Polski jacht „Copernicus” gwiazdą The Legends Race na ostatnim etapie 13. edycji regat Volvo Ocean Race
Dzisiaj 21 czerwca w szwedzkim porcie Goeteborg obędzie się start do ostatniego etapu 13. edycji wokółziemskich załogowych regat Volvo Ocean Race. Poniżej relacja Andrzeja Minkiewicza.
Volvo Ocean Race to wokółziemskie załogowe regaty żeglarskie, które odbywają się co cztery lata. Pierwsza edycja tych regat, pod nazwą Whitbread Round The World Race odbyła się w latach 1973-74. 8 września 1973 roku, z angielskiego portu Portsmouth wystartowało 17 jachtów reprezentujących 7 krajów. Trasa regat wiodła wokół czterech przylądków i miała etapy w Kapsztadzie, Sydney, Rio de Janeiro z metą w porcie w Anglii. Na starcie regat pojawili się najlepsi żeglarze tamtych czasów m.in. Francuz Eric Tabarly na jachcie „Pen Duick VI”, Chay Blytch na jachcie „Great Britain II”, czy żeglujący na brytyjskim jachcie „Burton Cutter” nowozelandzki żeglarz Peter Blake.
Regaty, po przeliczeniu, wygrał meksykański jacht z międzynarodową załogą „Sayula II”, prowadzony przez nieznanego wówczas w świecie żeglarskim meksykańskiego biznesmena Ramona Carlina.
Wśród gwiazd światowego żeglarstwa, startujących na specjalnie przygotowywanych do takich regat jachtach pojawiły się dwie załogi z Polski. Były to jachty „Otago” – dowodzony przez kpt. Zdzisława Pieńkawę i „Copernicus” – prowadzony przez kpt. Zygfryda „Zygę” Perlickiego. Pojawienie się dwóch polskich jachtów zwróciło uwagę organizatorów regat, chociaż załogi te nie były traktowane jako mogący zagrozić brytyjskiej czy francuskiej dominacji na oceanicznych trasach.
Oba jachty opłynęły świat i ukończyły regaty. Przez wszystkie etapy na jachtach płynęła ta sama, niezmieniana w kolejnych portach załoga. Mimo wielkiego wkładu żeglarzy w jak najlepsze przygotowanie jachtów i prowadzenie żeglugi w trakcie regat, przepaść technologiczna pomiędzy jachtami polskimi a tymi z krajów zachodnich była ogromna. Większość jachtów konkurentów była zbudowana z tworzyw sztucznych. „Pen Duick VI”, jacht Erica Tabarly’ego, jednego z faworytów regat, był zbudowany z aluminium z balastem z uranu. Tymczasem polski „Copernicus”, zaprojektowany i zbudowany specjalnie na te regaty, był jachtem drewnianym, a drugi polski jacht „Otago” – stalowym keczem zbudowanym w 1959 roku.
Z pierwszych regat Whitbread, w wyniku różnych awarii 5 jachtów musiało się wycofać z wyścigu, a aż trzech żeglarzy straciło życie w ich trakcie. Oba polskie jachty ukończyły regaty. „Copernicus” na 11., a „Otago”, który w trakcie regat stracił bezanmaszt, na 13. miejscu. Załoga jachtu „Copernicus” została doceniona przez organizatorów regat i otrzymała nagrodę za najlepszą pracę żeglarską w trakcie wyścigu.
Polska załoga nie wystartowała więcej w tych regatach.
Kilka lat później, w 1976 roku, jacht „Otago”, w trakcie rejsu na Spitsbergen zatonął u wybrzeży Wyspy Niedźwiedziej. Jacht „Copernicus” jest wciąż własnością Yacht Klubu Stal w Gdyni i regularnie odbywa rejsy zatokowe i bałtyckie. Teraz na zaproszenie organizatorów Volvo Ocean Race weźmie udział w The Legends Race.
The Legends Race to specjalne wydarzenie towarzyszące głównym regatom – zlot jachtów i towarzyski wyścig uczestników poprzednich edycji regat na liczącej ok. 460 mil morskich trasie do Hagi. Start jachtów w The Legend Race odbywa się tego samego dnia co start nowoczesnych maszyn regatowych Volvo Ocean Race. Jest to wielkie widowisko dla miłośników żeglarstwa.
Przy honorowej kei „pływających legend” „Copernicus” stoi burta w burtę obok takich jednostek jak „Rothmans” (The Whitbread Round the World Race 1989-90), chiński „Green Dragon”, „Ericsson 4” (zwycięzca Volvo Ocean Race 2008-09), „Telefónica Blue” (uczestnik wyścigów w latach 2008/09, oraz 2011/2012), czterech jachtów startujących w edycji w latach 2001/02: „Illbruck”, „SEB”, „Assa Abloy” oraz „Amer Sports One”, „Neptune” (brał udział w regatach Whotbread w roku 1977/78), „Flyer” ( 1981/82).
W załodze jachtu „Copernicus” w wyścigu do Hagi znajduje się m.in. komandor klubu Stal Kajetan Kilanowski oraz kpt. Bronisław Tarnacki, jeden z członków załogi jachtu „Copernicus” w trakcie pamiętnego wyścigu w latach 1973-74.
Poprosiliśmy kapitana Bronisława Tarnackiego o trochę wspomnień z regat w 1973 roku.
– Jak do tego doszło, że „Copernicus” i „Otago” wystartowały w tych regatach ?
– Żeby o tym powiedzieć, trzeba mówić przede wszystkim o ludziach, którzy bardzo chcieli pływać w regatach. Zygfryd „Zyga” Perlicki (kapitan jachtu „Copernicus” w regatach Whitbread Round the World Race) był już wtedy znanym i wytrawnym żeglarzem regatowym. Duże doświadczenie żeglarskie i serce do regat miał też Zbyszek Pieńkawa (kapitan jachtu „Otago”). Byli doświadczeni, działali w dużych i silnych klubach żeglarskich. Trzeba wspomnieć, że Yacht Klub Stal, (do którego należy „Copernicus”) w latach 70. był czołowym klubem regatowym w Polsce. W 1974 roku w naszym klubie było siedmiu mistrzostw Polski w różnych klasach żeglarskich. Udział w Whitbread nie wziął się znikąd. Obydwa jachty startujące w wyścigu, to były jachty z dużych stoczni. W stoczniach zawsze było tak, że znakomity procent okrętowców to byli ludzie umoczeni po uszy w żeglarstwo. Na takim gruncie, udział w większej imprezie sportowej mógł wykiełkować bardzo szybko. Było potrzebne dosłownie kilka miesięcy, żeby popłynąć. I popłynęliśmy.
– Czy polskie jachty w trakcie regat bardziej ze sobą rywalizowały czy współpracowały?
– W żeglarstwie, zwłaszcza takim gdzie się płynie na własne ryzyko, i polega na własnej pracy, trudno mówić o współpracy, bo jeden drugiego przecież nie wesprze w dosłownym rozumieniu. Dobrym słowem, przyjaźnią tak. Ale jak gdzieś pod Hornem „Otago” zniknął, i przez dłuższy okres nie mógł się z nami skontaktować, to myśmy się rzecz jasna martwili. No ale co poza tym zmartwieniem można było zrobić?
– Czuliście, że bierzecie udział w wielkim wydarzeniu, że dotykacie największego światowego żeglarstwa – rywalizowaliście z takimi żeglarzami jak Eric Tabarly, czy Chay Blyth?
– Oczywiście znaliśmy te nazwiska. Chay Blyth był dla mnie znany z żeglugi na jachcie „British Soldier”, a wcześniej jako ten, który przewiosłował Atlantyk . Dla mnie, żeglarza regatowego morskiego to było wielkie nazwisko. Tabarly był wtedy już bardzo znany. Zresztą nie tylko on. Na jachcie „Adventure” jednym z kapitanów był admirał Sir George Vallings, znany potem z Sail Training Association. Nie byliśmy chyba za bardzo świadomi skali wydarzenia w którym uczestniczymy.
– W jakim stopniu udział polskich jachtów w tych regatach wpłynął na rozwój polskiego żeglarstwa ?
– Pewną konsekwencją tego wyścigu był nasz udział w Admiral’s Cup w 1979 roku. Polskie jachty „Hadar”, „Nauticus” i „Cetus” wzięły udział w słynnym Fastnet Race. Na jachcie „Hadar” trzonem załogi byliśmy my, żeglarze z „Copernicusa”. Impreza doszła do skutku na bazie tego, co się działo pięć lat wcześniej. To było też wielkie przedsięwzięcie. Trzy nowe jachty, zbudowane od zera wzięły udział w dużej żeglarskiej imprezie.
– Zdzisław Pieńkawa, kapitan drugiego polskiego jachtu w regatach Whitbread, jachtu „Otago”, tak pisze w swojej książce pt. „Żeglarski maraton”: ”Prawda jest prosta: nie mamy dużych oceanicznych jachtów regatowych. Przyczyną ich braku są trudności wynikające przede wszystkim z wysokich kosztów, ograniczonego zaplecza techniczno-projektowego i braku doświadczenia w budowie dużych kadłubów ze stopów aluminium i komponentów plastycznych”.
– To wszystko prawda. To były pierwsze takie regaty, nikt wcześniej nie wiedział jak powinny wyglądać jachty do dużej konkurencji, która w końcu musiała się pojawić. Ale idea uczestniczenia w tych regatach powstała w naszej głowie, i wykiełkowała piorunująco szybko. W styczniu 1973 roku nie było jeszcze jachtu, a w sierpniu płynęliśmy już na start do Anglii. Jest to niewiarygodne. Ja 3 lipca wróciłem jachtem „Lewanter” z regat Kieler Woche. Przyjechałem do stoczni jachtowej na gdańskich Stogach. Gotowy był dopiero zestaw trzonowy nowego jachtu: dziobnica, tylnica i wręgi ramowe. A już 25 sierpnia wypłynęliśmy do Anglii. Ja, Zyga Perlicki i Bogdan Bogdziński, siedzieliśmy w stoczni non stop, do domu nie wychodziliśmy wcale. Załoga pracowała na trzy zmiany, ludzi prawie zaczadzonych oparami lakierów i farb prawie wynosiliśmy z jachtu na rękach. I się udało.
– Zdawaliście sobie sprawę, że mimo budowy nowego jachtu, „Copernicus” nie zajmie dobrego miejsca w tym wyścigu?
– Tak, zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Był najmniejszą jednostką, jaka wg wymogów mogła być zgłoszona do regat. Naszą największą obawą było to, że się nie zmieścimy w czasie wystartowania do następnego etapu. Reguły były precyzyjnie określone. Po przypłynięciu połowy jachtów na metę odliczano 7 dni do startu następnego startu. Ale to nie było najważniejsze. Ta grupa ludzi, żeglarzy z obydwu stoczni, była bardzo w to zaangażowana. Można powiedzieć, że to były wielkie indywidualności. I my chcieliśmy być w tych pierwszych regatach.
– Chciałby Pan popłynąć na takim nowoczesnym jachcie jakie stoją, tu w marinie w Goteborgu obok „Copernicusa”?
– Tak, ale jako starszy pan siedzący sobie z tyłu , gdzieś za sternikiem. Żeglowanie na takich jachtach to już jest zabawa dla młodszych, takich jak np. mój najstarszy syn Piotr, który pływa na szybkich jachtach i to z sukcesami.








