Tomasz Cichocki: Czas na Sydney-Hobart
Niemal sześć miesięcy po przerwaniu rejsu solo non stop dookoła świata i naprawie jachtu „Glaspo” w Kapsztadzie Tomasz Cichocki przypłynął do Polski, do mariny Delphia w Górkach Zachodnich w Gdańsku. Zapytaliśmy go m.in. o szczegóły awarii i start w regatach Sydney-Hobart.
– Minęło prawie pół roku, minęły emocje – jak pan ocenia to wszystko z perspektywy?
– Emocje wbrew pozorom nie minęły, ciągle żyję tym rejsem. Cały czas próbuję go analizować i wyciągnąć wnioski, które pozwolą mi kiedyś żeglować w sposób bardziej profesjonalny i bezawaryjny.
– W awarii nie było przecież pana winy.
– Taka awaria – jacht miał bardzo rzadką usterkę – nie miała prawa się wydarzyć. Ale się stało – prawo Murphy’ego. I fakt, że nie jest to moja wina, nie usprawiedliwia mnie. To, że nic się nie dało zrobić, świadczy być może o tym, że nie przewidziałem jakiejś sytuacji.
– A co się właściwie stało? W grudniu, w rozmowie z nami wspominał pan o problemach układu sterującego.
– Układ sterujący to bardzo szerokie pojęcie. Składa się z kilkudziesięciu różnych elementów. Na dodatek jest produkowany przez firmy zewnętrzne, nie przez stocznię. Zawiódł simering – uszczelka w siłowniku za przysłowiowe dwa złote. Nie do przewidzenia. Wciąż próbujemy zrozumieć dlaczego to się stało, bo układ jest tak silny, że powinien wytrzymać na jachcie dwa razy większym. Prędzej bym się spodziewał, że przewody popękają albo padną silniki pomp. Musimy teraz cały ten układ wyjąć z jachtu i punkt po punkcie każdy element obejrzeć, żeby sprawdzić czy to błąd urządzenia, czy może projektu.
– Kilkadziesiąt lat temu jachty miały prostsze konstrukcje – może to ciemna strona postępu, że jachty są bezpieczniejsze, ale trudniej naprawić awarię?
– Systemy hydrauliczne, którymi się posiłkuję, znane są od zawsze i od zawsze bywają bardzo dobre, albo bardzo wadliwe. Rzeczywiście jachty są dzisiaj bezpieczniejsze –dryfowałem po oceanie i gdybym nie miał tak mocnego jachtu, być może skończyłoby się to inaczej. Dzisiaj przy ogromnym ruchu na wodzie, nie można pływać bez elektroniki, która ostrzega nas i innych przed nami. Ale z drugiej strony wiadomo, że im jej więcej, tym więcej rzeczy do zepsucia.
– Jak „Glaspo” sprawował się podczas podróży powrotnej do Polski?
– Bez problemu. W Kapsztadzie naprawili co trzeba w układzie hydraulicznym, innych problemów nie było. Mieliśmy długą, ale bardzo przyjemną podróż. Załoga bardzo dobrze się spisywała, na dodatek trafił się Piotr Pajdowski, dziennikarz, który cały czas pisał relacje, żeby rejs rozpropagować – dla przeciętnego człowieka wyprawa z Kapsztadu na Wyspy Kanaryjskie to może być przygoda życia.
– W RPA miał pan poddać się operacji palca. Wszystko się udało?
– Nadal mam kontuzję. Miałem być operowany, ale w konsekwencji ręka wymagała dwumiesięcznego usztywnienia, więc podjęliśmy decyzję, że najpierw przeprowadzę jacht, a potem załatwimy wszystkie sprawy medyczne. Na razie muszę doprowadzić jednostkę do ładu, pojechać do domu, zobaczyć się z żoną i dziećmi. I odpocząć – jestem zmęczony, bo to jednak kilka miesięcy płynięcia i odpowiedzialności za ludzi.
– I co dalej?
– Jacht wrócił do Polski po dwóch latach ciągłego pobytu na morzu i pływania w ekstremalnych warunkach. Musi przejść kompleksowy przegląd – będzie wyslipowany i wyczyszczony, sprawdzona zostanie jego szczelność, układ sterowania, omasztowanie, olinowanie – wszystko. Przy okazji wyrobimy przelicznik ORC, który będzie kwalifikacją łódki do odpowiedniej grupy żeglarskiej. To wszystko jest ogromnym wyzwaniem i ogromną pracą dla mojego partnera, Stoczni Delphia, ze strony której to wielka pomoc, sam bym tego nie zrobił.
– Ten przelicznik to żeby startować w regatach? Po przerwaniu rejsu zapowiadał pan start w Sydney-Hobart…
– Plany się krystalizują, cały mój team – zespół brzegowy nad tym pracuje. Jesteśmy na etapie ostatnich uzgodnień, zaczynamy rozmowy sponsorskie i przygotowanie jachtu pod tym kątem. Projekt nazywa się roboczo „Droga do Sydney” i rozpisaliśmy go na dwa lata. Będzie miał charakter narodowy – chcemy, żeby zrzeszał Polaków mieszkających na całym świecie. Planujemy wyselekcjonować dziesięcioosobową grupę, z którą popłyniemy na Sydney-Hobart.
– Jak będzie wyglądało poszukiwanie załogi?
– Jacht w ramach kwalifikacji weźmie udział w pięciu regatach na świecie – m.in. ARC, Fastnet, Rolex Cup – i w każdych będziemy chcieli przetestować innych ludzi. Na koniec siądę ze współtwórcami tego projektu, czyli żeglarzami z kanadyjskiego Wagner Sailing Society, i wybierzemy ostateczną dziesiątkę, która weźmie udział w regatach.
– Pomysł udziału w Sydney-Hobart pojawił się jeszcze przed rozpoczęciem trzeciego samotnego rejsu dookoła świata?
– Owszem, to pomysł sprzed paru lat. Wiadomo, że po trzech próbach samotnego opłynięcia świata bez zawijania do portu, nie jestem w stanie odbyć czwartego takiego rejsu. Jestem wymęczony psychicznie, potrzebuję paru lat spokoju i innych aktywności. Nie wiem czy będzie czwarte podejście, ale na pewno na razie popracuję z ludźmi przy krótszych projektach.
– Jest pan znany z samotnych rejsów, regaty to zupełnie inne wyzwanie.
– Nie jestem regatowcem – oczywiście miałem takie doświadczenia, ostatnio nawet wygrałem regaty Poloneza. Naszym celem nie jest jednak wygranie Sydney-Hobart, bo to jest w zasadzie niemożliwe – nie słyszałem, żeby jakiś nowicjusz tam wygrał, chcemy zaistnieć i pokazać, że Polska ma jachty, które mogą podołać najtrudniejszym regatom. Takim jachtem jest Delphia 47 – odpowiednio przygotowana i przeliczona handicapowo będzie miała szansę na zajęcie dobrego miejsca.
– Delphia 47 sprawdza się w trudnych warunkach, ale jednak nie jest maszyną regatową.
– Tak, ale istnieją przeliczniki dla każdej łódki i dzięki nim Delphia całkiem nieźle się plasuje na tle stawki. Dlatego, hipotetycznie, możemy na mecie być na miejscu pięćdziesiątym, ale ostatecznie zająć piąte. Ten jacht ma szanse – będzie specjalnie przygotowany, odciążony. To będzie moja praca konsultacyjna i ogromny wysiłek stoczni. Mamy popłynąć, zaistnieć i się pokazać – do tego celu łódka jest dobra. A dodatkowo jest niezniszczalna, co w trudnych warunkach regat jest dużą zaletą.
– Dwa lata temu dwa polskie jachty brały udział w regatach Sydney-Hobart – „Selma Expeditions” i „Katharsis II”. Będzie Pan korzystał z ich doświadczeń?
– Jestem w kontakcie z ludźmi, którzy płynęli w Sydney-Hobart. Przy tamtym starcie Polaków został popełniony jeden, podstawowy błąd – oba te jachty nie nagłośniły startu odpowiednio. A to naprawdę wielka sprawa dla polskiego żeglarstwa – mamy świetne programy szkoleniowe, jesteśmy niezłymi skipperami i mamy na świecie dobrą opinię. Jesteśmy jednak jeszcze zbyt siermiężni, za biedni, za mało zorganizowani, nie mamy doświadczeń w wielkich imprezach światowych. To trzeba zmienić – chcemy zrobić projekt, który będzie nagłośniony i przejrzysty jeżeli chodzi o przygotowania i wydawanie pieniędzy. Cykl przygotowawczy będziemy filmować, propagować i mamy nadzieję, że pozwolimy innym jachtom wejść w tego typu regaty. Bo to nie jest kosmiczny wydatek, ale wielkie wyzwanie organizacyjne. Chcemy jednak uświadomić ludziom, że da się je zrealizować.
– Przygotowanie do regat to kolejne miesiące poza domem – żona nie będzie miała nic przeciwko?
– Nawet nie miesiące, a lata. Jeszcze nie widziałem się z żoną, ale ona wie, że to już nie jest samotne pływanie wokół globu, kiedy odchodziła od zmysłów i nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Będę brał udział w regatach, które trwają kilka, kilkanaście dni.
– A w polskich regatach będzie można pana zobaczyć?
– Na pewno weźmiemy udział w maju w Żeglarskim Pucharze Trójmiasta, zależy nam jednak przede wszystkim na tych uznawanych przez Australijski Związek Żeglarski, a Polska nie ma kwalifikacji do regat wieloosobowych.
Tomasz Cichocki, olsztyński żeglarz-samotnik. W latach 2011-2012 okrążył świat z jednym zawinięciem do Port Elizabeth w RPA, z powodu awarii płetwy sterowej. Wyprawa zakończyła się po 312 dniach. Kolejne dwie próby opłynięcia świata solo non stop – w latach 2014 i 2015 – zakończyły się niepowodzeniem. W 2017 roku planuje wystartować w regatach Sydney-Hobart.





