< Powrót
10
czerwca 2022
Tekst:
Jędrzej Szerle
Zdjęcie:
Robert Sawicki
Rafał Bruski
Rafał Bruski podczas rejsu po Brdzie w Bydgoszczy.

Znani i nieznani: Rafał Bruski

Prezydent Bydgoszczy, były wojewoda kujawsko-pomorski, a w młodości nawigator w Polskich Liniach Oceanicznych. Rafał Bruski opowiedział nam o pracy na morzu, rejsach na żaglowcach i żeglarskim marzeniu.

– Dlaczego postanowił pan po szkole średniej rozpocząć studia nawigacyjne w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni?

– Tradycji żeglarskich ani marynarskich w rodzinie nie było, a zainspirowały mnie książki Karola Olgierda Borchardta. Wywarły one na mnie mocny wpływ i uznałem, że praca na morzu to jest ciekawe życie z przygodami. Pociągała też perspektywa otwartego świata i możliwości podróżowania oraz bardzo dobre jak na tamte czasy zarobki. Namówiłem do tego kierunku dwóch kolegów z klasy, którzy szukali dla siebie ciekawego kierunku studiów. Widzieliśmy wówczas same plusy, a z trudności nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy. Moi rodzice nie byli zachwyceni, ponieważ zdawali sobie sprawę z czym wiąże się bycie marynarzem i oficerem – ciągłe wyjazdy, rozstania z rodziną… Ale mój wybór uszanowali.

– Studia nie zweryfikowały prawdziwości młodzieńczych wyobrażeń?

– Przez cały okres studiów nie miałem żadnych wątpliwości i miło wspominam ten czas. Nauka nie była przy tym łatwa – mieliśmy dużo godzin zajęć, a do tego studium wojskowe. Mieszkałem w słynnej „skoczni”, czyli w akademiku nad plażą, który wtedy był jeszcze nieocieplony, więc było zimno jak wiało od strony morza. Jako studenci zawsze najbardziej czekaliśmy na praktyki, bo pływanie jest przecież najważniejsze. Zaczynało się od tzw. „kandydatki”, czyli rejsu dla świeżo przyjętych studentów. Jestem akurat tym rocznikiem, który odbył ostatni rejs na „Darze Pomorza” i jednocześnie rok później pierwszy rejs na „Darze Młodzieży”. Takich jak ja jest tylko około 80 osób.

Rafał Bruski

Rafał Bruski podczas rejsu w okresie pracy w PLO.
Fot. arch. Rafała Bruskiego

– Wchodząc na pokład „Daru Pomorza” miał pan poczucie obcowania z legendą?

– Tak i już wtedy było wiadomo, że jest budowany „Dar Młodzieży” i nasz trzynastodniowy rejs do Kotki i z powrotem jest ostatnim „Daru Pomorza”. Na koniec pozwolono nam na zabranie – ale nie rozkradzenie – pamiątek. Ja akurat mam nagiel, bo zapasy były duże i bosman dawał je studentom.

– Miał pan też okazję uczestniczyć w uroczystości zakończenia służby przez „Dar Pomorza”. W 1981 roku, jako student pierwszego roku, był pan członkiem pocztu sztandarowego podczas uroczystości uhonorowania „Daru Pomorza” Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

– Byłem akurat wachtowym pierwszej wachty, czyli dziobowej, więc miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wspominam je bardzo miło.

– Gdzie znalazł pan pracę po zakończeniu studiów?

– To był okres, kiedy nie było pracy na morzu. W Polskich Liniach Oceanicznych było za dużo pracowników, a statków ubywało. Mi się jednak udało, ponieważ była umowa – pisana lub niepisana – że dziesięciu najlepszych studentów dostawało pracę w pierwszej kolejności. Od razu po wakacjach, 1 października 1986 roku, zostałem pracownikiem PLO. Dowiedziałem się, że będę płynąć na „Stefanie Batorym”. Duma mnie rozpierała! Poszedłem przenocować do Domu Marynarza, gdzie jeden z kolegów usłyszał o tym i pobiegł do kadr… Następnego dnia okazało się, że miejsca na „Stefanie Batorym” już dla mnie nie ma, bo zajął je jeden z kolegów. Potem wszyscy mi mówili, że miałem dużo szczęścia – mieszkałbym pod wodą, do części pasażerskiej nigdy bym nie zaszedł. Wyszło więc na dobre.

W połowie października trafiłem za to na drobnicowiec „Wieliczka”, którym pływaliśmy po Morzu Śródziemnym. Zaczynałem jako starszy marynarz – mogłem czekać dłużej, żeby być asystentem, albo iść od razu do pracy na marynarza. Stwierdziłem, że chcę szybko zacząć pływać. To było bardzo dobre posunięcie, bo przez pół roku nauczyłem się roboty marynarskiej od początku do końca. Później w pracy oficerskiej to doświadczenie się przydawało, a niekiedy do trudniejszych prac kapitan wysyłał mnie, bo wiedział, że zrobię to lepiej od innych.

– W pierwszym roku pływania brał pan udział w akcji ratowania załogi jugosłowiańskiego statku „Rapoca” na redzie portu w Benghazi. Jak do tego doszło?

– Na Morzu Śródziemnym był silny sztorm, 11-12 stopni w skali Beauforta. Odebraliśmy SOS, byliśmy stosunkowo niedaleko, a służby libijskie nie chciały wyjść na pomoc. „Rapoca” był statkiem typu ro-ro, który był akurat pusty, a na pokładzie miał widlaka do przenoszenia kontenerów. Widlak się zerwał i widłami zaczął robić dziury w burcie. Przez nie zaczęła się wdzierać woda, zalało maszynownię, agregaty stanęły i zostali bez prądu. Statek zaczęło znosić na skały. Przygotowaliśmy więc „Wieliczkę”, żeby podjąć ich załogę. Marynarze z „Rapoca” schodzili na tratwy, my podpływaliśmy i oni wspinali się po siatce na pokład. Wszystkich udało się uratować, a na statek spłynęły pochwały i nagrody. To nie był mój pierwszy udział w akcji ratunkowej – kiedy podczas studiów płynąłem na „Darze Młodzieży” w regatach The Cutty Sark Tall Ships Races, pomogliśmy rannemu żeglarzowi z niemieckiego jachtu, na którym wybuchła butla gazowa.

Rafał Bruski

Rafał Bruski podczas rejsu w okresie pracy w PLO.
Fot. arch. Rafała Bruskiego

– Gdzie głównie pan pływał?

– Przede wszystkim po Morzu Śródziemnym, ale też docierałem do Ameryki Południowej i Azji. Pracowałem m.in. na statkach „Radzionków”, „Henryk Jendza”, „Sucharski”, „Wiła”, „Radom”, i „Iwonicz-Zdrój”. W ostatnim rejsie, do Ameryki Południowej przez Kanał Panamski, Chile, Ekwador, Peru, Honduras, towarzyszyła mi małżonka i 3,5-letni syn. Rodzina mogła dzięki temu trochę zaznać marynarskiego życia i zobaczyć, jak ono wygląda na co dzień.

– Dlaczego zakończył pan karierę marynarską?

– W 1992 roku zrobiłem krótką przerwę od pływania, bo zrezygnowałem z PLO i chciałem ruszyć na zachodnie statki. Wtedy na świecie pojawiła się córka i zacząłem się zastanawiać, czy wracać na morze. Wówczas pobyt na statku trwał 8-10 miesięcy, a dzisiaj nie ma problemu, żeby zakontraktować się w trybie miesiąc na morzu, miesiąc na lądzie lub dwa miesiące na dwa miesiące. Gdyby na początku lat 90. były takie możliwości, niewykluczone, że dalej bym pływał. A tak ostatecznie zdecydowałem się pozostać na lądzie i zrobiłem studia ekonomiczne na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Ale zawsze czas spędzony na morzu wspominam z sentymentem.

– Pływał pan na żaglowcach – „Darze Pomorza” i „Darze Młodzieży”. Na jachtach też miał pan okazję?

– W 2011 roku byłem załogantem w jednym etapie rejsu bydgoskiego jachtu „Solanus”, który płynął w wyprawie dookoła obu Ameryk. Tak się złożyło, że naszym miastem partnerskim jest Wilhelmshaven, gdzie łódka miała dopłynąć. Zgrałem terminy i połączyłem wizytę w tym mieście z dwudniowym rejsem. Popłynąłem na „Solanusie” do Kilonii przez Helgoland. Poza tym przez ostatnie 10 lat, co roku lub co dwa lata, jeżdżę jesienią z grupą znajomych do Chorwacji, żeby pożeglować przez tydzień po Adriatyku. Kontakt z wodą ciągle więc jest. Dwa lata temu mieliśmy przygodę, bo w czasie silnego wiatru urwało nam ster, a potem pękł zapasowy rumpel. Musieliśmy wzywać pomoc, ale wszystko dobrze się skończyło.

– W 2017 roku Bydgoszcz ufundowała wielką banderę na „Dar Młodzieży” z okazji jego 35. urodzin. Żaglowiec wciąż jest panu bliski?

– Jak najbardziej. Dostałem zaproszenie na 35-lecie „Daru Młodzieży” i chętnie z niego skorzystałem. Byłem jednym z niewielu uczestników, którzy byli obecni podczas pierwszego przekazywania bandery na ten żaglowiec. Było mi bardzo miło, a w wystąpieniu nawiązałem do tego, że 35 lat temu byłem w tym samym miejscu. Wywołało to wielkie zdziwienie, bo ten fakt nie był powszechnie znany.

Rafał Bruski przekazujący wielką banderę na ręce komendanta „Daru Młodzieży”, kapitana Ireneusza Lewandowskiego.
Fot. Tadeusz Lademann

– Jako prezydent wspiera pan bydgoskie żeglarstwo?

– Jeżeli żeglarze z „Solanusa” mają pomysły na projekt, staram się im pomagać. Wspieramy też kluby żeglarskie, które szkolą młodzież na Brdyujściu.

– Nie kusi czasem pana wrócić na morze i popłynąć w dalszy rejs?

– Mam jedno marzenie żeglarskie i jest nim opłynięcie Hornu. Nie jest łatwo pogodzić to z moją pracą, ponieważ trzeba zarezerwować minimum trzy-cztery tygodnie urlopu. Ten cel jest jeszcze przede mną, a nie jestem jeszcze w takim wieku, żeby był on nieosiągalny. Zwłaszcza że na „Solanusie” obie Ameryki opłynęło trzech żeglarzy w wieku sześćdziesięciu paru lat. Wszystko więc przede mną.

Rafał Bruski, ur. 1 lipca 1962 roku w Bydgoszczy. Polityk i samorządowiec. W latach 2006-2007 zastępca prezydenta Bydgoszczy, w latach 2007-2010 wojewoda kujawsko-pomorski i od 2010 roku prezydent Bydgoszczy. Absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni (obecny Uniwersytet Morski w Gdyni), nawigator, a w latach 1986-1992 pracownik Polskich Linii Oceanicznych.

Co myślisz o tym artykule?
+1
5
+1
1
+1
2
+1
0
+1
0
+1
0
+1
1

PODZIEL SIĘ OPINIĄ