracy w muzeum, że trzeba zbierać okazy w czasie rejsu, bo mogą się komuś przydać.

– I zawsze zbierasz jakieś okazy, z każdego rejsu coś przywozisz?

– Tak. Jest we mnie poczucie długu wobec innych ludzi. Ja w życiu miałem okazję znaleźć się w wielu miejscach, zobaczyć coś, a jest przecież wielu takich, którzy nie mają i nigdy nie będą mieli takiej okazji, więc jeśli mogę im cos podarować – książkę, opowieść, zdjęcia, czy eksponaty, to dlaczego nie miałbym tego dla kogoś zrobić?

– Czy zawsze gromadzisz eksponaty przyrodnicze albo geologiczne?

– Niekoniecznie. Czasem okazje do pozyskania jakiejś ciekawej pamiątki przytrafiają się całkiem niespodziewanie. Kiedy w 1969 roku „Wieczno” cumowało w Dakarze, w tym samym czasie był tam Leonid Teliga, który kończył swój wokółziemski rejs. Oczywiście dowiedział się o naszym postoju i nas odwiedził. Był bardzo spragniony polskich smaków – kiełbasy, kapusty kiszonej, ogórków, no i polskich papierosów, „Sportów” i „Mocnych”. W tamtych czasach popularne było zbieranie autografów od ówczesnych „celebrytów”. Jako że miałem przy sobie podręczny słownik polsko-angielski poprosiłem go o to, żeby napisał mi coś w nim od siebie. No i dostałem pamiątkowy wpis z autografem. Przez wiele lat była to dla mnie cenna pamiątka. Dużo później zostałem zaproszony do szkoły w Pyrzycach, żeby opowiedzieć uczniom o żeglarstwie i o pracy zawodowej. Szkoła była imienia Leonida Teligi i miała izbę pamięci poświęconą naszemu żeglarzowi. Zabrałem ze sobą ten słownik z autografem, chcąc pokazać dzieciom, że i ja miałem kiedyś okazję poznać Leonida Teligę. W efekcie, dzieci tak mnie ujęły, że podarowałem im ten słownik do izby pamięci. Uważam, że taka pamiątka jest bardzo dobrym uzupełnieniem tamtejszych zbiorów składających się ze zdjęć i wycinków prasowych. Nietypowy eksponat, a prezent trafiony w dziesiątkę.

– Uczestniczyłeś w pierwszej polskiej ekspedycji antarktycznej, co z niej przywiozłeś?

– Na tę ekspedycję popłynęły dwa statki. Naukowo-badaczy „Profesor Siedlecki” i rybacki „Tazar”. Ja płynąłem na tym drugim. W drogę powrotną zabraliśmy 5 żywych pingwinów, które miały bardzo dobre warunki podróży, bo nie brakowało im ryb, a i własna wytwórnia lodu dostarczała im tego co trzeba, żeby czuły się komfortowo pod pokładem. Zresztą, zabieraliśmy je też na pokład. Pingwiny trafiły do oliwskiego zoo. Poza tym zgromadziliśmy trochę ptactwa morskiego, które zaplątało się w sieci, gąbki antarktyczne, okazy ryb. Tak powstała pierwsza w Polsce kolekcja przyrodnicza z rejonu Antarktydy. Ale naprawdę duże zbiory zebrałem w czasie rejsu „Marią”. Były to eksponaty geologiczne, przyrodnicze, w formalinie i suszone – spory zapas.

– Opowiedz o tym rejsie. Jak to się stało, że trafiłeś na pokład „Marii”?

– Z Ludomirem Mączką spotykałem się już wcześniej, ale częściej zaczęliśmy się widywać, kiedy w Muzeum Narodowym w Szczecinie zrobiłem wystawę poświęconą udziałowi Polaków w wyprawach polarnych, począwszy od Beniowskiego i Arctowskiego, po moment budowy badawczej stacji polarnej im. Arctowskiego. Ludek, wspólnie z Wojciechem Jacobsonem, został na tej wystawie ukazany, bo obaj przepłynęli Przejście Północno-Zachodnie na „Vagabondzie II” Janusza Kurbiela. Ludek odwiedzał mnie w muzeum i sporo rozmawialiśmy. Jakiś czas później okazało się, że czeski żeglarz, Rudolf Krautschneider organizuje rejs żeglarski, ale i naukowy śladami Magellana z okazji przełomu stuleci. Miały w nim brać udział dwa jachty, ale Ludek postanowił dołączyć na swojej „Marii” i z czeskiej wyprawy zrobiła się międzynarodowa. Byłem przekonany, że na ten rejs będzie ustawiała się kolejka chętnych, ale jakoś tak wcale nie było i tym sposobem, ja zmieściłem się w tej kolejce. Umówiliśmy się tak, że ja popłynę przez Cieśninę Magellana i Pacyfik do Nowej Zelandii, przy okazji zbierając eksponaty do muzeum. Byłaby to wspaniała okazja żeby wzbogacić muzealne zbiory. Tak też się stało. Doleciałem do Montevideo, gdzie była już „Maria” z załogą, i tak rozpoczęła się moja przygoda na tym jachcie. Popłynęliśmy przez Pacyfik, ale Ludek nie czuł się najlepiej i poleciał do Kanady żeby podreperować zdrowie. Plan był taki, że w Nowej Zelandii wróci na pokład, dobierze załogę i pożegluje do Polski. Okazało się, że lekarze zabronili mu tego kategorycznie. I tak oto „Maria” została w Nowej Zelandii.

Maciej Krzeptowski z Ludomirem Mączką na pokładzie „Marii”.

– Ale w końcu wróciła do Polski…

– „Maria” to jacht wspaniały, każdy kto kocha żeglarstwo i popłynie na „Marii”, zakocha się w tym jachcie. Ze mną tak było. Ale jak na razie jacht stał w Nowej Zelandii, a to dla drewnianej jednostki skrajnie  niebezpieczne. Tamtejszy klimat to dziura ozonowa i palące słońce, które niszczy drewno. Gdyby „Maria” tam została, po kilku latach byłaby stracona. W Polsce zaczęły być słyszane pytania, co dalej z „Marią”, że trzeba coś zrobić, że trzeba ratować zasłużony jacht itd., itp. były wielkie hasła, ale jak zwykle skończyło się na jednym – „weźmy się i zróbcie”. Dlatego postanowiłem działać. Jako prywatna osoba, wspólnie z kolegą, zebraliśmy jakieś niewielkie środki, Rotary Club podarował nam farbę do malowania pokładu, ktoś inny pomógł jak mógł i polecieliśmy do Nowej Zelandii. Przez trzy miesiące pracowaliśmy nad remontem „Marii” To była bardzo ciężka praca, ale koniec końców, zebrałem załogę na drogę powrotną i sprowadziliśmy ten wspaniały jacht do Polski pod koniec sierpnia 2003 roku. Jeśli z czegokolwiek jestem w życiu dumny, to właśnie z tego, że udało się „Marię” uratować. Jej losy mogły potoczyć się różnie, a tak jest ozdobą przystani PTTK w Szczecinie.

– Potem były kolejne krótsze i dłuższe wyprawy. Które najchętniej wspominasz?

– Zdarzały mi się takie „ekspedycje”, jak rejs Dezetą dookoła Bornholmu, czy rejs bałtycki na „Smyku”, ale ja lubię rejsy w czasie których człowiek przestawia się z życia lądowego na życie w trybie morskim – wachty nocne, mijane statki, nocne światła, porty. Myślę, że trzy miesiące to najlepszy czas trwania rejsu. Miałem okazje do takich wypraw. Choćby w 2009 roku, kiedy na „Starym” popłynęliśmy z młodzieżą na Islandię. To była 50 rocznica dotarcia na tę wyspę „Witezia II” co było tych kilka dekad temu nie lada wyczynem. Chcieliśmy uczcić to wydarzenie wmurowując tablicę pamiątkową w miejscu, w którym zacumował wtedy „Witeź”. Niestety, okazało się, że to nie takie proste. Po pierwsze, port się rozbudował i tego miejsca po prostu nie było, po drugie, montowanie czegokolwiek na terytorium obcego państwa wiązało się z całą masą biurokratycznych wymogów. Ostatecznie udało się nam znaleźć godne miejsce, dzięki pomocy konsulatu polskiego w Reykjaviku. Tablica została umieszczona na ścianie holu Muzeum Morskiego w stolicy Islandii. Tak się złożyło, że w tym czasie przebywało na Islandii pięć polskich załóg. Wzięły one udział w uroczystości, a przy okazji obecny był korpus dyplomatyczny, bo tam się niewiele dzieje i takie wydarzenie to była dobra okazja oficjalna i towarzyska dla dyplomatów. Przy okazji pokazaliśmy młodym inny wymiar żeglarstwa. Że liczy się nie tylko, kto jest najlepszy, najszybszy, ale są i inne wartości – że można coś zrobić dla kogoś, dla utrwalenia pamięci, dla historii. Zresztą podobny wymiar miał rejs z roku 2005 do Narwiku z młodzieżową załogą. Przywieźliśmy stamtąd ziemię, która została umieszczona obok innych z różnych pól bitewnych, na których walczyli Polacy przy sanktuarium maryjnym w Zakopanem na Krzeptówkach. Ten rejs miał też drugą część, wiodącą na Spitsbergen. To już był odcinek typowo badawczy. Robiliśmy pomiary na zlecenie Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie.

– Twoja najnowsza, wydana w ubiegłym roku książka nosi tytuł „Trzymam się morza”. Mógłbyś kilka słów o niej powiedzieć?

– Ta książka to 60 lat mojego żeglowania, ale nie to jest najważniejsze. Istotne jest to, że w tym czasie miałem okazję być świadkiem wielu żeglarskich wydarzeń i obserwować zmiany zachodzące w żeglarstwie. Patrzyłem, jak żeglarstwo się zmienia. Najpierw obserwowałem różnice widoczne, nie z pokładu jachtu w Polsce, ale z pokładu polskiego jachtu za granicą. W czasach, kiedy w obcych portach uwidaczniała się nasza bieda. Wtedy błogosławieństwem dla nas, żeglarzy były polskie statki handlowe i rybackie spotykane w portach. Zwłaszcza te drugie, bo rybacy to nasi starsi bracia. Być może dlatego, że pokłady jachtów i statków rybackich są tak blisko powierzchni morza, rozumiemy się tak dobrze. Na statkach rybackich uzyskiwaliśmy wszelką pomoc i wsparcie, była możliwość przeprowadzenia drobnych napraw, podratowania spiżarni, uzupełnienia zapasów paliwa. Ja pływałem wtedy i na statkach rybackich i na jachtach, obserwowałem tę więź z dwóch stron. To jeden z wiodących tematów w książce, bo zgromadziłem spory zapas materiałów i dokumentów na ten temat. Kolejna sprawa, to refleksja nad tym, że w żeglarstwie coraz mniej człowieka, a coraz więcej techniki. Że na przykład Puchar Ameryki wygrywa ta załoga, która ma lepszy, droższy jacht. Starałem się wydobyć i pokazać inne wartości żeglarstwa, bardziej potrzebne ludziom. Książka kończy się posłowiem napisanym przez mojego przyjaciela profesora Norberta Wolnomiejskiego, który jest ekologiem i pisze o zagrożeniach, na które świat jest narażony jeżeli nadal będziemy obchodzić się z oceanami tak, jak teraz się obchodzimy.

Maciej Krzeptowski – ur. w 1938 r. Doktor nauk przyrodniczych, kapitan jachtowy. Żeglar­stwo zaczął uprawiać w 1959 roku, w Jacht Klubie AZS w Poznaniu. Potem żeglował w Morskim Klubie Sportowym „Pogoń” w Szczeci­nie. Uczestnik atlantyckiego rejsu w regatach Bermuda Race na „Darze Szczecina” (1972). W latach 1972-1981 pracował w Morskim Instytucie Rybackim w Świnoujściu. Na statkach ry­backich pływał w rejsy na łowiska Afryki Zachodniej oraz brał udział w Pierwszej Polskiej Morskiej Ekspedycji Antarktycznej 1975-1976. W latach 2000-2003 uczestniczył w drugiej wokół­ziemskiej wyprawie Ludomira Mączki na jachcie „Maria”. Jako kapitan prowadził jacht od Mar del Plata (Argentyna) do Polski. Autor wystaw muzealnych: „Przyroda mo­rza”, „Polacy w wyprawach polarnych” i „Marią’ przez Pacyfik”. Jest także autorem książek „Marią dookoła świata dwadzieścia lat później” i „Pół wieku i trzy oceany” oraz współautorem „Mam na imię Ludomir” i „Zasolony król”. Uhonorowany (razem z Ludomirem Mączką) wyróżnieniem Kolosy 2003 w kategorii żeglarstwo, nagrodą Rejs Roku 2003, Szczeciński Rejs Roku 2009 oraz wyróżnieniem Rejs roku 2009 za wyprawę „Islandia 2009”. Za całokształt dokonań wyróżniony w 2019 roku, Nagrodą Żeglarską Szczecina im. Ludomira Mączki. Czło­nek Rotary Club Szczecin od 16 lat, członek Bractwa Wybrzeża. Honorowy Ambasador Szczecina.

Strona Macieja Krzeptowskiego

PODZIEL SIĘ OPINIĄ